Jestem w 7 miesiącu ciąży, wyglądam jak wieloryb. Czasem nawet dla żartu wołam do męża, by dzwonił po Greenpeace, bo już się nie podniosę z łóżka. Ogólnie pomimo tych gorszych dni, staram się szukać plusów w każdej sytuacji.
Ostatnio jednak spotkała mnie dość przykra sytuacja. Każda pani, która miała lub ma pokaźny brzuszek, rozumie jak ciężko jest założyć normalne buty. Człowiek chce się schylić, a tu przeszkadza mu wielki, twardy brzuch.
Będąc w domu założenie buta nie jest takie upierdliwe. W domu mogę się położyć, poprosić o pomoc lubego, lub zwyczajnie powyginać się pokazując przy tym swoje wszystkie "walory".
Dużo słyszy się o moherach, które jeszcze cię zwyzywają za bycie w ciąży. Zazwyczaj większość taki rzeczy kończy się triumfem starszej pani, chyba że do dyskusji włączy się mężczyzna.
Idąc do sedna historii: upał, zaduch i idę ja, orka. Wachluję się ulotką, by przypadkiem nie zemdleć, do domu jeszcze dwie ulice. Przystanęłam by złapać oddech, gdy nagle poczułam, że lecę. W ostatniej chwili złapałam się płotu. Przed oczami ciemno i nagle zaczyna się potok niepochlebnych słów. Dwie starsze kobiety dosłownie opieprzały mnie za to, że stanęłam na ich drodze, że jestem niepoważna, a potem na dodatek zaczęły psioczyć o tym, że nie mam... obrączki na palcu, a mam taki brzuch.
I tak stały nade mną, ja bez buta, zdyszana, trzymająca się płotu i one. Dosłownie miałam ochotę położyć się na ziemi i albo umrzeć, albo zacząć rodzić.
I nagle moim wybawcą nie okazał się ksiądz, Seba, jakiś starszy pan czy Karyna z dzieciątkiem, tylko... grupka nastolatek.
Grupka młodych dziewczyn, które od razu podeszły do mnie, ignorując starsze panie.
Wiem, że jedna z was mówiła o Anonimowych, gdy mnie odprowadzałyście. Dziewczyny, uratowałyście mi wtedy dosłownie życie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś was spotkam!
4 lata temu przeprowadziłam się do własnego mieszkania do dużego miasta. Moi sąsiedzi przyjęli mnie bardzo życzliwie i zaprosili na 15 rocznicę swojego ślubu. Dla mnie to było ogromne wyróżnienie! Wiedząc, że przygotowanie takiej uroczystości na 30 osób to duże wyzwanie, postanowiłam pomóc pani domu. Mocno mnie zdziwiło, że jej dzieci, Marek lat 14 oraz Ania lat 12, cały czas siedziały na kanapie i nic nie robiły. Stwierdziłam, że nie moja sprawa i nie będę się wtrącać w wychowywanie cudzych dzieci. W połowie imprezy chłopak przyszedł do matki i zapytał, ją czy może mu nalać wody. Był to dla mnie szok, ze dziecko nie wie nawet gdzie są szklanki, w końcu mieszkają razem. Gospodyni wyjaśniła mi, że jej dzieci są dla niej najważniejsze i nie mogą nic robić.
Jak dla mnie to było dość dziwne, ale byłam pierwszy raz u sąsiadów i nie chciałam ich pouczać, tym bardziej że byli wobec mnie bardzo mili. Po kilku tygodniach mieszkania na tej samej ulicy (ja w niedużej kamienicy, oni w domku naprzeciwko) zaczęliśmy się spotykać coraz częściej. Przyjaźń rosła, ja się cieszyłam, że znalazłam życzliwe osoby.
Po pewnym czasie przyszedł do mnie Mark i ze łzami w oczach żalił mi się, że matka nie pozwala mu nic robić, a on jedzie na obóz w wakacje i znów dzieci będą się z niego śmiały. Żal mi się zrobiło chłopaka, więc pokazałam mu jak myje się naczynia, segreguje śmieci, prasuje, pierze, a nawet kiedyś z jego siostrą zrobiliśmy pizzę! Wszystko trwało z pół roku. Niestety moje zachowanie nie spodobało się matce chłopaka, która oskarżyła mnie o molestowanie jej dzieci, gdy tylko dowiedziała się, że jej dzieci sprzątają po sobie :). Sprawa była dla mnie naprawdę przykra, rozniosło się nie tylko po naszej ulicy, ale dotarło nawet do mojej pracy. Było to bardzo upokarzające. Dzieci nie sprzeciwiły się matce i poparły jej oskarżenia.
