#GDvg1

Jak zniszczyć komuś humor w kilka minut?

Mojej siostrze się to udało. Ofiarą, jak się domyślacie, jestem ja. Zacznę od tego, że jestem cztery lata młodsza od mojej siostry i w młodości nie przepadała za mną. Właściwie to nienawidziła mnie, zazdrościła dużej uwagi ze strony rodziców i tego, że musiała się ze mną dzielić różnymi zabawkami. Raz nawet próbowała mnie sprzedać - zaproponowała zakup koleżance mamy, a gdy ta w żarcie się zgodziła, pobiegła na górę, spakowała moje rzeczy i wsadziła mnie do wózka. Gdybyście zobaczyli jej oburzenie, gdy dowiedziała się, że zostaję w domu.

Wracając do historii, pewnego dnia odwiedziła nas ciocia z synem, dwa lata starszym ode mnie. Siostra dogadywała się z nim znakomicie, a ja, jak to zapatrzona w starsze rodzeństwo mała dziewczynka, naśladowałam ich i byłam szczęśliwa, jeśli poświęcili mi chociaż chwilę uwagi. Los chciał, że był to okres, gdy nabywali nowych doświadczeń. Bawili się w różne zawody, od tancerzy, po nauczycieli.Tego dnia chcieli poeksperymentować w zawodzie fryzjera.

Zawołali mnie, oczywiście ucieszyłam się ogromnie, że będą się mną zajmować. Rodzice siedzieli na dole i oglądali jakiś film, więc nie mam do nich żalu, że nie powstrzymali tragedii. Otóż obcięli moje piękne włosy do pasa... na łyso. No, prawie, siostra zostawiła króciutką grzyweczkę, wyglądającą jak czesaną grabiami. Nasza wesoła trójka zbiegła na dół, starsi dumni ze swojego talentu, ja z ich zachwytu. Tylko mamie nie było do śmiechu. I mnie za kilka minut, jak zobaczyłam się w lustrze. Ten wstyd przed znajomymi w przedszkolu...
Nie wspominając już o tym, że nawet mój własny tata miał ze mnie bekę i co chwila cykał mi zdjęcia.

#nP1Rm

Mam 17 lat i jestem raczej normalną dziewczyną, co ważne - mocno wierzącą.

Ostatnio wróciłam do domu i dumna z siebie oznajmiłam, że Antoś, mój bobas, ma już 6 tygodni i że już słychać, jak bije mu serduszko. Możecie wyobrazić sobie szok, jaki przeżyli moi rodzice, gdy wspomniałam, że to wszystko za sprawą księdza.

A tak naprawdę to dokonałam Duchowej Adopcji i codziennie modlę się za jeszcze nienarodzone dziecko. Rodzice ochłonęli dopiero po paru dniach.

#x1853

W barze skradziono mi telefon. Na szczęście wszystko zarejestrowały kamery. Miałam na nagraniu zarejestrowany czyn, twarz sprawcy, samochód którym odjeżdża, numery rejestracyjne tego samochodu, w dodatku samochód należał do firmy zajmującej się cateringiem.
Idę na policję zgłosić kradzież.
Mówię na dyżurce o całej sytuacji i o dowodach jakie mam. Pan z dyżurki ogólnie był bardzo niemiły i nie przyjął mojego zgłoszenia, bo nie miałam przy sobie umowy i "a co my zrobimy, jak nie będzie chciał oddać?" Kradzieży zgłosić nie mogłam, ale mogłam zgłosić zażalenie. Z braku innej opcji się zgodziłam.
Po chwili oczekiwania przychodzi drugi policjant.
- Która pani od telefonu?
- Ja – odpowiedziałam, a policjant wziął mnie na stronę.
- O co chodzi?
I znowu, po raz kolejny klepię całą regułkę, a na koniec dodaję : „I skoro państwo nie mogą nic zrobić, to czy chociaż moglibyście ustalić, gdzie został przeniesiony ten catering”
Na co policjant odpowiada:
- Czemu pani mówi, że nic nie możemy zrobić? – rozpalił we mnie płomyczek nadziei – 900 zł to już można wnieść o popełnienie przestępstwa. Wystarczy, że – UWAGA, UWAGA! – przyniesie pani świstek, że to pani telefon.
- Ale to jest niemożliwe, ponieważ ja tutaj tylko studiuję, a telefon dostałam od brata, a on jest teraz za granicą.
- I nie ma pani tutaj w Polsce żadnych dokumentów?
- Nie mam, bo dostałam sam telefon. Dokumenty musi mieć brat.
- A to nie może pani do niego zadzwonić?
- Nie, nie mogę, ponieważ skradziono mi telefon, a jak już mówiłam nie jestem stąd. Koleżanki właśnie próbują zdobyć numer do mojej mamy
- A po co do mamy?
- Bo telefon jest na abonament i trzeba zablokować kartę.
- To w końcu na mamę, czy na brata?
- Telefon dostałam od brata, a w środku jest karta taty i jest ona na abonament. I koleżanki próbują teraz zdobyć numer do moich rodziców, żebym mogła im powiedzieć o tej całej kradzieży.
- Ale czemu do rodziców, jak telefon jest na tatę?
- Bo jak zadzwonię do mamy, to ona raczej tacie powtórzy.
- To jak pani nie ma świstka, to ja nie mogę przyjąć pani zeznań, bo to nie pani jest de facto poszkodowana tylko pani brat. I on musi wnieść o popełnieniu przestępstwa. A adresu firmy pani nie podamy, bo to tajne.

