Będąc w pierwszej klasie szkoły średniej ZGUBIŁAM SIĘ W ŁAZIENCE.
Ale może od początku. Wybrałam się na ognisko ze starszymi znajomymi. Wiadomo "młoda pij, młoda pij". Zapowiadało się niewinnie, do końca imprezy czułam się wybornie. W nocy wróciłam do domu i to jest właśnie początek historii, która na pewno powinna pozostać anonimowa.
Przed snem postanowiłam odwiedzić łazienkę (tutaj chyba należy zaznaczyć, że jest ona dosyć mała, bo ma 1,5m x 2m). Kiedy chciałam z niej wyjść stwierdziłam, że chyba nie jest to możliwe. Nie znalazłam żadnych drzwi. Nie wiem też dlaczego nie zaświeciłam wcześniej światła. Długi czas bezskutecznie męczyłam się ze znalezieniem wyjścia. Obijałam się o wszystko co popadnie. Nagle uradowana myślę "jest, udało się". Otwieram drzwi i hyc, nie ma mnie...
Tak naprawdę to jestem, a raczej mój tyłek jest - cały mokry pod prysznicem.
No nic, myślę sobie: "Próbuję dalej". Powoli wydostałam się i uradowana kontynuuję walkę.
Tym razem znowu znalazłam jakieś wyjście, ale o dziwo, nie mogłam się zmieścić.
Myślę: "co jest?". Zaczęłam przesuwać duży przedmiot. Było ciemno, więc nie wiedziałam co to jest. Nareszcie po półgodzinnej walce udało mi się dostać do drzwi. Grzecznie poszłam do swojego pokoju i zasnęłam.
Na zakończenie powiem tylko tyle, że ciężko było wytłumaczyć się z 3 rzeczy:
1) dlaczego śpię w mokrych gaciach
2) dlaczego wszystkie rzeczy z łazienki znajdują się na podłodze
i po trzecie, chyba z tego było najtrudniej się wytłumaczyć,
DLACZEGO PRALKA BLOKUJE PRZEJŚCIE DO SEDESU.
PS: To chyba jednak nie była nalewka.
Nie mam zbytnio prostych zębów, przez co mam wadę wymowy. Od zawsze nie potrafię powiedzieć literki "R". Każdy to rozumiał i nie śmiał się ze mnie, gdy zamiast "rybka" mówiłam "łybka", ale była taka osoba (nazwijmy ją Tomek), która po prostu zawsze gdy wychodziło mi coś lepiej od niego ni stąd, ni zowąd musiał się śmiać, krzycząc "ŁOWEŁ!" lub "rozpłacz się, bekso" (niby idiotyzmy, ale ranią).
Gdy byłam w II gimnazjum, dostałam lepszą ocenę z geografii, on powiedział, że idioci zawsze mają szczęście, gdy mu odpyskowałam dość ostro, przy całej klasie zaczęły się wyzwiska, ale stwierdziłam, ze nie ma sensu dalej z nim rozmawiać.
Niecały tydzień później nauczycielka od matematyki oddawała sprawdziany. Dostałam zasłużone 4, ale Tomkowi brakło 0,5 pkt. Zaczął krzyczeć, żeby mu podniosła, ponieważ mi w 4 klasie podniosła 0,5 pkt do 6, więc jemu też się należy. Gdy się nie zgodziła, po prostu zaczął płakać i do nikogo się nie odzywał. Powiedziałam mu, że jest zwyczajną beksą, bo niby taki twardy, a płacze z powodu oceny.
Po tej lekcji mieliśmy iść do domu. Idę w stronę szatni, widzę Tomka, który dalej popłakuje. Idąc do szafek usłyszałam "tępa suka", zapytałam, czy to do mnie, a gdy zaczął rzucać tekstami kolejny raz typu "łoweł, lybka" nie wytrzymałam i moja pięść poszła prosto w jego krzywy i duży nos. Ten oczywiście histeria i płacz jak śmiałam to zrobić, ale jedynie co odrzekłam, że jeśli jeszcze raz mnie wyzwie lub będzie się śmiał z mojej wady wymowy, to dostanie niżej.
