Mam starszego brata, cudowny człowiek, z zasadami i silną osobowością. Jednocześnie bardzo opiekuńczy i z poczuciem humoru. Dla mnie i młodszego rodzeństwa zawsze był i jest jak drugi ojciec, bo niestety przez pracę nasz prawdziwy tata rzadko bywa w domu, ale nie mamy o to do niego pretensji, wręcz przeciwnie, podziwiam jego upór i starania o to, żeby jego dzieciom niczego nie brakowało.
Wracając do wątku: mój brat chodzi na siłownię i od jakiegoś czasu nie mógł podnosić ciężarów z powodu dziwnego bólu w prawej ręce, z dnia na dzień ból był coraz większy i pojawiła się opuchlizna w połowie przedramienia. Dolegliwości nasiliły się do tego stopnia, że w nocy brat nie wytrzymał i mama zawiozła go na pogotowie. Wiadomo, długie godziny czekanie w kolejkach, aż się dostanie do lekarza, skierowanie na rtg ręki, prześwietlenie, z powrotem do kolejki, kolejne czekanie. W końcu wchodzi do gabinetu i po pół godzinie mój zawsze opanowany i uśmiechnięty brat wychodzi blady jak ściana, ledwo trzymając się na nogach i cały mokry...
Niezapomniane słowa "doktor powiedział, że mam raka kości". Mama mało nie zemdlała.
Najgorsze trzy dni chyba w naszym życiu, gdy leżał w szpitalu i czekaliśmy na kolejne wyniki badań i wiecie co się okazało? Po dogłębniejszych badaniach lekarze stwierdzili, że to żaden nowotwór, a narośl na zrośnięciu kości, bo brat spadł spory czas temu z drabiny i wyszło, że pękła mu wtedy kość, ale nie nie był na pogotowiu, bo nie bolało go jakoś bardzo. Już dawno zapomniał o tym incydencie, a kość się zrosła bez gipsu i powstała "obręcz" w tym miejscu... Rodzina uradowana, ale co się napłakaliśmy i ile nerwów straciliśmy przez ten czas zrozumie tylko ten, kto również usłyszał taką diagnozę... Pozdrawiam lekarza, który na podstawie zdjęć RTG wydał wyrok na młodego chłopaka...
PS Brat czuje się świetnie, wystarczyła rehabilitacja i znów mógł wrócić na siłownię i do codziennego życia :)
Był rok '99, gdy moi rodzice po prawie rocznych staraniach dowiedzieli się, że będą mieli dziecko. Byli przeszczęśliwi. Moja mama bardzo pilnowała się, chodziła regularnie na wizyty do ginekologa, wszystko układało się pięknie. Urodziłem się w kwietniu, tydzień po terminie, dostałem 10/10 w skali Apgar. W dzień wypisu ze szpitala pani doktor zauważyła, że mam sine usta, a że jestem ciemnej karnacji pomyślała, że "on tak ma". Na szczęście, chyba sam Bóg podsunął jej rękę ze stetoskopem na moją klatkę piersiową. Gdy mnie osłuchała, pobladła. Było wyraźnie słychać, że mam wadę serca i niedomykalność zastawki płucnej. Później był OIOM, silne lekarstwa, dializa, inkubator. Gdyby nie to wszystko najprawdopodobniej zmarłbym w nocy po wypisie ze szpitala.
Mój kochany tatuś powiedział mamie, która modliła się, żebym przeżył: "Nie poddamy się, będziemy walczyć żeby nasz syn był zdrowy". Byłem operowany przez najlepszego profesora, wówczas jeszcze docenta kardiochirurgii w Łodzi. Niestety przy dziecku było tylko łóżko dla jednego rodzica, a że do domu tata miał setki kilometrów przespał się... pod prysznicem, tylko po to by przy mnie trwać. Operacja zakończyła się pomyślnie, ale rodzice dowiedzieli się, że nigdy nie osiągnę takiej sprawności fizycznej jak zdrowy człowiek.
Dzisiaj mam 16 lat, uprawiam różne sporty, m.in. kolarstwo, potrafię przejechać grubo ponad sto kilometrów. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym nie żyć. Gdyby nie te jedno dotknięcie stetoskopu i gdyby nie walka mojej mamy i mojego taty, być może nie pisałbym tego wyznania, a moi rodzice odwiedzaliby malutki nagrobek gdzieś na cmentarzu...
Gdy byłem w podstawówce, mieliśmy mieć sprawdzian z języka niemieckiego. Pierwszy raz napisałem ściągę. Tak bardzo się bałem, że zostanę przyłapany, że zaraz po rozpoczęciu sprawdzianu, ze łzami w oczach, podszedłem do pani i oddałem jej ową ściągę.
