Jestem młodą mamą, moja córka ma niespełna rok. Kocham ją nad życie, ale zdarza mi się powiedzieć o niej per "gówniak" czy "kaszojad".
"Bachorem" nazywam ją jedynie w myślach, jak bardzo mnie zirytuje xD
Śmieszą mnie osoby (najczęściej madki), które w internetach spinają się o używanie wspomnianych słów, często kierując do adwersarzy masę gorszych inwektyw.
Mam bardzo mocny sen, bomba by mnie nie obudziła, tego jestem pewien, ale poczułbym piórko, które spadło na nogę. No i tu jest problem, żaden dźwięk mnie nie obudzi, ale najlżejszy dotyk już tak.
Wszystko zaczęło się jakiś miesiąc temu. Narzeczona miała bardzo stresujący okres w pracy i problemy w rodzinie. Zaczęła mieć przez to bardzo niespokojne sny, wręcz koszmary. Rzucała się przez sen jak oszalała. Nie robiła tego specjalnie, przecież spała, ale i tak ciężko mi było nie być na nią rano złym przez brak wyspania. Taka sytuacja trwała ze dwa tygodnie. I jak nagle się zaczęła, równie nagle się skończyła. Narzeczona powiedziała, że sny się unormowały. Ucieszyłem się, bo bardzo mnie rozstrajał brak snu.
Minęło kolejnych parę dni, aż zdarzyło się, że w nocy wstałem za potrzebą. Zobaczyłem wtedy, że łóżko obok mnie jest puste, za to narzeczona rzuca się po podłodze. Obudziłem ją i spytałem co się stało (myślałem, że spadła z łóżka). Okazało się, że sny się nie skończyły, po prostu moja narzeczona czuła się winna, że przez nią się nie wysypiam i co noc czekała aż zasnę i przenosiła się na podłogę (mieszkamy w kawalerce, więc była to jedyna alternatywa), żeby mnie już więcej nie budzić.
Nigdy w życiu nie było mi tak głupio i nie czułem się tak winny, jak w tamtej chwili.
Moja Mama ma dwoje rodzeństwa, Tata ma troje. Wszyscy żonaci/zamężni i jakoś tak się złożyło, że każde z nich ma dzieci w podobnym wieku, tj. od 18 do 26, ja liczę 21 wiosen. Czyli mam 8 rodzeństwa ciotecznego. Każde z mojego rodzeństwa ma już swoją drugą połówkę, za wyjątkiem mnie. Na każdą rodzinną imprezę są wszyscy zapraszani oczywiście że swoimi chłopakami/dziewczynami, ja sam. Zawsze wówczas słyszę, że to już czas najwyższy, że każdy już ma swoją love, że ile to można czekać, na co czekać, kiedy wreszcie przyprowadzę dziewczynę. Nie wspomnę, że co roku na wigilię dostaję przy opłatku życzenia: wesołych świąt i znajdź wreszcie miłość! Szlag mnie trafia.
A życzą mi tego wszystkie ciocie, wujkowie, rodzeństwo, te moje "bratowe" i "szwagrowie". Ostatnio nawet rodzice, którym też to zaczęło wadzić. Urocze, nie ?
W końcu nie wytrzymałem. Na jednych imieninach ciotki, kiedy temat zszedł na "związki" młodych potomków i oczywiście na to, że ja nadal jestem sam, zaczęto snuć jakieś tezy, że jestem A. nienormalny B. homo. Wybuchem.
Odpowiedziałem cioci: uważam, że sprawa związku z drugą osobą to sprawa poważna i odpowiedzialna, nad którą należy się dobrze zastanowić aż się z kimś zwiąże, bo inaczej wszystko może skończyć się bardzo źle, co widać doskonale na przykładzie naszej rodziny.
Tu dodam istotny szczegół: tylko moi rodzice i siostra taty nie są rozwiedzeni. Pozostali wszyscy mają drugiego lub trzeciego już partnera, a z byłymi toczą zajadłe spory.
Ciocia miała akurat trzeciego męża. Do dziś się do mnie nie odzywa. Ja wreszcie przestałem słuchać "kiedy wreszcie znajdziesz...".
