Chciałabym poruszyć pewien temat, może nie będzie to wyznanie, ale mam nadzieję, że ktoś odważy się odpowiedzieć na moje pytanie.
Dlaczego ludzie są tak nieodpowiedzialni i nie mając warunków na wychowanie dziecka po prostu je robią i nie martwią się tym co będzie? Nie chodzi tu nawet o 500+, bo tak się dzieje nawet gdy nie ma żadnej pomocy od strony państwa. Dziewczyna poznaje chłopaka, nie zna go go końca i nagle zachodzi w ciążę, chłopak ją zostawia, jakoś wychowuje dziecko, znajduje kolejnego chłopaka i zachodzi w kolejną ciążę. Nie potrafię tego w żaden sposób zrozumieć. Nie mówię tu o gwałtach czy patologii, gdzie kobieta jest wiecznie pijana, a przypadkowi mężczyźni ja wykorzystują. Chodzi o osoby "normalne", które nie mają pomysłu na swoje życie i nagle stają się rodzicami z przypadku.
Czy naprawdę chodzi o to, że nie potrafią się zabezpieczyć, czy może dziecko powinno się wtedy stać sensem życia, które wcześniej sensu nie miało. Może ktoś mi pomoże, bo naprawdę nie mogę patrzeć na biedne dzieci, które mają naprawdę źle w życiu przez błędy rodziców.
O tym jak straciłem konsolę, a rodzice telewizor i o (nie)wychowywaniu dzieci.
Nie mam w swoim pokoju telewizora, a PlayStation 4 kupiłem kilka lat temu za pieniądze z rozdawania ulotek i pracy w różnych barach. Oczywiście na jakikolwiek ekran nie było mnie stać, ale na używaną konsolę od kolegi mogłem sobie pozwolić. Jakoś tak zżyłem się z tym kawałkiem plastiku. Postawiłem konsolę na boku, obok telewizora w salonie i codziennie wycierałem ją z kurzu, żeby tylko się nie zepsuła. Rodzice czasem używali jej żeby pooglądać filmy na YouTube. Tak tylko opisuję, żeby nie było że "hurr durr dlaczego nie trzymałeś swojej konsoli u siebie"...
Mam starszą siostrę. Siostra ma trójkę dzieci, a jej mąż sprawuje pieczę, żeby tylko dzieciaków za bardzo nie przemęczać dobrym wychowaniem. Chodzi mi o to, że każde drobne upomnienie dzieciaków, żeby się uspokoiły, albo żeby przestały robić coś złego, kończyły się kłótnią ze szwagrem NO BO TO JESZCZE DZIECKO, NIECH SIĘ WYSZALEJE. Siostra moja tylko go w tym wspierała. Oczywiście 500+ pobierane no bo jak żeby inaczej...
Szwagier nagle musiał wyjechać w celach służbowych, a siostra musiała wyjechać do przyjaciółeczki, bo szykowały się na jakieś urodziny, imieniny czy nie wiem w sumie co. No więc dzieci przywieźli do nas. Dzieciaki kolejno 3,4,5 lat.
Wyobraźcie sobie jak ciężko nad nimi zapanować... jedno włazi na szafki, drugie wywala wszystkie rzeczy z półki, bijąc filiżanki, trzecie rzuca klockami w okno i skacze na krześle niszcząc je. Kiedy spróbujesz uspokoić jedno, to pozostała dwójka zaczyna się bić i rzucać w siebie samochodzikami i tak w koło macieju. Dzieci są tak niesamowicie rozpuszczone, że w trójkę (no bo ja i rodzice) ledwo dawaliśmy sobie z nimi radę.
W pewnym momencie zauważyliśmy, że trzyletniego kaszkojada nie ma w pobliżu. Za późno zorientowaliśmy się że mały narobił w pieluchę (!) i rozsmarował jej zawartość na lodówce. Jakiekolwiek krzyki, upomnienia wzbudzały u dzieci jedynie śmiech. Mama czyściła lodówkę, tato kąpał malucha, a ja próbowałem zagonić do salonu najstarsze dziecko. Cały czas słychać było tylko śmiechy, piski i głośne wrzaski. Kiedy wszedłem z dzieckiem do pokoju, ten średni ze śmiechem uderzał swoimi racicami w ekran telewizora. Kiedy krzyknąłem na niego, żeby przestał, to zaczął się tak maniakalnie śmiać i z premedytacją pociągnął konsolę na podłogę. Konsola podpięta kablami schowanymi za telewizorem pociągnęła za sobą i telewizor. W jednym momencie słychać było tylko głośny HUK. Gnojek uderzony przez walący się na niego kilkukilogramowy telewizor, jedynie się roześmiał.