Do dziś wszyscy mi to wypominają, ale teraz ściąganie nie sprawia mi takich problemów :)
Gdy miałam 6-7 lat, było dla mnie oczywiste, że podpaski, które znałam jedynie z reklam TV służą do noszenia ich POD PACHĄ.
Ależ oczywiście, że musiałam chociaż raz spróbować i poczuć się jak prawdziwa kobieta.
Kobietą byłam tylko do zajęć z WF-u. Później już tylko pamiętam mamę wezwaną do szkoły i jej czerwoną buzię.
Nigdy już nie chciałam być dorosła, zwłaszcza że klej pod wpływem ciepła wręcz stopił się ze skórą.
Jestem mordercą.
Umówiłem się z dziewczyną późnym wieczorem w parku. Byłem na miejscu przed czasem, także usiadłem na ławce i czekałem, aż moja luba pojawi się na horyzoncie. Spóźniała się, więc z większą uwagą zacząłem rozglądać się po otoczeniu. Usłyszałem jakieś szamotanie w krzakach kilkadziesiąt metrów dalej. Do momentu, gdy usłyszałem stłumiony krzyk byłem przekonany, że to jakiś kloszard wybrał sobie tamto miejsce na nocleg. Jednak ten odgłos zmusił mnie, żebym poszedł sprawdzić, co tam się dzieje.
To, co zobaczyłem, w pierwszej chwili zmroziło mnie. Jakiś typ w kapturze jedną ręką zakrywał twarz mojej dziewczynie, a drugą starał się zedrzeć z niej bieliznę. To, co stało się później, pamiętam jak przez mgłę - chwyciłem jakiś kamień i dopadłem do nich. Gdy otrzeźwiałem, stałem cały zakrwawiony nad ciałem człowieka, który chciał zgwałcić moją ukochaną. Zamiast twarzy miał krwawą miazgę, a ja w ręce ściskałem okrwawiony odłamek kamienia. Uciekłem. Zostawiłem moją otępiałą kobietę i uciekłem.
Piszę to wyznanie na moment przed pójściem na policję i oddaniem się w ich ręce. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie spędzę reszty życia w więzieniu.
Jestem młodą dziewczyną, przez większość postrzegana jako ładna, inteligentna, towarzyska i zaradna. Mam tylko jeden problem, totalny brak szczęścia w miłości. Znajomi i rodzina wciąż pytają: "A kiedy ty sobie w końcu kogoś znajdziesz?". Ogólnie nie brałam tego do siebie, choć często zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak? Większość zołz, które znałam, były szczęśliwe u boku swoich książąt na białym koniu, którzy są pomiatani na każdym kroku i znoszą to z uśmiechem na twarzy.
Jednak czara goryczy przelała się, gdy moja siedemdziesięciokilkuletnia babcia oznajmiła mi, że ma chłopaka. Forever alone :')
Obecnie jestem w liceum, a to o czym będę opowiadał wydarzyło się w 4-5 klasie podstawówki.
Z okazji Dnia Niepodległości każdy kto chciał mógł przynieść do szkoły jakąś rzecz związaną z 11 listopada lub cokolwiek z armią np. mundur, zdjęcia, medale itp. Ja przyniosłem stare banknoty (bodajże z Jugosławii), medal oraz bagnet do AK, ale nie to jest najlepsze ;)
Kiedyś w piwnicy dziadka znalazłem coś, co wyglądało jak amunicja do działka przeciwlotniczego lub czołgowego, sam nie wiem. W każdym razie było wysokie na 30-40 cm, w średnicy ok.15 cm. Miało nawet coś, co przypominało pocisk, ale nim nie było, ot, kawałek metalu. Dodatkowo sama łuska miała wybitą spłonkę, więc nie nadawałaby się do ponownego użycia oraz posiadała żółty pasek, co oznaczało, że jest to amunicja ćwiczebna.
Wracając do głównego wątku - jak się domyślacie, zabrałem swoje znalezisko do szkoły, aby pokazać je na godzinie wychowawczej oraz j. polskim (omawialiśmy ''Chłopców z placu broni'', więc bardzo adekwatne, czyż nie?)