Następnego dnia o dziwo wychowawczyni nie krzyczała zbytnio na mnie, ponieważ sama widziała jak się ze mnie śmieją, w sumie gorzej oberwał on niż ja :)
Piszę to wyznanie w aparacie ortodontycznym, który szybko prostuje mi ząbki, zawsze go pokazuję Tomkowi z szerokim uśmiechem.
Wadę wymowy da się naprawić, ale charakteru już nie.
Kraków. Wracałem sobie z treningu około godziny 19:00, stałem na przystanku, czekając na autobus.
Obok na ławce siedziała dziewczyna, a nieco dalej stało dwóch chłopaków, którzy rozmawiali i palili papierosy. Nagle na przystanku zjawił się pewien potężny jegomość (ok. 195 cm wzrostu i ze 120 kg żywej wagi). Było po nim widać, że był pod wpływem alkoholu.
Chwilę postał, zeskanował otoczenie i ruszył w kierunku wspomnianej już dziewczyny. Usiadł obok niej i zaczął się coraz bliżej przysuwać, aż w końcu dziewczyna wstała i odeszła, jednak on nie odpuścił. Zaczął przystawiać się do dziewczyny, która ewidentnie szukała pomocy u chłopaków palących papierosy, jednak oni udawali, że nic się nie dzieje.
Tak wkroczyłem do akcji, trenuję krav-magę, więc obezwładniłem agresora, nie dało się z nim dogadać.
Nie nie będzie tutaj zakończenia w stylu anonimowych. Mnie i agresora zapakowali do radiowozu, po złożeniu zeznań wróciłem do domu, a napastnik został na 48 bądź trafił na wytrzeźwiałkę.
Dziewczyny nigdy więcej nie spotkałem, a szkoda, bo była naprawdę ładna :)
Moja siostra miała dużą nadwagę spowodowaną chorobą. Przez całe gimnazjum słuchała docinków, obraźliwych komentarzy w internecie, każdy jej dzień w szkole był piekłem i słuchaniem jaka jest beznadziejna, mimo że nie odzywała się ani słowem.
Kiedy rodzice chodzili do szkoły by zgłosić to nauczycielom, jedyne co wychowawczyni robiła to chwilę pogadała, że tak nie wolno. Żadnych konsekwencji. Od pewnego czasu widziałam blizny na jej rękach, wiedziałam, że wyrządza sobie krzywdę, ale obiecała, że już nie będzie. Zrobiłam błąd, że to zignorowałam. Jednak byłam młodsza od niej i nie wiedziałam tak naprawdę jak się zachować, a rodzice wierzyli w każde jej ''jest dobrze''. Uważali, że trochę przesadzam, a nauczyciele mieli i ją, i mnie za wariatkę, przecież po co brała wszystko do siebie, to tylko banda kretynów.
Kiedy poszła do liceum, zauważyłam straszny spadek jej wagi. Na początku akceptowałam to, bo wiedziałam, że zdrowo je i dużo ćwiczy, aż w pewnym momencie z pulchnej dziewczyny zmieniła się w kościotrupa. Miesiąc temu zmarła z powodu konsekwencji anoreksji.
Nie mogę pogodzić się z jej śmiercią, szczególnie że czuję wyrzuty sumienia. Wiem, że większość z Was dokuczając komuś, docinając, stwierdza - ''hahaha, jakie to śmieszne!'', ''to tylko żarty!!'', ''nie bierz tego do siebie''. Nie każdy ma wielki dystans do siebie, szczególnie kiedy słyszy takie coś na każdym kroku.
Zawsze byłam małą, anorektyczną (taką chudą, która nie jada drugich śniadań w szkole) nieśmiałą dziewczynką. Jednak zawsze posiadałam siłę małego Pudziana.
Moja koleżanka bardzo lubiła pewnego chłopca, więc pewnego dnia, jak to dziewięciolatki, z piskiem uciekłyśmy od niego do toalety i ja trzymałam drzwi, by ich nie otworzył.
