Moi rodzice wypijają codziennie 12 piw. 12 piw na głowę.
Tata codziennie wychodzi o 17 kupić 24 piwa. Kiedy wychodzę z psem, okoliczne dzieciaki wyzywają mnie od patologii.
Próbowałam to zmienić, poszłam po pomoc do rodziny. Próbowałam zgłosić się do MOPS-u. Żadne moje próby nie przynoszą nic.
Wiecie, żyjąc z tym od 16 lat da się przyzwyczaić. Nawet jeżeli rodzice chlają te 12 piw dzień w dzień, to nie są ultra napici, nie ma agresji.
Najgorszy jest ten cholerny dźwięk. Dźwięk butelek piwa, ich brzęk. Dziennie słyszę go minimum 3 razy - pierwszy, najgłośniejszy, kiedy tata pakuje 24 puste butelki do reklamówki przed wyjściem do sklepu. Drugi, również głośny, kiedy po powrocie upycha to wszystko w wolne miejsca w lodówce. I na koniec te cichsze, za każdym razem przy wyjmowaniu butelki z zapełnionej lodówki.
Te dźwięki doprowadzają mnie do szału. Potrafię siedzieć spokojnie, wesoła, z naprawdę dobrym humorem cały dzień, aż usłyszę ten odgłos szkła - momentalnie staję się agresywna, często wybucham płaczem, co jakiś czas wpadam w histerię.
Bardzo boję się, że kiedyś będę gdzieś ze znajomymi i któryś z nich przyniesie piwo, a ja po usłyszeniu charakterystycznego brzęku wybuchnę przy nich.
Rozmowy z rodzicami były, było wszystko, co tylko przyszło do głowy mi, ludziom w internecie czy osobie z telefonu zaufania. Było wszystko, tak jak jest i alkohol.
Wczoraj, gdy jechałam autobusem, podszedł do mnie obcy chłopak i powiedział: "Przed chwilą zobaczyłem Cię pierwszy raz w życiu, i ku##a, zakochałem się w Tobie! Spotkajmy się raz, a zobaczysz, że skończysz jako moja żona". Dał mi kartkę ze swoim numerem telefonu.
Napisać? Czy uciekać, bo psychopata?
Niedawno straciłam przyjaciela.
Poznałam przez internet interesującego chłopaka, którego nazwę po prostu X. X miał bardzo trudną sytuację życiową. Jego rodzina popadła w ogromne długi, co sprawiło, że musiał podjąć się prac weekendowych, a podczas tygodnia uczęszczał do klasy maturalnej. Ponadto stracił dziewczynę i przyjaciele odwrócili się od niego, po tym, jak pogorszyła się jego sytuacja materialna. Wspierałam go cały czas i pomagałam mu zawsze, gdy tego potrzebował. Wydawało mi się, że naprawdę łączy nas wyjątkowa więź. Co istotne - nie byłam zainteresowana związkiem z nim, tylko przyjaźnią i X wiedział o tym od początku.
Mieszkamy dosyć daleko od siebie, ale na wakacjach X obiecał w końcu mnie odwiedzić. Miałam plany na cały dzień. Byłam taka podekscytowana, że nareszcie porozmawiamy twarzą w twarz. W dniu spotkania X zadzwonił do mnie. Przekazał mi, że spotkanie odwołane. Dlaczego? Ponieważ: „znalazł nareszcie dziewczynę, która jest chętna na seks i nie trzeba się z nią tak męczyć jak z tobą”. Trudno opisać moją wściekłość, ale starałam się mówić chłodnym opanowanym tonem. Powiedziałam mu, że jeśli jest gotowy rzucić naszą długą przyjaźń dla przygodnej panienki, to nie mam ochoty dłużej się z nim przyjaźnić. A co X na to? Roześmiał się do słuchawki i odparł z przekąsem: „Są rzeczy ważne i ważniejsze”.
Kiedy byłem dzieckiem cechowałem się ogromną nieśmiałością (która na szczęście minę z wiekiem). Dochodziło do tego, iż nie potrafiłem przeczytać zadania z matematyki, a o podejściu do tablicy nie było mowy. Ręce mi się trzęsły, a nogi dygotały jak zrobione z waty, choć z samego przedmiotu byłem dobry. Nieśmiałość ta doprowadziła do pewnej niezręcznej sytuacji.
Bylem na spotkaniu rodzinnym, na którym gościli jacyś znajomi rodziny, nazwijmy ich państwem X. Więc państwo X również mieli syna, którego za wszelką cenę chcieli mi przedstawić. Ojciec zajął się gawędką z panem X, a pani X dosłownie wpychała swojego syna w me ramiona. Nie mówiłem na to nic, paliłem się wtedy, żywo gestykulowałem i kręciłem głową, jak to dzieciak. W pewnym momencie pani X spojrzała na mnie z troską, po czym zwróciła się do mojej mamy: „Jest głuchoniemy?".
Zbaraniałem w tamtym momencie jeszcze bardziej, nie byłem w stanie już nawet kręcić głową, a moja mama miała dużo zabawy z wyjaśnianiem, że po prostu jestem nieśmiały.
Wyznanie #HwCln zainspirowało mnie do tego, aby opowiedzieć o swoich choinkowych prezentach.
Święta organizujemy spore - jest nas zwykle od 10 do 15 osób. Do pewnego czasu robiliśmy drobne prezenty, ale każdy każdemu. Dostawało się różne rzeczy - niektórzy trafiali idealnie, niektórzy kupowali coś śmiesznego, niektórzy praktyczne rzeczy, dzięki czemu można sobie było uzbierać ciekawy zestaw pierdółek i nawet kiedy coś się nie podobało, zawsze jakaś inna mała rzecz rekompensowała nietrafiony prezent.
Pewnego roku wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że od teraz urządzamy losowanie i dla drugiej osoby kupujemy prezent do 50 zł. Fajnie, bo mniej biegania po sklepach a i można coś porządniejszego kupić. Uwielbiam robić prezenty, więc miałam ogromną radochę, że kupuję jednej, wylosowanej osobie, że mogę zrobić prezent "personalizowany", postarać się. Tak też robiłam co roku - starałam się, żeby upominek był ładny, dopasowany do osoby i starałam się również szukać promocji, żeby za te 50 zł kupić coś więcej niż jedną fajną rzecz. Starałam się także dowiedzieć, co kto lubi, żeby nie było gafy. :)
No to się okazało, że nie każdy myśli tak jak ja. Co roku miałam nadzieję, że może jednak tym razem... Nie. "Porządniejsze" prezenty (oczywiście jeden prezent na jeden rok) do 50 zł, które otrzymałam to m.in:
- świeczka,
- zestaw przeterminowanych kosmetyków,
- portfel w kolorze, na który patrzeć nie mogę (wszyscy wiedzą, że wolę raczej stonowane rzeczy, więc jaskraworóżowy, błyszczący portfel... no... chyba nie.)
Było tego więcej. Nie chcę wiedzieć, co będzie w tym roku, ale ja... chyba na te święta pójdę do sklepu i nabiorę skarpetek za 50 zł.
Nie wiem jak to się zaczęło i ile to już trwa, ale od niepamiętnych czasów wrzucamy sobie nawzajem z siostrą do butów niby dla żartów, niby na złość drobne monety - jedno, dwu i pięciogroszówki. Dzisiaj znalazłem piątaka. :D
Sporo lat temu moi rodzice wybudowali dom dwurodzinny. Druga część domu była z myślą o mnie. Niby są dwa mieszkania, ale z częścią wspólną, wspólnym podwórkiem, tarasem. Ja brałam aktywny udział w budowie domu, woziłam materiały, pomagałam w załatwianiu urzędowych spraw, a kiedy zaczęłam pracować, wykończyłam swoją część domu i zamieszkałam tam z mężem, wkrótce urodziło nam się dziecko. Żyło nam się spokojnie, ale formalnie dom należał do rodziców, bo byłam i tak jedyną spadkobierczynią, więc wiadomo, że będzie to moje.
Po śmierci mamy 1/4 domu notarialnie przeszła na mnie, pozostała część nadal należała do taty. Nadal żyliśmy w harmonii, pomagając sobie wzajemnie, wzorowa rodzinka.