Godzina wychowawcza - pokazuję pani wychowawczyni banknoty, medal, bagnet oraz pocisk. Na bagnet tylko pokręciła głową i powiedziała, że fajny, ale żebym go nie wyciągał w szkole. Pocisk bardzo się jej spodobał, wstawiła mi nawet dodatkowe punkty z zachowania i wf-u (uczyła nas wf-u). Ja oczywiście zadowolony idę na j. polski. Wykładam rekwizyty: banknoty, medal - luzik. Gdy pokazałem bagnet, polonistce zaświeciły się oczy z przerażenia i zamilkła, ale gdy wyłożyłem na ławkę pocisk, zaczęło się....''O Jezu, BOMBA!!!!!!". Wypadła z sali jak burza i pobiegła do pani od przyrody (jej mąż był ponoć kiedyś nauczycielem PO, więc ona na pewno wszystko wie). Ta przybiega, krzyczy jeszcze bardziej od polonistki. Jedna biegnie na dyżurkę ogłosić alarm pożarowy, bombowy, terrorystyczny i wszystkie możliwe, a druga zaciąga mnie do dyrektorki. Jest ewakuacja szkoły, przyjeżdża policja, Straż Pożarna, Pogotowie, saperzy.
Ja stoję niemal zapłakany na boisku pod obserwacją psychologa, ze mną cała szkoła. Staliśmy tak mniej więcej 20-30 minut. Moja klasa wraca na lekcje, a ja do dyrektorki z towarzystwem psychologa i pedagoga. Klasyczna pogadanka, że czemu to, czemu tamto, skąd to mam, więc ja mówię przestraszony, że od dziadka. Przychodzi policjant i ma zacząć mnie przesłuchiwać! Mnie, 10-letniego chłopca. No ale wiadomo - bez obecności rodziców nie ma prawa, więc czekamy.
Przychodzi mój tata (policjant). Ten pierwszy zdziwiony - ''Co tu robicie? Nie wzywaliśmy was?!'', na co mój tata - "To mój syn''. Mina tamtego policjanta - bezcenna :)
Przez 2 miesiące byłem szkolnym bohaterem, bo ponoć ocaliłem parę klas od kartkówek i sprawdzianu. Nawet był jakiś artykuł w Internecie o moim... he, he, wybryku.
Saperzy do dzisiaj nie oddali mi pamiątki po dziadku :(
Tuż po skończeniu studiów zapragnęłam przygody. Na swój pierwszy cel wybrałam USA. Jako że pochodzę z zamożnej rodziny, uznałam, że rodzice pożyczą mi brakujące pieniądze - pomyliłam się. Wybuchła histeria! Co ciekawe, problemem nie była kasa, problemem był fakt, że zamierzałam na kolejne podróże (i zwrot pieniędzy) zarobić na sprzątaniu. Jak to, ja, po studiach, z TAKIEJ rodziny, na szmacie?! Jednak, uparłam się, wyprosiłam kasę od babci i pojechałam.
Pracowałam od 6 rano do 10-11 wieczór, oddałam babci pieniądze, zwiedziłam kilka stanów. Później trafiła się okazja kupna biznesu, zainwestowałam wszystkie oszczędności, ale udało się! Już nie pracowałam fizycznie, zatrudniłam 6 osób, zajmowałam się tylko "papierami". W końcu kupiłam dom i wtedy rodzice wymyślili, że do mnie wpadną w odwiedziny.
Popadłam w panikę, wkręciłam, że mam remont w domu, pozamieniałam im loty i udało się. Zamiast do mnie do Chicago, prosto z lotniska wywiozłam ich najpierw do Kalifornii, a później do Cancun w Meksyku. Rodzice byli zachwyceni, że tak dobrze mi idzie, że opłacam im takie wakacje (oni zapłacili tylko za bilety z Polski do Stanów). Później znowu namieszałam, ale udało mi się wprost z Meksyku wywieźć ich do NY, a później wrócili do Polski (niby że loty odwołane do Chicago).
O co ta cała panika? O to, że spełnił się ich najgorszy koszmar. Biznes, który kupiłam to serwis sprzątający i choć sama już nie sprzątam, to wiem jaka byłaby ich reakcja...
Najgorsze jest to, że wybierają się do mnie w sierpniu...
Rok 2013. Rocznik '95 zaczynał sezon "osiemnastkowy".
Nadszedł dzień, kiedy to i ja miałam zostać "wciągnięta" do grona dorosłych. Oczywiście przygotowania, urządzanie sali (zabawa odbywała się na remizie strażackiej we wsi, w której mieszkałam). Wódka się chłodzi, ciasta się pieką, przystawki już czekają na wyłożenie na stoły.