Sprawa trafiła do sądu, po roku zostałam oczyszczona z zarzutów tylko dzięki badaniu psychologicznemu dzieci! Wszyscy szli w zaparte, że jestem pedofilem. Co wtedy przechodziłam nawet nie chce wspominać. Wszyscy sąsiedzi rzucali we mnie nie tylko wyzwiskami.
Rok temu napisał do mnie Marek, chciał naprawić relacje i przeprosić. Może faktycznie zrozumiał swój błąd, w końcu był dzieckiem pod mocnym wpływem matki, ale ja nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Presja jaką na mnie wywarli zmusiła mnie do zmiany pracy i wyprowadzki, gdy tylko znalazłam kupca na mieszkanie.
Matka Marka odpowiedziała za składanie fałszywych zeznań (nie mogłam sobie tego darować), lecz nigdy nie będzie się to równało z tym, co mnie spotkało. Jak się tłumaczyła? ŹLE ZROZUMIAŁA OPOWIEŚCI DZIECI. Franca wszystko zmyśliła, a mi nie wierzył nikt…
Razem z rodzeństwem jesteśmy szczęśliwymi "ciociami i wujkami" gromadki małych dachowców wraz z ich waleczną mamusią. Naszych podopiecznych traktujemy jak rodzinkę.
Czas akcji: tegoroczne wakacje, godzina druga w nocy.
Miejsce akcji: Dom rodzinny z podwórkiem.
Kiedy cała rodzina już smacznie spała, na naszym podwórku rozległ się przeraźliwy odgłos ryczącego z bólu kota. Siostra w te pędy z krzykiem na ustach wybiegła na balkon i zaczęła odganiać obcą zwierzynę od naszego pieszczocha głośnym "psiiiiiiik". Brat nie pozostał dłużny. W mgnieniu oka w samych gaciach zbiegł po schodach, złapał szczotkę i ruszył na podwórko, coby spuścić porządny łomot winowajcy lub chociaż posądzić go o alimenty dla 3 kociąt. Nagle cisza, krzyki ustały, a raczej zostały zastąpione drwiącym śmiechem kilkunastoletniego sąsiada. Wycie znów się pojawiło i za sekundę zostało przerwane. Zdezorientowany brat zastygł w bezruchu na środku podwórka. Pyta: Co się dzieje?
To wspaniały sąsiad zażartował z nas sobie i puszczał przez głośnik na cały regulator jęki kota. Może i byłabym zła, gdyby nie fakt, że ten kawał naprawdę mu się udał ;)
Jestem młodą kobietą, żoną i mamą. Mam zawód, pasję, rodzinę i bogatych rodziców. Nigdy nie brakowało nam pieniędzy, nigdy też nie musiałam się starać, żeby mieć wszystko co chciałam. Rodzice kupili, dali. Opinię wśród ludzi mam średnią. Zadufana w sobie, zarozumiała, do nikogo się nie odzywa, jako dziecko byłam rozpuszczona, więc osoby które mnie znają z widzenia od małego, uważają, że jestem taka do dziś.
Tak to wygląda z jednej strony. A z drugiej?
Rodzice prowadzili bogaty tryb życia - znajomi, imprezy co tydzień - narąbani na wakacjach, w ferie, w weekendy. Są miejsca w Polsce, których nienawidzę i do których mam nadzieję nigdy nie wrócić, bo kojarzą mi się z chwilami, w których obcych ludzi pytałam, gdzie są rodzice.