Poprosiłam pana funkcjonariusza o wylegitymowanie się.
- A teraz czy mogłabym prosić o pana godność?
- A po co pani pyta? Chce się pani umówić ze mną na kawę?
- Pytam, bo jest pan funkcjonariuszem publicznym i mogę sobie tego zażyczyć.
Policjant znika na dwie minuty, wraca i wręcza mi karteczkę z nowym adresem cateringu, nazwiskiem właściciela i nr telefonu.

Wyszłam stamtąd, na drugi dzień pojechałam pod firmę i porozmawiałam z szefową złodziejaszka. Opowiedziałam jej o sytuacji. Wspomniałam, że firma może na tym ucierpieć, jak ludzie się dowiedzą, że pracownicy kradną.
Finalnie odzyskałam telefon sama.

#OYMS7

Mam 18 lat, od jakiegoś czasu wspólnie z tatą gramy w lotto tymi samymi numerami - skreślonymi przeze mnie (znam je już na pamięć), dlatego też jeśli trafi się jakaś wygrana, dzielimy się na pół :)

W ostatnim losowaniu szczęście się wreszcie do nas uśmiechnęło i trafiłam 5! Oznacza to wygraną w wysokości kilku tysięcy złotych, więc już zaczęłam się cieszyć, że wreszcie będzie mnie stać na nowy aparat słuchowy z górnej półki - wiecie, te najnowsze są takie malutkie, że niemal ich nie widać i wreszcie nie czułabym się gorsza w towarzystwie. Byłam prze szczęśliwa, bo z kieszonkowego i prac dorywczych odkładałabym jeszcze dłuuugo, a tu niespodzianka!

Wyobraźcie sobie to rozczarowanie, gdy okazało się, że ten jeden raz nie wysłaliśmy kuponu. Cóż, ja byłam pewna, że zrobił to tata, a on że ja...

#JbBBA

Opowieść zasłyszana od wujka, kierowcy autobusu (nie, nie będzie klaskania :)).
Jako prywatny przewoźnik był świadkiem wielu sytuacji, woził też różnych ludzi.

W pewnym okresie swojego życia miał (nie)przyjemność częstego kursowania z pewną panią. Pani ta miała problem, natury nieprzyjemnie pachnącej - wydobywał się od niej bardzo przykry zapach.

Są różni ludzie, rozumiem choroby, rozumiem przypadki losowe, ale owa pani notorycznie wsiadała do autobusu, siadała tuż za wujkiem i wydzielała zapach... no dobra bez szczegółów, fiołki to to nie były i można było się domyśleć, że nie była to raczej sprawa choroby, a zwyczajnego zaniedbania.

Po jakimś czasie wujek zaczął dawać kobiecinie delikatne sugestie co do stanu jej higieny osobistej, niestety kobieta udawała, że nie ma pojęcia o czym mówi.

Wujek główkował jak tu przekazać kobiecinie, że coś jest nie tak, aby nikogo nie urazić, ale jakiekolwiek komunikaty spływały po niej jak woda po kaczce.

Wujek wpadł na plan. Genialny plan.

Pamiętnego dnia w momencie gdy kobiecina wsiadła do autobusu, wujek zamaszystym gestem, dzierżąc w dłoniach dezodorant, spsiukał przestrzeń prywatną kobiety, co by jej mniej subtelnie dać znać, że owy środek higieny osobistej przydaje się w utrzymaniu czystości.

Kobieta odwróciła się i pokręciła głową z niedowierzaniem i wymamrotała pod nosem:

- Komary bije w zimie... Pomylony jakiś....

#qgGR5

Sytuacja opowiedziana nam przez jednego z naszych profesorów. Tegoroczny czas Juwenaliów - każdy student wie, co to oznacza. Koncerty, hektolitry alkoholu, zabawa do białego rana. Przechodząc do sedna. Nasz prowadzący miał dzisiaj rano zajęcia z pewną grupą. Gdy przyszedł do sali, zobaczył kilku studentów w nie najlepszym stanie. Zmęczenie wyraźnie rysowało się na ich twarzach. Zapytał więc jednego z nich:
- No jak tam? O której wróciłeś do domu?
Ten odpowiedział:
- Nie wiem, nie pamiętam.
Kolejnego zapytał o to samo a odpowiedź była taka sama. Gdy po raz trzeci zadał to pytanie innemu studentowi, ten odpowiedział:
- Ja jeszcze nie wróciłem.