Kiedy jestem sam w domu i mam potrzebę skorzystać z toalety, drzwi za sobą zamykam, ale nie na zasuwę. Zawsze myślę: „Po co to robić? Jestem sam, to nikt do środka nie zajrzy”. Tym razem się jednak myliłem.
Siedzę na kiblu, w(y)rzucam „dwójkę” i opieram, jak zwykle, głowę o drzwi. Może to śmieszne, ale lepiej się wtedy skupiam. Do tego oglądam jakieś filmiki na YouTubie. Wiadomo, nic nie słychać, bo z filmiku dobiegają jakieś śmiechy-chichy.
Tak sobie siedzę, całym ciężarem cisnąc głową w drzwi, gdy nagle ktoś je otwiera, a ja ląduję twarzą na kafelkach, w dodatku z gołą dupą na wierzchu. Z tego szoku się zastanawiam, czy gówno trafiło do kibla, czy może leży gdzieś obok. Wściekły i zarazem zawstydzony podnoszę głowę i widzę... mojego psa. Tak, zapomniałem że mój pies sam potrafi otwierać drzwi.
PS Jednak trafiłem do kibla.
Od jakiegoś czasu spotykam się z Agnieszką. Dziewczyna ta, oprócz swoich niewątpliwie istotnych, pozytywnych cech charakteru, bardzo lubi uprawiać seks, więc sporą część czasu, który spędzamy ze sobą, poświęcamy na bzykanie się. Wynajmuję mieszkanie z dwoma osobami, ona natomiast mieszka sama, zatem to u niej mamy w zwyczaju się widywać.
Wczoraj podczas gry wstępnej zapytałem Agnieszkę, czy ma prezerwatywy. „Kurczę” - rzekła bez zastanowienia. - „Skończyły mi się w piątek...”. Kiedy biegłem do apteki dotarło do mnie, że w piątek się nie widzieliśmy, a w środę zostawiłem u niej nowe opakowanie z 12 sztukami kondomów. Zamiast do apteki, poszedłem na przystanek autobusowy i wróciłem do siebie. Chyba muszę przestać łudzić się, że za pośrednictwem Tindera mogę poznać wartościową partnerkę.
Rodzice mojego chłopaka znowu poruszyli temat wnuków, a mój narzeczony powiedział, że mamy problemy z zajściem w ciążę. Po tym wszystkim podsłuchałam, jak jego mama kazała mu oddać pierścionek zaręczynowy do sklepu, tłumacząc mu, że nie warto się ze mną żenić, skoro nie urodzę mu dzieci.
Po dłuższym czasie chodzenia z dziewczyną doznałem olśnienia. Często powtarzała rzeczy w stylu "jesteś moim ulubionym" i gładziła mnie po brodzie. Co zresztą bardzo lubiłem. Do momentu, w którym poznałem jej zwierzątka i wyszło na to, że traktuje mnie po prostu jak kolejnego kota.
Tegoroczne lato, Krynica-Zdrój. Jakaś pani pyta się mnie o jakiś pensjonat/hotel.
- Yy, nie kojarzę, a na jakiej to ulicy?
- Morskiej.
Coś tu nie tak, jaki idiota nazywałby ulicę "Morska" w mieście leżącym w górach, kilkaset kilometrów od najbliższego morza?
Po chwili okazało się, że wszystko OK, tyle że pani rezerwowała sobie wakacje w Krynicy Morskiej i jakoś nie przyszło jej do głowy, że jest jeszcze inna Krynica na drugim końcu kraju.
W sklepie podeszła do mnie jakaś kobieta i powiedziała, że wyglądam jak jej syn, który zginął w wypadku. Spytała, czy może mnie przytulić "ostatni raz". To było strasznie dziwne, no ale co miałem zrobić? Zgodziłem się.
Dopiero przy kasie połapałem się, że gwizdnęła mi portfel.
Moja kilkuletnia córeczka narysowała dla mnie rysunek z okazji moich 30. urodzin. Narysowała siebie, naszego psa i mnie. Ja byłam cała pomazana kreskami. Spytałam więc, dlaczego namalowała na mamie takie dziwne paski. Odpowiedziała:
„To zmarszczki, mamusiu. Masz już baaardzo dużo lat i dużo zmarszczek”.
Przekochane dziecko.
Dodaj anonimowe wyznanie