Tak je trzymałam, że aż je wyjęłam z zawiasów i stałam jak ten ciołek na korytarzu z drzwiami w rękach. Wyobraźcie to sobie. Mała chudzinka z drzwiami 180 cm. Minę chłopca pamiętam do dziś.
On uciekł. Woźny wstawił drzwi. Ja nie dostałam kary.
Niby wszystko piękne, ślicznie i fajnie, gdyby nie fakt, że te drzwi wyważyłam jeszcze dwa razy, z czego raz po prostu oparłam drzwi o ścianę i sobie poszłam.
Nieznany światu mały żeński Pudzian.
Nie jest to historia, którą osobiście przeżyłam.
Ta historia jest opowiedziana przez moją babcię, działa się ona ponad 40 lat temu ;)
Babcia od zawsze była zgrywuską, niejedną opowieść z młodości słyszałam, ale ta jest jedną z moich ulubionych.
Babcia miała koleżankę [powiedzmy Irenkę], która zawsze około 12 w nocy maszerowała do domu po pracy koło cmentarza, mieszczącego się na takiej górce, dużo drzew, krzaków, zero oświetlenia, ogólnie dość straszne miejsce, jeśli chodzi o nocna porę.
Babcia wraz z resztą koleżanek wpadła na iście szatański pomysł, coby ową koleżaneczkę Irenę przestraszyć.
Przed codziennym marszem młodej jeszcze pannicy, babcia ubrała się w białe prześcieradło i stanęła w bramie cmentarza jak typowy duch, koleżanki w krzaczkach, i stoi, wyczekując swojej ofiary.
Wybiła godzina powrotu Irenki, drepta sobie, drepta, patrzy, a tam co? Duch! Irenka przerażona, ale cóż zrobić, idzie z myślą, że może ze zmęczenia jej się coś wydaje.
Niestety im bliżej owego ducha, tym obraz bardziej wyraźny, Irenka ze łzami w oczach stara się nawiązać dialog ze zmorę, nie przestając iść.
- Święty Duchu! Czego ty ode mnie chcesz!?
Babcia nic.
Irenka znowu:
- Święty Duchu! Czego ty ode mnie pragniesz?!
Babcia dalej nic.
Zrezygnowana Irenia, oddalona kilka metrów od owego "Ducha", drgającym głosem woła:
- Święty Duchu! Powiedz no, czego żądasz?!
Babcia, lekko się odwracając w stronę Irenki, wypowiada jedno słowo:
- Dupy!!!
I tak oto biedna Irenka podobno takiego spida dostała ze strachu, że z drzwiami wpadła do domu!
Ot, śmieszki!
Poszłam dzisiaj na spacer, ostatnio mam mętlik w głowie, poszłam przemyśleć kilka problemów, szczerze mówiąc nie miałam zbytnio ochoty żyć. Wiele razy miałam myśli samobójcze, dwa razy byłam o krok od zrobienia tego, za pierwszym razem stwierdziłam, że przed wykrwawieniem się ktoś mnie znajdzie (mieszkam z rodzicami, a wyjść z domu nie miałam siły), drugim razem stałam na moście, powstrzymał mnie mój przyjaciel.
Wracamy do dzisiejszego dnia.
Przechodząc obok jednego z domów zauważyłam na podwórku mężczyznę na wózku, bez nóg, który kosił trawę. Wpatrywałam się w niego i nagle zapomniałam o wszystkim, co mnie dręczy. Ten starszy mężczyzna, mimo że nie ma nóg i resztę życia spędzi na wózku robi coś, co większość osób młodych, pełnych życia, a przede wszystkim w pełni sprawnych uważa za przykry obowiązek. Dotknęłam swoich nóg, przyjrzałam się dłoniom i doceniłam ile mam.
Mam swoje problemy, jest mi ciężko, ale wiadomo, każdy jakieś problemy ma. W porównaniu z innymi mogą być błahe, ale każdy dostaje podobno tyle, ile może udźwignąć. Teraz, gdy znowu przyjdą mi do głowy myśli samobójcze, przypomnę sobie tego człowieka i to, że się nie poddał.
