Odkąd w dość młodym wieku wyprowadziłam się z domu i zaczęłam od razu sama na siebie zarabiać, stałam się straszną sknerą (gdzie wcześniej byłam typem lekko zbuntowanej księżniczki, która totalnie nie znała pojęcia "oszczędzanie"). Nie zarabiam kokosów i nigdy nie zarabiałam, chociaż łatwiej mnie spotkać w pracy niż w domu. Specjalnie ubieram się w hipisowskie, punkowe, grunge stylówki, żeby ludzie nie zwracali zbyt dużej uwagi na dziurawe rajstopy czy mocno znoszone ubrania, o które i tak dbam jak tylko umiem.
Jakiś czas temu zrobiło mi się głupio w tramwaju, gdy zobaczyłam, że para żuli ma buty w lepszym stanie ode mnie. Obuwie wywaliłam ze smutkiem, bo było wygodne, chociaż zaczęło się dziurawić od spodu. Ostatnio się skapnęłam, że moje problemy z odżywianiem są spowodowane nie tylko przez nieregularne godziny pracy, stres itp., ale też właśnie przez skąpstwo. Patrzę na cenę i odechciewa mi się jedzenia. Schudłam straszliwie i zaczęłam się wstydzić własnego ciała, ale dalej mam problem z wydawaniem pieniędzy na jedzenie.
Dzisiaj idę przez miasto (nie małe, nie duże). Z naprzeciwka szedł chłopak na oko 15-17 lat i puszczał z głośnika muzykę, która nie była przyjemna dla mojego ucha - dużo wulgaryzmów. Krzyknęłam (żeby zagłuszyć muzykę) do niego "Możesz wyłączyć muzykę albo włączyć sobie na słuchawkach, nie wszyscy chcą..." i w tym momencie chłopak był już na tyle blisko mnie, że napluł mi w twarz i poszedł dalej.
Przez 2 minuty stałam w miejscu, zastanawiając się o co chodzi.
W firmie, gdzie pracuję, pracuje też K. K jest w ciąży i niedługo pójdzie na zwolnienie. K jest miłą i sympatyczną osobą, nawet ją lubię, cieszę się jej szczęściem (jej pierwsze dziecko), a jeszcze bardziej cieszy mnie, że pozbędę się na rok tej niekompetentnej idiotki (albo i na dłużej, bo to nie jest wcale takie pewne, czy będzie chciała wrócić do pracy). Mam cichą nadzieję, że w miejsce K przyjmą kogoś równie sympatycznego, ale przy tym bardziej ogarniętego.
Moi rodzice są bogaci. Bardzo bogaci. Mnie natomiast wychowywano bardzo surowo, tzn. miałem dach nad głową i jedzenie, ale nie dostawałem prezentów, tylko np. ubrania, jeśli wyrosłem z tych co miałem. Nigdy nie dostałem jakiegoś "zbędnego" drobiazgu, choćby kartki urodzinowej. Nie miałem kieszonkowego, nie mogłem chodzić na żadne zajęcia dodatkowe po szkole, jeśli były płatne. Jako dziecko miałem straszny żal do rodziców, zazdrościłem kolegom głupich klocków Lego. Wcześnie zacząłem zarabiać dawaniem korepetycji młodszym dzieciakom, żeby mieć na swoje drobne zachcianki. Jak rodzice się dowiedzieli, to przestali mi dawać także ubrania i takie rzeczy jak kosmetyki, na wszystko musiałem sam zarobić. To wbiło mnie w dumę, że jestem lepszy od swoich rówieśników, bo jestem "niezależny" finansowo.
Będąc w liceum pracowałem już na pół etatu i dorzucałem się rodzicom do rachunków (sam zaproponowałem, oni się zgodzili). Poszedłem na studia i zacząłem się utrzymywać już w całości samodzielnie, a moje poczucie wyższości nad kolegami, których utrzymywali rodzice, urosło do takich rozmiarów, że potrafiłem w twarz nazwać ich "pijawkami". Któregoś miesiąca dopadło mnie zapalenie miazgi zęba. Nie miałem odłożonej wystarczającej ilości pieniędzy (studia nie pozwalały mi na pracę na cały etat), mogłem wybrać: lekarstwa albo jedzenie do końca miesiąca, i wtedy po raz pierwszy się złamałem i zadzwoniłem do domu z prośbą o pożyczkę, płacząc z bólu i obiecując, że oddam zaraz po wypłacie. Rodzice się nie zgodzili. Powiedzieli, że jestem dorosły i powinienem lepiej gospodarować pieniędzmi. Kupiłem leki, resztę miesiąca przeżyłem dzięki dobroci moich współlokatorów, którzy karmili mnie widząc, że nie mam absolutnie nic do jedzenia. Wtedy zaczęła kiełkować we mnie myśl, że to nie jest do końca w porządku, ale nadal wmawiałem sobie, że nie mam prawa rozporządzać pieniędzmi rodziców. Ale przełom przyszedł później.