Mój ojciec w końcu, gdy miałam mniej niż naście lat nas zostawił. Po jego spektakularnym odejściu (jak na filmach biegłam za jego autem, gdy odjeżdżał), mama zaczęła mieć poważny problem z alkoholem. 10 lat mieszkałam z kobietą, w tym ładnym domu, pilnując, śpiąc pod drzwiami jej sypialni, zmywając jej wymiociny z podłogi. Dostosowałam swoje życie do jej picia, byłam czujna 24h, co rano sprawdzałam czy jest trzeźwa, jak nie była, to sprawdzałam czy żyje. Zaczęłam mieć stany lękowe, depresję. Wyeliminowałam przyjaciół, głównie ze wstydu. Rodzina? Zapomnijcie. Potrafiłam przez tydzień jeść tylko parówkę z bułką z mikrofali, i nie widzieć nikogo poza pijaną matką. W szkole z kolei same jedynki, cudem poprawiałam wszystkie pały na dwóje, żeby jakoś przemknąć do następnej klasy. Wśród nauczycieli nie było żadnego, którego zainteresowałoby, co się dzieje i jaka jest przyczyna mojej sytuacji. Zakompleksiona, sama w ławce, z czasem wyśmiewana przez rówieśników.
Po bardzo silnych problemach psychicznych - brak czucia w nogach, dziwne uczucie, że pomieszczenie, w którym przebywam kurczy się - poszłam na terapię.
Leczyłam się dwa lata, pół roku byłam na lekach. Tylko dzięki temu nie straciłam życia i coś kliknęło. Nie wie o tym nikt, poza mężem, którego pojawienie się uważam za cud, i matką, która od kilku lat jest trzeźwa.
Dziś uczę się z nią dobrze żyć.
Po terapii zaczęłam mieć obsesję na punkcie budowania perfekcyjnego życia - wciąż nie umiem wyluzować, jestem spięta. Nie mam przyjaciół, nie potrafię zbudować trwałej relacji z żadną z koleżanek. Jestem po prostu zbyt poważna, za nudna, aby chcieć się ze mną zadawać. Każdego dnia pracuję nad sobą. Ale to cholernie trudne. Boję się stracić kontrolę, boję się spontanu, generalnie wciąż się boję. Strach to nadal moje drugie imię, a Pracanadsobą niemalże nazwisko.
Brakuje mi znaków na sensowny koniec. Głównie chcę zwrócić uwagę, że być może ta nabzdyczona panna z niezłą stylówką nie ma much w nosie z nadmiaru torebek, a poważne problemy z emocjami, bo za dzieciaka była po prostu sama
Historia trochę jak z filmu, nigdy nie myślałam, że coś takiego może się naprawdę wydarzyć.
Mam naście lat, przyjechałam do babci na wakacje, gdy rano wstałam poszłam do kuchni coś zjeść, dziadek z pokoju obok zaczął do mnie mówić, żebym przyszła sobie wziąć słodycze, więc poszłam, wtedy zobaczyłam to... Nagi leżał na łóżku i bawił się swoim przyrodzeniem. Zrobiło mi się głupio i szybko się odwróciłam i chciałam już iść, ale on zaczął, że mam zostać i ciągle nadawał temat, pytał czy chce dotknąć wręcz zachęcał do tego.
Gdy już doszedł, powiedział że mogę iść, tylko mam nikomu nie mówić o tym. Boję się, że zrobi mi coś gorszego, boję się, że przyjdzie do mnie w nocy, albo otworzy drzwi, gdy będę się myć. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, strasznie siadło mi to na psychice, nie mogę nikomu powiedzieć, bo nikt mi raczej w to nie uwierzy. Co robić?
Z cyklu: ludziom nie dogodzisz.
Mam w tej chwili promocje na usługi mojej firmy - pierwsza konsultacja gratis. Dzwoni do mnie para z Polski zainteresowana wyjazdem za ocean. Przez prawie godzinę odpowiadam na pytania, po czym udaje mi się zdobyć kilka informacji do oceny szans imigracyjnych. Niestety para nie kwalifikuje się na żaden z programów. Uprzejmie ich o tym informuję, żeby nie naciągać ich na niepotrzebne koszty i mówię, że jak tylko wejdą jakieś korzystne dla nich zmiany w prawie imigracyjnym, natychmiast ich poinformuję. Żegnamy się miło.
Para skorzystała z bezpłatnej konsultacji, nie mieli niestety dalszej kwalifikacji, więc nie wymyślam sztucznych programów i nie obiecuję cudów, żeby ich nie naciągać. Jak dla mnie - koniec historii.