Telewizor - "rozlany" ekran.
PS4 – martwe.
Kiedy rodzice dzieci wrócili, opowiedzieliśmy im o całej sytuacji.
- Hehehe, trzeba było ich pilnować. Na szczęście jesteśmy rodziną, więc nie musimy wam nic odkupywać hehehe" - powiedział szwagier.
Kiedyś tu opisałam, jak to Polacy dają sobą pomiatać w pracy, oczywiście pojawiło się pełno komentarzy, że albo się nie znam, albo nie ma pracy nigdzie i trzeba zapie... Niszczyć sobie zdrowie, bo cię wywalą, a na twoje miejsce jest pełno chętnych, którzy będą tyrać za minimalną krajową.
Oto kilka przykładów, które może zachęcą innych o walczenie o swoje prawa.
Chłopak pracował w piekarni jako pomocnik piekarza, czyli przynieś, zanieś, pozamiataj. Z czasem pojawiały się prośby typu: to jak już tu stoisz, to wyciągnij chleby z pieca. Po jakimś czasie pojawiły się nowe obowiązki. Obowiązki, które miał piecowy, ale po co zatrudniać dwóch ludzi, skoro można jednego, a i tak wszystko zrobi. Chłopak podszedł po kilku miesiącach do szefa i szczerze porozmawiał. Skoro ma obowiązku piecowego, to i pensję odpowiednią chce mieć. Reakcja szefa była oczywista. Nie i już. W tym czasie kilkanaście bochenków chleba było w piecu, a on jako pomocnik piekarza miał przerwę. Nieprzypilnowanie spaliły się na placki. Czemu tego nie przypilnowałeś?! Ja jestem pomocnikiem piekarza, nie piecowym, to nie należy do moich obowiązków. Podwyżkę dostał.
Inny chłopak dostaje karę za brak wyników. W umowie o żadnych karach mowy nie było, o zrobieniu jakiegoś "celu" też nie. Chłopak się nie obijał. Pracował ciężko jak wszyscy, tylko miał gorszy dzień. Na dokumencie z wypłatą zobaczył odjęcie pewnej kwoty, więc poszedł do szefa i powiedział mu o sądzie pracy. Pensję dostał całą, bo pracodawca naprawdę boi się tego typu rzeczy.
Owszem, do pracy idzie się żeby pracować, a nie odpoczywać. Należy jednak przede wszystkim dbać o swoje bezpieczeństwo i zdrowie, bo co z tego, że mając 20 lat możesz tyrać i biegać jak królik z baterią, skoro po czterdziestce będziesz mieć problemy z kręgosłupem?
Dlaczego jest taki wyzysk? Bo się dajemy i boimy, że jak zawalczymy o swoje, to nas wywalą. Więcej wiary w siebie i nie bójcie się zmieniać pracy. Zwolnienie to tragedia? Uwierz, że nie, bo skoro taki ciapciak życiowy jak ja sobie poradził i znalazł pracę, to i ty znajdziesz. PIP i inne takie instytucje naprawdę pomagają pracownikom, ale najlepiej najpierw nimi postraszyć, a potem zacząć działać. Powodzenia i nie mówcie, że się nie da!
Moja dziewczyna zawsze miała dystans do siebie, a jak coś ją rozbawiło potrafiła dostać takiego ataku śmiechu, że trzeba było przeczekać te kilka minut, aż się uspokoi. Inaczej się nie dało.
A teraz wyobraźcie sobie, że podczas robienia jej dobrze ustami pierdnęła mi w twarz. Niby nic takiego, każdemu się zdarzy, jednak to nie był zwykły pierd. To był pierd morderca, taki, że prawie straciłem przytomność. Zrobiłem wtedy bardzo śmieszną minę (tak mi później powiedziała) i wpadła w ten swój niepohamowany śmiech. Gdybym wiedział, co się szykuje, od razu bym uciekł, ale nie... Patrzyłem jak robi się cała czerwona na twarzy, łzy jej ciekną po policzkach, dusiła się ze śmiechu. I wtedy jej siki wystrzeliły w moja twarz. Ja naprawdę nie sądziłem, że kobieta może sikać pod takim ciśnieniem. Uciekłem od razu i jedyne z czego mogę się cieszyć, to fakt, ze łóżko oberwało bardziej niż ja.