Miałem wtedy narzeczoną, tak się wydarzyło, że zdiagnozowano u niej nowotwór. W Polsce jedyną możliwością leczenia było m.in. usunięcie całkowicie macicy, a chcieliśmy bardzo mieć dzieci. Za granicą znaleźliśmy klinikę, która podjęła się innej metody leczenia, ale to kosztowało. Założyliśmy zbiórkę i przekonałem narzeczoną, żebyśmy pojechali do moich rodziców prosić o pomoc. Byłem przekonany, że tym razem pomogą, w końcu chodziło tu o zdrowie i życie mojej marzeczonej. Jak możecie się domyślić, odmówili. "Nie będziemy marnować funduszy na wasze zachcianki". Wtedy coś we mnie pękło. Wstałem i wyszedłem, od tamtego czasu nie utrzymuję z nimi kontaktu. Sam nie wiem co mam zrobić w tej sytuacji, bo z jednej strony mam do nich straszny żal, że mi nie pomogli, gdy mogli, a z drugiej nadal tkwi we mnie przekonanie, że nie mam prawa dostać od nich nawet złotówki.
Moja żona zażądała rozwodu. Nie, nie było zdrady z żadnej strony, nikt nikomu nie wyrządził krzywdy. Aneta powiedziała mi już ponad rok temu, że mnie nie kocha. Oboje próbowaliśmy odnowić naszą relację, ale te starania nie przyniosły żadnych rezultatów. Uczucie z jej strony wygasło i żadne z nas nic na to nie poradzi.
Dziś mam sprawę rozwodową – i godzę się na rozwód bez orzekania o winie, nie robię jej żadnych problemów. Właśnie dlatego, że ją kocham.
Czasem, gdy naprawdę kogoś kochasz, musisz pozwolić mu odejść.
Od kilku lat bardzo głośno oddycham, wiele osób pyta mnie czym się tak denerwuję - ja odpowiadam, że niczym, po prostu to mój normalny oddech. Ostatnio coraz ciężej złapać mi oddech, zdarza mi się dusić i nie móc złapać tchu. Mój ojciec wszystko bagatelizuje i mówi, że wymyślam sobie niestworzone choroby. Mimo regularnej i intensywnej aktywności fizycznej mam problem z przebiegnięciem jednego okrążenia na wf-ie. Czuję, że bardzo mi się pogarsza, z każdym dniem mam wrażenie jakbym walczył coraz ciężej o kolejny wdech. Coś jakby blokuje płuca i sprawia, że są bardzo, bardzo małe. Ojciec nie chce o tym słuchać, dostaję szlaban na wyjścia z domu, jak tylko o tym wspomnę. Mówi, że nie będzie wydawał pieniędzy na moje fanaberie, a na NFZ to się dostanę jak będę miał 60 lat.
Nie wiem co robić, bardzo się boję, że kiedyś się po prostu uduszę. Chociaż może to pokazałoby mojemu ojcu, że nie zmyślam. Błagam, anonimowi, macie jakieś pomysły jak dostać się do lekarza bez zgody rodzica? Mam 14 lat i nie mam żadnej innej rodziny lub starszych znajomych, którzy mogliby ze mną pójść.
Potrzebuję spojrzenia na to ludzi, którzy nas nie znają. Którzy nie mogą powiedzieć „znam Janusza, on by tak nie zrobił”/ „znam Grażynkę, ona jest taka i owaka”.
Sytuacja ciągnie się od dobrych paru lat. Ogólnie jestem w szczęśliwym związku z rozwijającym się, pełnym pasji facetem. Właśnie, ogólnie... Jakby szczegółowo spojrzeć, to zabija nas jeden ciągle powracający temat.