Rano robię update strony mojej firmy na Facebook, a tam nowa ocena. Jedna gwiazdka z komentarzem, że beznadziejna firma, bo nie „załatwili” im papierów.
A myślałam, że komunę i „załatwianie” już dawno zostawiliśmy za sobą...
Przez trzy lata pracowałam w niedużej firmie. Włączając szefową, było jedenaście młodych kobiet. Od samego początku zauważyłam, że relacje w pracy są na poziomie liceum, ale nie przeszkadzało mi to. Mogłyśmy poplotkować o mężach, chłopakach, trochę o studiach. Atmosfera była świetna. Do czasu.
Jako że byłam wtedy świeżo zatrudnionym pracownikiem, szanowne koleżanki postanowiły urządzić integrację. Miałyśmy pojechać do klubu oddalonego o 30 km od naszej miejscowości. Trochę się zdziwiłam, toć przecież u nas w mieście miałyśmy 3 fajne dyskoteki do wyboru i masę innych rozrywek, ale OK. Głupio mi było jako jedynej się sprzeciwić. Mój chłopak zawiózł cztery z nas, reszta miała się dostać z dwójką mężów pozostałych koleżanek.
Na początku było fajnie, darmowe drinki, śmiechy, rozmowy itd., jednak po północy jakby sam diabeł w nie wstąpił. Jedna zdradziła narzeczonego, inna upiła się do nieprzytomności i zasnęła przy stole, jeszcze inna zgubiła się gdzieś i za żadne skarby świata nie mogłam jej znaleźć, kolejna obmacywała się z jakimś grubo starszym gościem na parkiecie. Pragnę podkreślić, że wszystkie byłyśmy w stałych związkach. OK, to niby nie moja sprawa, co kto robi, ale i tak czułam się dziwnie nieswojo, oglądając to wszystko. Ot, z fajnych koleżanek wyszły podstępne kurwiszony. Trochę przykro. Poprosiłam chłopaka, by po mnie przyjechał. Zgarnęliśmy te najbardziej upite koleżanki i zawieźliśmy je do domu.
Pojutrze, w poniedziałek, znowu były normalnymi koleżankami. Po miesiącu jednak ponownie zaczęły się nalegania na imprezę. Grzecznie odmówiłam, tłumacząc się wizytą rodziców chłopaka. Mocno wtedy odczułam, jak to jest być wykluczonym. Przestały się do mnie odzywać, a nawet robiły na złość. Nawet szefowa starała się mnie za wszelką cenę zgnoić. Całą sobą mówiły mi, że mnie tu nie chcą, nie należę do "paczki" i najlepiej gdybym się zwolniła. Oliwy do ognia dodawał fakt, że za każdym razem, gdy ponawiały próbę integracji, odmawiałam zawczasu.
Wytrzymałam tam jeszcze rok i odeszłam. Wszyscy naokoło mi się dziwili dlaczego, przecież taka fajna praca, ale nie mogłam tam już wytrzymać. Nie mogłam spojrzeć w oczu któremuś z ich mężów i wiedzieć, że ich żona puszcza się na dyskotekach. Straszne. Ostatnio napisał do mnie mąż jednej z koleżanek. Pilnie potrzebuje jakiegoś świadka, który widział zdrady żony, ponieważ się rozwodzą i chce orzec jej winę. Sama nie wiem, czy powinnam się na to zgodzić i opowiedzieć wszystko to, co wiem. Myślałam, żeby napisać anonimowy list, ale nie wiem, czy podobne zeznanie przejdzie w sądzie.
Z domu rodzinnego wyprowadziłam się kilka lat temu, ale akurat tą noc spałam u rodziców. Jakiś czas temu wspólnie z przyjaciółką otworzyłyśmy kawiarnię, w której sprzedajemy własne ciasta. Gdy mama dowiedziała się, w jakiej cenie my je sprzedajemy (według mamy dwa kawałki naszego sernika to cała blaszka jej sernika) powiedziała, że jedzie spróbować czy to warte swojej ceny.