Ps. Nadal jesteśmy razem i teraz ja jej pierdzę.
Nienawidzę nawyku popularnego wśród damskiej części rodziny, polegającego na komentowaniu biustu dorastających latorośli i dotykania go, pewnie wiecie o czym mówię.
Czuję się wtedy jak ofiara molestowania, ale gdy im to mówię, biorą mnie za przewrażliwioną.
Od zawsze miałam tak zwaną żyłkę artystyczną. Już w przedszkolu rysowałam lepiej niż inne dzieci, a moje prace wyróżniały się na tle innych. Kiedy trochę podrosłam, polubiłam też inne rodzaje tworzenia takie jak lepienie, malowanie itp. Jednak nigdy nie chciałam ich pokazywać, można powiedzieć, że zawsze lądowały w szufladzie.
W ok. 3 klasie podstawówki postanowiłam stworzyć swoje pierwsze oficjalne dzieło, które pokażę światu. Wyjęłam jakieś stare karty, na których widniały postacie z kreskówek i wzięłam się za rysowanie. Kiedy skończyłam z dumą położyłam moją pracę w widocznym miejscu, żeby potem wszystkim ją pokazać i wyszłam pobawić się z koleżanką na dwór.
Wróciłam po pewnym czasie z ową koleżanka do mojego domu. Od razu po wejściu do salonu zauważyła moją pracę. A ja z dumą odpowiedziałam, że jest moja i sama ją narysowałam. Wtedy do akcji wkroczyła moja mama. Uznała, że praca jest brzydka i na pewno to przerysowałam. Przecież ja nie byłabym w stanie narysować czegokolwiek jestem na to za tępa. Co gorsza przekonywała moją koleżankę, że mówi prawdę. Moje dziecięce serce pękło na pół. Wiedziała, że jest to dla mnie ważne, widziała, że mam talent. Nigdy nie powiedziała o jakiejkolwiek mojej pracy czegoś pozytywnego. To było moje hobby. Ja tym wręcz żyłam, kiedy nikt nie chciał ze mną rozmawiać w szkole. Po tej sytuacji ograniczyłam rysowanie, aż w końcu całkiem z niego po roku zrezygnowałam.
Niby to nic takiego, innym przytrafiają się o wiele gorsze rzeczy niż takie pierdoły. Ale ostatnio po wielu latach postanowiłam coś narysować coś mnie podkusiło, sama nie wiem czemu. Znowu odczułam radość z tego co robiłam. Teraz już moją mamą się nie przejmuję ani trochę, więc postanowiłam do tego wrócić. Okropnie żałuję straconych lat, tego że przestałam przez taką nic nie znaczącą sprawę. Mogłabym być teraz naprawdę w tym dobra, a jestem w tyle.
PS. Moja matka od zawsze mnie obrażała o wszystko, nawet błahostki, dlatego już przywykłam.
Dostałam od komornika przedsądowe wezwanie do zapłaty na 2,50 zł za nieopłacony rachunek na znanym serwisie aukcyjnym. Naprawdę myślałam, że oni żartują z tym przekazywaniem do windykacji!
Od najmłodszych lat bałem się wysokości, a jednocześnie lubiłem wyzwania. Jako jeszcze bardzo mali chłopcy wraz z kolegami skakaliśmy z murków, śmietników, wspinaliśmy się na dachy pobliskich rozdzielni elektrycznych, niemniej jednak zawsze miałem lęki związane z byciem ponad ziemią, gdzieś, gdzie nic nie chroni mnie od upadku.
Dzisiaj mogę dumnie powiedzieć, że jestem licencjonowanym spadochroniarzem, skaczę z samolotów z wysokości ponad 3 km. I tylko nikt nie wie, że nadal boję się wysokości... ale ten strach nigdy nie wyskakuje ze mną :)
Po kilku związkach dwa lata byłam sama, z myślą, że każdy mężczyzna jest taki sam i bez jakiegoś większego sensu życia żyłam z dnia na dzień.