Kocham go na zabój. Mamy po dwadzieścia parę lat, mieszkanie, oboje pracujemy. Uważam, że po prawie 10 latach związku i zbliżania się do 30. czas myśleć o niefajnych dla facetów tematy. Ślub i dzieci. Ja chcę rozmawiać (!) o takich planach, które moglibyśmy spełniać. On zgadza się ze mną, mówi, że chce tego samego co ja, ale rozmowy jak nie było, tak nie ma. "Kiedyś" - odpowiedź na pytanie, kiedy planuje mieć dzieci czy brać ślub. "Z tobą, ale kiedyś". Nie nalegam. Czekam, aż przyjdzie czas.
Boję się, że to kiedyś będzie za późno... ale ja nie o tym.
Za gówniarza mój facet poznał na jakichś czatach laskę z drugiego końca Polski. Zaprzyjaźnili się i czasami wymieniali kilka wiadomości na fb. Ja uważam, że ufanie ludziom, których się nie zna osobiście jest idiotyzmem, ale to moje zdanie. Nie przeszkadzało mi to. Do czasu jak zaczął chować jej zdjęcia w folderach na kompie (nie nudesy, te same, które ona miała na fb i innych portalach). Do czasu jak ze mną nie chciał rozmawiać na poważne tematy, a z nią "żartował sobie", że się spotkają i będą mieli dzieci. Albo czy wolałaby przyjąć jego nazwisko, czy swoje. (To o żartach to oczywiście jego tłumaczenie. Ja uważam, że nie powinno się żartować w ten sposób z inną kobietą będąc w związku)
Innym razem, gdy byłam w szpitalu, pisali ze sobą (oczywiście...) i powiedział jej, że chciałby, żeby byli z jednego miasta.
Dla mnie to wszystko było już za dużo. Poprosiłam najpierw, żeby myślał co i do kogo pisze. Nie pomogło. Dalej pisał jakieś dwuznaczne teksty, ze mną unikał rozmowy. Zaczęłam być bardzo zazdrosna o nią. Zaczęłam kontrolować co z nią pisze. Porozmawiałam z nim kolejny raz, wytłumaczyłam o co mi chodzi i poprosiłam o zerwanie kontaktu. Oczywiście on nie widzi nic złego, ona jest tylko znajomą i na dowód tego przestanie się z nią kontaktować.
Było pięknie jakiś czas. Znowu wróciły wiadomości. Nie patrzę o czym pisze z kolegami czy innymi znajomymi, które znam. Ale to, o czym pisze z nią, kontroluję. Jest mi z tym bardzo źle. Powiedzcie mi, czy może jednak przesadzam? To normalne zachowanie i oczekuję za dużo? Czy rozmawianie ze znajomą musi być usiane dwuznacznymi tekstami? Nie uważam tego za zdradę. Ale k_rwa tak się chyba nie robi będąc w związku? Może jestem młoda fizycznie, a poglądy o wierności i związku mam naszych dziadków. Wiercę sobie sama dziurę w brzuchu, że to ja robię coś źle. Jednocześnie uważając, że to z tą relacją jest coś nie tak. Nie daję sobie z tym rady.
Jak miałam jakieś 10 lat, kuzyn w moim wieku wysłał mi SMS z prośbą o wysłanie mu zdjęcia stóp. Oczywiście nie miałam wtedy pojęcia, że coś takiego jak fetysz stóp istnieje, więc wysłałam, bo dlaczego nie. Później prosił mnie o zdjęcia w bieliźnie, tu już odmówiłam. On za to wysłał mi zdjęcie swojego penisa.
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, mamy teraz po 20 lat i zawsze gdy raz na rok go widzę, mam nadzieję, że tego nie pamięta, mimo że to raczej on powinien się wstydzić.
Mam 29 lat i jestem prawiczkiem.
Och, już słyszę te Wasze salwy śmiechu. Tyle że ja jestem prawiczkiem z wyboru.
Otóż miałem wiele okazji w życiu, z żadnej nie skorzystałem. Dlaczego? Bo chcę uprawiać miłość tylko ze swoją przyszłą żoną. Nie wstydzę się tego, wręcz przeciwnie, jestem z tego dumny.
Wierzę, że znajdę jedną kobietę na całe życie. I uszczęśliwię ją tym, że potrafiłem na nią zaczekać.
Jeżeli kiedykolwiek myśleliście, że druga połówka zerwała z wami z głupiego powodu, to pomyślcie sobie, że moja narzeczona (!) zostawiła mnie, bo chciałem zrobić pranie i przez przypadek zafarbowałem jej białe koszule na różowo.
Dodaj anonimowe wyznanie