Mimo wielu spieprzonych w życiu spraw spróbuję żyć dalej, bo życie to największy skarb, a widok tego mężczyzny mi to uświadomił.
Zawsze byłam taką chłopczycą, miałam wielu kolegów i wolałam samochody. Mieliśmy na osiedlu takie boisko, chłopacy starsi (15-19 lat) przychodzili, przebierali się, zostawiali z boku ciuchy i grali w piłkę nożną.
Raz mi nie pozwolili ze sobą grać, więc... nasikałam im do butów.
Historia z czasów szkolnych, a dokładniej z bursy (taki internat dla uczniów, jakby ktoś nie kojarzył).
Siedzi w jednym pokoju kilku znajomych, w pewnym momencie do pokoju wchodzi jeszcze jeden kolega. W tym samym czasie inny wyjmuje z plecaka znicz. I wywiązała się między nimi taka krótka rozmowa:
-Po co ci ten znicz? Do Wszystkich Świętych jeszcze daleko.
-To na twój grób.
Oczywiście wszyscy się pośmiali i kolega sobie poszedł do swojego pokoju. Tuż obok w pokoju siedziałam ja wraz z jego bratem.
W pewnym momencie ktoś wpadł i krzyczy, że coś jest nie tak, że chłopak leży na podłodze i się nie rusza. Ja z jego bratem wpadliśmy do pokoju.
Mimo pomocy, niestety, nie udało się go uratować...
Tak, tego dnia ten chłopak zmarł praktycznie na moich oczach, i na oczach swojego brata.
Nadal nie potrafię o tym zapomnieć, choć minęło już parę lat.
Słowa wypowiedziane przez kolegę w złym czasie...
Jak zniszczyć komuś humor w kilka minut?
Mojej siostrze się to udało. Ofiarą, jak się domyślacie, jestem ja. Zacznę od tego, że jestem cztery lata młodsza od mojej siostry i w młodości nie przepadała za mną. Właściwie to nienawidziła mnie, zazdrościła dużej uwagi ze strony rodziców i tego, że musiała się ze mną dzielić różnymi zabawkami. Raz nawet próbowała mnie sprzedać - zaproponowała zakup koleżance mamy, a gdy ta w żarcie się zgodziła, pobiegła na górę, spakowała moje rzeczy i wsadziła mnie do wózka. Gdybyście zobaczyli jej oburzenie, gdy dowiedziała się, że zostaję w domu.
Wracając do historii, pewnego dnia odwiedziła nas ciocia z synem, dwa lata starszym ode mnie. Siostra dogadywała się z nim znakomicie, a ja, jak to zapatrzona w starsze rodzeństwo mała dziewczynka, naśladowałam ich i byłam szczęśliwa, jeśli poświęcili mi chociaż chwilę uwagi. Los chciał, że był to okres, gdy nabywali nowych doświadczeń. Bawili się w różne zawody, od tancerzy, po nauczycieli.Tego dnia chcieli poeksperymentować w zawodzie fryzjera.
Zawołali mnie, oczywiście ucieszyłam się ogromnie, że będą się mną zajmować. Rodzice siedzieli na dole i oglądali jakiś film, więc nie mam do nich żalu, że nie powstrzymali tragedii. Otóż obcięli moje piękne włosy do pasa... na łyso. No, prawie, siostra zostawiła króciutką grzyweczkę, wyglądającą jak czesaną grabiami. Nasza wesoła trójka zbiegła na dół, starsi dumni ze swojego talentu, ja z ich zachwytu. Tylko mamie nie było do śmiechu. I mnie za kilka minut, jak zobaczyłam się w lustrze. Ten wstyd przed znajomymi w przedszkolu...
Nie wspominając już o tym, że nawet mój własny tata miał ze mnie bekę i co chwila cykał mi zdjęcia.
Dodaj anonimowe wyznanie