Nagle poznałam jego. Po 3 miesiącach zamieszkaliśmy razem, rok później mi się oświadczył, za miesiąc mamy ślub.
Co w tym anonimowego? Otóż tydzień temu wykryli u niego nieuleczalną chorobę układu nerwowego. Leczenie polega tylko na łagodzeniu obecnych objawów i zapobieganiu ich pogłębienia. Kocham go i go nie opuszczę, ale ciężko mi pogodzić się z tym, że możliwe, że w wieku 40 lat będę wdową lub żoną sparaliżowanego człowieka.
Widocznie ktoś tam na górze nie chce, żebym żyła długo i szczęśliwie...
Od dwóch lat mam w zakładkach historię /qBE4N. Jest dla mnie przypomnieniem, że moja historia nie jest wytworem wyobraźni, ale niestety, jak najbardziej prawdziwa.
Pochodzę ze względnie dobrego domu. Było czasami lepiej, a czasami gorzej, ale nigdy nie byłam głodna, brudna, miałam gdzie spać. I to by było na tyle, co chodzi o ''dobre'' strony tego domu. Bicie i poniżanie było powszechne, choć to drugie znacznie bardziej. Byłam wyśmiewana za mój wygląd (trochę grubsza, bez pięknych włosów czy dziewczęcego wdzięku), charakter i dolegliwość, która była nie tylko uciążliwa, ale i wstydliwa. Moja matka wyśmiewała mnie przy rodzinie, swoich znajomych, dzieciach z podwórka. Jej ulubionym tekstem było "zobaczysz, będziesz zawsze sama, nikt nawet na ciebie nie spojrzy".
Nie wolno było się mylić. W bodajże pierwszej bądź drugiej klasie podstawówki planowany był mini-bal przebierańców, w godzinach lekcyjnych. Na moje nieszczęście pomyliły mi się daty i któregoś dnia poszłam do szkoły przebrana za Myszkę Miki. W szkole trochę śmiechu, ktoś jeszcze się pomylił, żadna tragedia. Z powrotem do domu, a tam dostałam takie lanie, że do szkoły szłam trzymając się płotu. Moje czerwone oczy tłumaczyłam że ''płakałam w domu ze śmiechu, z mojej pomyłki''.
Dla mojej matki prawdziwym szczęściem, jakie można w życiu osiągnąć, to być w związku. Człowiek, który jest sam, choćby tymczasowo, jest nic, absolutnie nic nie wart. Z moim absolutnym brakiem pewności i wyglądem, bycie z kimkolwiek nie było nawet opcją w najśmielszych snach. Tu drugi ulubiony tekst ''przynajmniej się ucz, chociaż tyle z ciebie będzie''. Nauka była moja odskocznią, choć i tak byłam krytykowana, bo byli lepsi.
Dziś, mając 30 lat, żyję bardzo dostatnio, mam dobrą pracę, w której jestem doceniana. Nigdy nie byłam w związku czy nawet na randce. Na samą myśl o kimś innym słyszę te wszystkie teksty o mojej nieudaczności, wyglądzie i dziwactwie. Cierpię na depresję, która każe mi się zamykać w domu na długie dnie, ponieważ, gdy tylko wyjdę, czuję się obserwowana, każdy wytyka mnie palcem i wyśmiewa.
Jestem do bólu pesymistyczna, sama z siebie śmieję się przy wszystkich, i gdy tylko jestem komuś przedstawiona, od razu ustalam, jaka jestem beznadziejna, zanim ktoś ma możliwość ukształtowania o mnie opinii.
Moja matka oczywiście nie widzi nic złego. Powinnam być dozgonnie wdzięczna za ten cudowny dom i możliwości, które mi dali. Wszystkie sukcesy to tylko i wyłącznie ich zasługa. Nie rozumie, dlaczego jestem samotna.
Dzwonię do niej raz na kilka miesięcy. Odwiedzam raz na rok lub dwa, rzadziej z każdym rokiem. Jej pozostaje tylko zazdrość, że inne matki są odwiedzane przez dzieci i wnuki, kochane i poważane. A dla mnie mogłaby przestać istnieć, choćby już.
Dodaj anonimowe wyznanie