Nienawidzę kiedy moja mama mnie dotyka.
Jestem dziewczyną, mam 19 lat i nic nie wkur*wia mnie bardziej niż dotyk mojej mamy.
Nie wiem dlaczego tak mam, bo mama nigdy nic złego mi nie zrobiła, nie jest też żadną fleją, jest całkowicie normalna i wiem, że bardzo mnie kocha. Często przychodzi do mnie, bo chce się przytulić, a mnie wtedy wzdryga i w duchu modlę się o to, żeby już poszła. I nie chodzi tutaj tylko o przytulenie ale o zwykłe przejechanie mi po ręce czy jakieś zahaczenie przez przypadek. Nienawidzę tego.
Zupełnie inna sprawa jest z innymi ludźmi, mogę się przytulać z przyjaciółkami, z tatą, czy ogólnie z innymi i sprawia mi to przyjemność, a od niej każde zbliżenie mnie odrzuca i bardzo się denerwuję przez co potem często się kłócimy albo mama płacze, bo nie wie o co chodzi.
Chciałabym się z nią normalnie przytulić, przełamać się ale nie dam rady, to siedzi gdzieś we mnie, w środku i nie chce się odblokować. A chyba też nie jest to całkiem normalne. Nie wiem co mam z tym zrobić.
O spaniu, ale nie o śnieniu.
Delegacja. Jakiś hotel. Noc. Budzi mnie dotyk. Otwieram oko. Ręka, czyjaś dłoń dotyka mojej głowy i ramienia, zimna i obca, ze zgiętym nadgarstkiem i powykręcanymi palcami jak w horrorze klasy B. Przerażenie. Gdzie jestem? Nawiedzony dom? Próbuję się zerwać, ale nie mam ręki i spadam na podłogę. Przytomnieję, w pokoju pusto. Moja ręka leży obok mnie na dywanie.
Ręka, na której leżała moja głowa, tak zdrętwiała, że zanikło czucie i możliwość poruszania nią. Zupełnie jakby była sztuczna, opadła na mnie zgięta w łokciu.
Żeby nie było niedomówień: nie, nie amputowali mi jej. Zanim wróciło krążenie, minęło kilkanaście minut. A bolało jak jasna cholera.
Jestem byłym policjantem. Moja rodzina i znajomi wiedzą, że powodem odejścia ze służby była głównie zbyt niska pensja w stosunku do ryzyka zawodowego, mnóstwo bezpłatnych nadgodzin miesięcznie i ciągłe zmiany służb przez telefon.
Nikt nie wie, że podczas krótkiej przerwy w toalecie przyłożyłem sobie broń do skroni, walcząc z niewyobrażalną pokusą naciśnięcia na spust. Do końca życia nie zapomnę uczucia tego chłodnego metalu dotykającego mojej skóry.
Zacznę od tego, że jestem atrakcyjną, młodą dziewczyną. W moim życiu nigdy nie byłam samotna, zawsze miałam jakiegoś partnera. Zawsze byłam adorowana i wielu mężczyzn zachwycało się moja urodą.
Od paru lat jestem po ślubie. Miłość od pierwszego spojrzenia, niesamowita namiętność. Po jakimś czasie doczekaliśmy się synka. Nasze oczko w głowie, kochamy go niesamowicie. Ale wraz z pojawieniem się synka, mój świat zmienił się o 180 stopni.
Mąż, wcześniej mistrz w łóżku, teraz unika nawet dotknięcia mnie stopą. Zero czułości, seksu, a nawet przytulenia. Ostatnio zrobiło mi się tak przykro, że założyłam sobie konto na Badoo. Nie, nie w celu randkowym. Patrzę sobie tylko z radością, że ktoś lubi moje zdjęcie i że komuś się podobam.
I tak podbudowana i wierząca w swoją kobiecość kładę się do łóżka do męża, który pierdząc na mnie rechocze pod nosem.
Z racji tego, iż moja ciąża nie do końca przebiegała bez komplikacji, w 7 miesiącu trafiłam na oddział patologii ciąży w moim mieście, będącym bardziej zabitą dechami dziurą, gdzie każdy każdego zna i każdy każdemu rąbie dupsko aż miło.
Szpital najlepszy w kraju (podobno). Nie neguję, nie potwierdzam, byłam w nim raptem 3 razy. Licząc moje własne narodziny, pobyt na początku ciąży i ten kilka tygodni temu.
Najlepszy, fajnie. Mimo iż miasto małe, z kadry znani mi tylko nieliczni. 3 ginekologów i 1 położna. Reszty nie znam, widziałam kilka razy, ale nie kojarzę nawet z pracy (pracuję w większym markecie w mieście).
W pracy mam wścibską koleżankę (nie utrzymujemy kontaktu), która wie wszystko o wszystkich, zna każdego najnowszego newsa z najnowszych, kto z kim śpi, kto komu co tam robi i gdzie. No dosłownie wszystko, zna całe miasto, jak nie powiat, co potwierdza liczba znajomych na Fb.
Po wyjściu ze szpitala, gdzie udało się podtrzymać moją ciążę przed zbyt wczesnym rozwiązaniem, udałam się do mojej pracy, w celu uzupełnienia lodówki.
Ku mojemu zaskoczeniu, koleżanka owa bez większego problemu, przy innych pracownikach czy też klientach, wyśpiewala mi, że wie na co leżałam w szpitalu, jak długo, jakie podano mi leki, jak to lekarz prowadzący się o mnie martwi, że nie jestem wpisana na listę do cesarskiego cięcia i najważniejsze: NIE MUSZĘ jej informować, że urodziłam, bo ona będzie wiedziała, jak tylko przekroczę próg porodówki...