A jakby tak było nadal, nie miałabym o czym pisać. Pewnego dnia do części taty sprowadziła się kobieta. Koleżanka z pracy, która tylko czasowo miała zamieszkać, bo nie ma się gdzie podziać, jej narzeczony zginął w wypadku, nie stać jej na wynajmowanie dotychczasowego mieszkania, więc mój tata, dobry człowiek, przyjął ją do siebie. Szybko okazało się, że narzeczony pozostawił coś po sobie - ciążę. Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale mój ojciec, zawsze bardzo racjonalny człowiek, pomimo dużej różnicy wieku (bo ona jest młodsza ode mnie!) postanowił się z nią ożenić. Dowiedziałam się o tym kilka dni przed ślubem, nie dało się ojcu nic wyperswadować. Urodziły się dzieci (sztuk dwie), tata uznał je za swoje.
Kobieta bardzo się zmieniła - stała się bardzo roszczeniowa, ze mną weszła na wojenną ścieżkę, zaczęła wykorzystywać wszystkich. Szczerze się obydwie nie znosimy. Męczymy się już tak kilka lat.
Tata jest już mocno starszym i mocno schorowanym człowiekiem. Ile jeszcze pożyje - nie wiadomo. Po jego śmierci jego część domu zostanie podzielona na 4 części - z czego 3 części przypadną jej i jej dzieciom, jedna dla mnie. We własnym domu - w który włożyłam dużo pracy, serca i pieniędzy - będę tylko współlokatorką z osobą, której nie znoszę. Sprzedać swojej części nie mogę, ona mnie nie spłaci, bo nie ma z czego, ja jej też - zresztą ona wcale nie chce rozmawiać o takiej ewentualności. Jesteśmy skazane na siebie na wiele lat, nie wiadomo, czy po śmierci taty nie sprowadzi do tego domu jakiegoś nowego męża i jaki on będzie. Części wspólnej domu nie da się tak rozdzielić, żeby nie spotykać się. Można się tylko unikać. I tak do końca życia...
Mam asymetryczne piersi. Doskonale wiem, że żadna kobieta nie ma idealnie symetralnych piersi. Mała różnica by mi nie sprawiała problemu, ale one się różnią co najmniej o rozmiar, może dwa. Największym problemem jest dobieranie biustonosza. Aby wyglądało to w miarę naturalnie, muszę wypychać jedną miseczkę, a o stroju bikini mogę tylko pomarzyć.
Parę lat temu przywiozłem z pewnego egzotycznego kraju butelkę alkoholu z tropikalnych owoców. Według lokalnych wierzeń taki trunek działa niczym najsilniejszy afrodyzjak. Zresztą sama już nazwa dużo obiecuje. Napój ten zwie się bowiem „Siete veces sin sacar”, czyli dosłownie - „Siedem razy bez wyciągania”. Znaczyłoby to, że po osuszeniu butelki tego cuda mężczyzna będzie zachowywał się niczym nakręcony viagrą królik, który podczas jednego, trwającego całą noc stosunku, będzie szczytował przynajmniej siedem razy!
Przywiozłem to do Polski i następnej nocy, po romantycznej kolacji, przy dźwiękach pościelowej muzyki, razem z wybranką mojego serca wypiliśmy całą butelkę. Napierdzieliliśmy się upiornie. Ona spędziła pół nocy wisząc z głową w sedesie, a ja bełkocząc łaziłem na czworakach po domu, wpadając na meble i wywracając wszystko na mojej drodze.
Nie doszło między nami nawet do jednego zbliżenia. Był za to okropny kac, uczucie głębokiego zażenowania i stan poważnej utraty zaufania do ludowej medycyny.
Historia działa się kilka lat temu. Chodziłam wtedy do liceum do Warszawy. Pochodzę z małej wioski z woj. podkarpackiego, tak że na wsi byłam swego rodzaju gwiazdą.
Pewnej niedzieli poszłam po mszy do księdza, nie pamiętam już po co. Rozmawiałam sobie z nim chwilkę, po czym padło pytanie:
- Gdzie się uczysz, dziewczynko?
- Chodzę do szkoły w Warszawie - odpowiedziałam dumnie, nieco zdziwiona, że ktoś o tym nie wie (wtedy cała społeczność lokalna o tym wiedziała).
Ksiądz zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów ze zmarszczonymi brwiami. Usilnie nad czymś myślał, a gdy wreszcie znalazł odpowiedź na dręczący go problem, na jego twarz wpłynął lekki uśmiech.
- Specjalnej, prawda?
Zabolało.
Dodaj anonimowe wyznanie