Pozdrawiam krakowskich studentów! :)

#vIApN

W 2010 r., jak chodziłem do liceum, wpadłem na pomysł, żeby zrobić sobie telefonem sesję zdjęciową przedstawiającą mnie nago i mojego penisa w różnych stadiach erekcji. Nie miałem zamiaru nikomu tego pokazywać, ot, wybryk nastolatka.

Jak się dalej potoczyło - można przewidzieć. Zostawiłem koleżance telefon na WF-ie, dzień później pół szkoły widziało mnie nago.
Byłem przez pewien czas pośmiewiskiem, po czym ludzie się znudzili i tylko od czasu do czasu usłyszałem jakiś komentarz. Sam o sprawie zapomniałem.

Po maturze wyjechałem studiować do Krakowa.
Wyobraźcie sobie to uczucie, gdy świeżo poznana koleżanka wypala przy reszcie moich znajomych: "Ja cię kojarzę, to twoje nagie fotki krążyły po Kielcach!".
Niestety, wciąż razem nie jesteśmy :/

#LG9d4

Historia wydarzyła się już dobre kilka lat temu. Kończyłam wtedy gimnazjum, był to przecudowny, cieplutki dzień wiosny, a dokładniej 1 czerwca - pamiętam to dobrze, bo wraz z garstką znajomych poszliśmy na wagary.

I tak udaliśmy się do parku, aby porzucać piłką (w tamtym czasie u mnie w szkole była "moda" na taką zabawę: mieliśmy niewielką, trochę ciężką gumową piłkę, stawaliśmy w sporej odległości od siebie i rzucaliśmy ją sobie na jak najbardziej "efektowny" sposób, np. za plecami, albo na tyle daleko i wysoko, aby kolega musiał wyskoczyć do góry, aby ją złapać). Bawiliśmy się w najlepsze, niedaleko był plac zabaw, wokół chodzili ludzie - dzień jak co dzień.

Tylko nasza beztroska zabawa i naśmiewanie się z "babki od przyry", skończyła się tragicznie - dla mnie. W pewnym momencie znajomy stojący naprzeciw mnie krzyknął i wskazał na coś palcem. Pamiętam, że ktoś inny też krzyczał, usłyszałam wilczy warkot (a przynajmniej wtedy tak pomyślałam) i wtedy się obróciłam. Widoku tego nie zapomnę do końca swojego życia - ogromny pysk, ślina, zęby. Możliwe, że mój dziecięcy umysł wyolbrzymił to, ale uwierzcie, że byłam pewna, że mam przed sobą wilkołaka. Nagłe uderzenie i ciemność. Nie czułam bólu, nawet chyba cieszę się, że straciłam wtedy przytomność, o tym co się działo dowiedziałam się już ze szpitalnego łóżka.

Otóż zaatakował mnie wilczur, a przynajmniej pies do tej rasy najbardziej zbliżony. Nie wiem, dlaczego tak się stało (piłka nie była wtedy podana do mnie, więc zabawa to nie był powód). Upadając do tyłu, uderzyłam w coś głową i dlatego straciłam przytomność. Pies zaatakował mnie, zajadle mnie gryząc, przez co straciłam lewe ucho i część ramienia. Dodatkowo psiak chyba chciał wykopać dół w moim brzuchu (zwyczajnie wydrapał mi dziurę na wysokości pępka).

Przeszłam szereg operacji, rehabilitacji. Nie opalałam się i chodziłam w długich rozpuszczonych włosach i wielkich zasłaniających wszystko ubraniach przez około 5 lat, bo wstydziłam się każdej blizny (a są niestety ogromne). Smak pierwszego pocałunku, przytulenia, miłości poznałam dopiero na studiach, bo wcześniej nie potrafiłam się przemóc, aby zbliżyć się do kogokolwiek. A zanim moja miłość mogła chociażby zobaczyć moje blizny, minęły kolejne trzy lata.
A psy? Do tej pory wpadam w panikę, widząc psa dorastającego mi choćby do kolan, a gdy już jest bez smyczy, uciekam gdzie pieprz rośnie. Do tej pory zdarza mi się budzić w nocy z krzykiem, a w liceum, zaraz po wypadku, z powodu koszmarów zdarzało mi się moczyć i nie mogłam spać sama. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że po wypadku moje życie było ciężkie i smutne, a wszystko przez właściciela, który puścił swojego psa bez smyczy "Bo przecież Ramzes (imię prawdziwe) nie gryzie! Nigdy wcześniej nikogo nie ugryzł!".
Dodaj anonimowe wyznanie