Impreza trwała w najlepsze, część osób tańczyła, część piła, jeszcze inni wychodzili podziwiać piękne niebo, popalając sobie papierosy. W pewnym momencie szum, syreny strażackie zaczęły wyć, jeden ze strażaków w pełnym stroju wpadł na salę i zaczął ewakuację na tyły budynku, bo w garażu (który był za ścianą sali) wylał się jakiś płyn, który łatwo mógłby się zapalić. Więc mój chłopak wziął mnie za rękę i ze wszystkimi wyszliśmy na zewnątrz, czekając na rozwój sytuacji. Niestety czas się dłużył, mimo że minęły może ze 2 minuty i chciałam wracać na salę chociaż po rzeczy moich gości.
W pewnym momencie mój chłopak z przyjaciółką powiedzieli, że strażacy już wynoszą ten płyn. I faktycznie, zauważyłam dwóch strażaków, którzy coś niosą pod płot na drugim końcu placu, a pozostali stoją dookoła nas pilnując żeby nikt nie podszedł. Ciśnienie 200, no bo cała impreza psu w budę... Odwróciłam się do chłopaka, gdy nagle ktoś krzyknął. Zerknęłam w stronę płotu, a tam.... piękny pokaz fajerwerków. Łzy mi napłynęły do oczy, wszyscy zaczęli jeszcze raz mi składać życzenia. Piękniejszych urodzin nie mogłam sobie wymarzyć. Okazało się, że to prezent od moich kochanych wujków z Niemiec, którzy chcieli jakoś urozmaicić ten dzień. Moi rodzice poprosili jednego ze strażaków o puszczenie fajerwerków, a on zorganizował połowę ekipy do tej akcji :D
Jednak to nie koniec...
Godzinę później, kiedy tylko garstka osób tańczyła (w tym ja), a reszta oblegała kuchnię lub podwórko, podbiegła do mnie koleżanka i mówi "Wiesz co, policja przyjechała do ciebie". Ja oczy jak 5 złotych, idę na podwórko, osoby z kuchni za mną, a tam dwóch funkcjonariuszy i moi goście dookoła nich. Oczywiście pytania typu "Czy pani jest solenizantką i organizatorką imprezy?" "Czy to prawda że były odpalane fajerwerki?" Powiedziałam, że tak, ale były one odpalane przez strażaków, którzy mieli pełną kontrolę nad tym. Więc następne "Czy strażacy są na sali?.... itp.
Po wszystkim okazało się, że policję wezwało starsze małżeństwo, które policję wzywa nawet w sylwestra, bo fajerwerki przeszkadzają ich psom/zapali się siano, które jest oddalone dobre 400 m od remizy, a z 500 m od miejsca odpalenia fajerwerków. Policjanci poprosili o moje dane, spisali mnie, po czym życzyli wszystkiego najlepszego, uśmiechnęli się i poszli.
Moje słowa po tym? "Tylko mi teraz kur*a karetki nie wzywajcie".
A jeden z policjantów do dziś kłania się gdy mnie widzi i z uśmiechem mówi "dzień dobry" :)
Kilka tygodni temu zainteresowała mnie pewna manga i stworzone na jej podstawie anime. Można powiedzieć, że pojawiła się u mnie "faza" na nią. Zamówiłam więc jeden tom komiksu w Empiku. I kiedy na kilka minut przed długą przerwą w szkole dostałam sms-a że przesyłka już przyszła, postanowiłam zbiec na sam dół i na rowerze pojechać ją odebrać.
Gdy tylko zadzwonił dzwonek wyleciałam z klasy. Ale moje nogi mnie oszukały, już na początkowych stopniach schodów potknęłam się, i poleciałam aż na półpiętro, tłukąc boleśnie całą prawą stroną o wspomniane schody.
Jednak ja, zamiast usiąść gdzieś, sprawdzić czy niczego nie złamałam, nieporadnie się podniosłam, ze łzami w oczach powiedziałam do patrzących na mnie ludzi "To nie tak miało być!" i pokuśtykałam dalej.
Kilka dni później czytałam kolejne tomy mangi w internecie. Siedziałam na fotelu, ale postanowiłam przenieść się na łóżko. Wyciągnęłam nogi, położyłam ja na moim miejscu snu, i podparłszy się jedną ręką chciałam przesunąć się na nie. No, nie wyszło - nogi zostały, zaś reszta mnie spadła w lukę pomiędzy dwoma meblami.
Następnego dnia z kolei byłam na spacerze z psem. Słuchałam muzyki z opartego na tej mandze anime. Droga była prosta, zwierzak szedł spokojnie. I wtedy nogi znowu mnie okłamały, prawa wygięła mi się pod dziwnym kątem i padłam na ziemię jak worek kartofli.
I tak, tu będzie przesłanie: nie czytajcie mangi, nie oglądajcie anime - bo może stać się Wam krzywda!
Dodaj anonimowe wyznanie