Wstałam dziś z takim postanowieniem, wsiadamy z mamą w pociąg i jedziemy do mnie. W pół drogi do sypialni rodziców przypomniało mi się, że dwa dni temu ją pochowaliśmy. Od kilku godzin nie potrafię przestać płakać.
Moja polonistka wie więcej o Piśmie Świętym niż nasz ksiądz. Zapytana o takie rzeczy jak nefilim czy bitwa pod Gibeą (polecam poczytać o bitwie, nawet na Wikipedii jest bardzo ciekawy artykuł o niej) potrafiła odpowiedzieć na wszystkie moje pytania, a ksiądz mnie po prostu wyśmiał, stwierdził, że nie ma takich rzeczy w Piśmie, mimo iż dałem mu odnośniki, żeby sobie sprawdził.
To samo większość wierzących katolików - z kim próbuję pogawędzić o Biblii ten z reguły nic nie ogarnia i często okazuje się, że nikt jej w ogóle nie przeczytał, ani nawet nie próbował. Jedyne osoby, z którymi mogę pogadać o Piśmie, bo je czytali, to właśnie owa wyżej wspomniana polonistka, koleżanka satanistka i kolega wyznający judaizm...
Co jest nie tak z dzisiejszymi katolikami, że zupełnie nie znają swojej religii? A jak próbujesz pogadać z nimi o czymś dziwniejszym to z reguły cię wyśmieją, mimo iż dasz im wszystkie odnośniki w Biblii, żeby sami mogli sobie sprawdzić.
Mam znajomka - Araba. Pracuje on w Polsce. Studiuje tu też jego siostra. Miła dziewczyna, całkiem ładna. Oboje są muzułmanami, jednak nienachalnymi. Mają zdrowe podejście do życia. Nie przeszkadza im mieszkanie w kraju katolickim ani że znajomi są tego wyznania. Pewnego razu zacząłem go delikatnie badać, czy jego siostra ma kogoś, bo mi się podobała. On bez problemu mnie przejrzał i stwierdził "Daj sobie spokój, to nie przejdzie. Nie umówi się z tobą". Ja zdziwiony, bo przyznał, że ona nie ma nikogo.
Całkiem spokojnie wyjaśnił mi, że ona nie będzie się spotykać, a tym bardziej nie wyjdzie za niemuzułmanina i spytał, czy ja byłbym w stanie przejść na islam. Mówię, że nie (wierzę w Boga, choć moje drogi z kościołem katolickim jako organizacją się cokolwiek rozeszły). "No i widzisz - taki związek nie ma szans - nie może być małżeństwa między dwiema różnymi religiami, a ona na katolicyzm nie przejdzie". Coraz bardziej zdziwiony pytam "Ale przecież ty jesteś z O., a ona z całą pewnością jest katoliczką". "Spokojnie, po ślubie przejdzie na islam, jak pojedziemy do mnie do domu". Tu mi się coś nie zgadzało, bo O. dobrze znałem i wiedziałem, że mimo że nie jest specjalnie religijna, to z pewnością jest wierząca.
Najdziwniejsze dla mnie jest to, że facet nie jest żadnym ekstremistą religijnym, nikogo nie próbował namawiać na zmianę wiary ani nie wychwalał swojej wiary. Wyjaśnił mi wszystko całkowicie spokojnie i rzeczowo, jakby wyjaśniał sprawy oczywiste, których jakiś bęcwał nie wie. Na moje pytanie "No ale jak to? Przecież ona ma znajomych niemuzułmanów i wam to nie przeszkadza, ale już jakby chciała sobie znaleźć chłopaka, to jest problem?". "No. Przecież to normalne". Dla niego to było całkowicie naturalne, że tylko mężczyźni muzułmanie mogą brać sobie żony z innej religii i one automatycznie przechodzą na islam, a kobiety muzułmanki wychodzą za mąż tylko za muzułmanów i mają absolutny zakaz zmiany religii. Nie traktował tego jako jakiegoś przejawu dyskryminacji czy ograniczania. Po prostu całkiem normalny porządek świata, nad którym przechodzimy do codzienności. Właśnie ten spokój i traktowanie tego jak normalną normalność najbardziej mnie zdziwił.
Zdecydowanie muszę porozmawiać z O. - czy ona o tym wie...
Dodaj anonimowe wyznanie