Zapytacie skąd? Ano ma znajomą położną, która pracuje na oddziale... Ja kobity nawet nie kojarzę, a ona wyniosła poza mury szpitala tak wrażliwe dane. Nie mam pojęcia co z tym zrobić. Czuję się upokorzona. Ja rozumiem, że każdy z nas po pracy rozmawia o pracy, ale czy położnych nie obowiązuje tajemnica lekarska? Czy gdy przyjdzie mi rodzić, w pracy - a tam w pracy, całe miasto - będą wiedzieć jak bardzo krzyczałam z bólu, ile mi szwów założyli na rozdartą ci**, czy może jednak konieczna była cesarka?
Skarga na położną nie wchodzi w grę. Cicha zemsta położnej - wenflon przypadkiem wyrwany czy złe zszycie nacięcia po porodzie - za bardzo mnie przeraża. Chętnie podeszłabym do tego bardziej dyplomatycznie, tylko nie chcę robić sobie pod górę przed porodem. Po owszem, skarga pójdzie, i to wyżej niż do ordynatora. Wiem już jak wygląda owa położna, chciałabym do niej podejść jak trafię już na porodówkę i walnąć tekst, że jak tylko przekaże koleżance z pracy, że rodzę, to z miejsca idę na skargę do ordynatora, ale z bólu i zaskoczenia porodem mogę nie mieć głowy do tego, albo zwyczajnie nie trafię na jej zmianę. Co zrobić, jak to ugryźć?
Lubię takie zestawy liczb, jak np. "6, 16" - sama urodziłam się właśnie 16 czerwca, więc to moje ulubione połączenie. Naprawdę lubię te liczby.
Ostatnio sobie uświadomiłam, że poza tym, że urodziłam się 16.06, to mam teraz 16 lat i 6 miesięcy, a moja waga to dokładnie 16*6.
Już nie lubię matematyki...
Mam w pracy zabunkrowaną butelkę whiskey. Litrową. Pociągam sobie czasem, jak nie mam nic do roboty. Tak jak teraz.
Mam również czekoladę z wiśniami w likierze na biurku jako wymówkę, gdyby ktoś poczuł...
Nie, nie będę dodawać nowych wyznań za każdym łykiem. Nie, od mojej pracy nie zależy niczyje życie. Jestem biurwą.
Ostatnio moja niezrównoważona i chorobliwie zazdrosna była dziewczyna opisała dość niejasno na Facebooku, jak to walczy z przestępczością i jak to bardzo pomogła światu, który teraz będzie lepszym miejscem i tak dalej i dalej. Brzmiało to jakby co najmniej mały afrykański kraj dźwignęła z kolan i nakarmiła wszystkie jego dzieci. Tak naprawdę po prostu zadzwoniła na komisariat i złożyła donos na moją obecną dziewczynę, że ta ma w domu narkotyki. No i wpadli jej na chatę, zawinęli pół grama marihuany, zabrali ją do radiowozu i teraz siedzi w areszcie na komisariacie.
Szurnięte byłe to najgorsza cena, jaką trzeba płacić za związki.
Od zawsze miałam niezły węch, nawet bardzo niezły. Ale ostatnio chyba trochę mu odwala. Potrafię rozpoznać, kto ostatni korzystał z toalety.
Zaczęło się niewinnie, od domowników. No okej, znam ich zapach od zawsze, może to nic takiego. W gimnazjum zamieszkałam w bursie i tam sytuacja się powtarzała, tyle że na większą skalę. Rozpoznawałam zapach fekaliów osób, których nie znałam nawet z imienia, wystarczyło, że znajdowałam się kiedyś blisko nich i mogłam ich niuchnąć.
Obecnie pracuję w wielkim biurowcu i prowadzę listę osób, których zapach w toalecie rozpoznaję. Wszystkie moje spostrzeżenia są potwierdzone, bardziej lub mniej bezpośrednio.
Czy jakiś miły wilkołak nie szuka żony?
Miałam faceta i nadal go stalkuję.
Był ode mnie o 10 lat starszy, przystojny, doświadczony, inteligentny, kłamca jakich mało. Na tyle zakochałam się w wyobrażeniu o nim, że nie przyjmowałam żadnych jego wad.
Mieszkał z mamą, notorycznie nie pracował, nie pomagał nawet w domu. Byliśmy ze sobą 4 lata.
Zawsze mnie motywował. Mówił co podoba się jemu, a ja jak żabka skakałam by wszystko dopiąć na ostatni guzik. Dla niego się odchudzałam, dla niego pracowałam, ja go ubierałam, a po całym dniu orki robiłam mu loda żeby nigdy nie pomyślał o innej.
Każdy jego wybryk brałam na klatę, zdarzyło się nawet, że dałam za niego raz kolesiowi w mordę.
Po tych czterech latach pękłam, wyrzuciłam go ze swojego życia i głowy, a przynajmniej tak myślałam. Minęły już dwa lata, a ja nadal go stalkuję. Wiem z kim jest, gdzie jeździ, czym jeździ. Nie potrafię utrzymać dobrej relacji z obecnym chłopakiem mimo tego, że przy nim odżyłam. Jesteśmy w trakcie budowy naszego domu, a ja czasem nadal w nocy płaczę. Na żadnego faceta nie spojrzałam tak samo. Przytyłam już prawie 30kg, obecnym facetem pomiatam jak chcę i wiem, że gdyby ON się do mnie odezwał - wróciłabym do niego w minutę.
Chodzę w tajemnicy do psychologa, próbuję przepracować mój syndrom sztokholmski i to on doradził mi streszczenie tego tutaj.
Wylejcie na mnie wiadro pomyj, może to mnie chociaż otrzeźwi, dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie