Bądźmy szczerzy, każdemu z nas w dzieciństwie zdarzyło się coś przeskrobać. Czasami bardziej, czasami mniej. Ja akurat miałem dosyć komiczną sytuację.
Jak miałem jakieś 3 lata, mieszkałem z rodzicami w bloku. Miałem taki czerwony, plastikowy samochodzik, na tyle duży, abym mógł na nim usiąść, złapać za kierownicę i jeździć po pokoju. Miał pod siedzeniem coś w rodzaju bagażnika, który można było dosyć łatwo otwierać.
Pewnego razu zachciało mi się srać. Pojechałem zatem moim samochodem do łazienki i nie wiem czemu, ale nie skorzystałem jak zawsze z toalety. Zastanawiam się do dzisiaj co mnie podkusiło, ale otworzyłem bagażnik i... skorzystałem. Po wszystkim jak gdyby nigdy nic zamknąłem bagażnik mojego auta i podciągając majty, wyjechałem zadowolony z łazienki. Po jakichś dwóch godzinach, kiedy zaczęło na prawdę capić w salonie, matka się skapnęła.
Cudowne dzieciństwo.
Piętro niżej mieszka rodzina, która ma trójkę dzieci, w tym jedno na oko 1,5-roczne. I właśnie to najmłodsze za każdym razem, gdy widzi kogoś obcego, np. na klatce, wydziera się wniebogłosy. Nie że płacze, agresywnie krzyczy na drugą osobę, jakby chciało kogoś wystarczyć.
Co ciekawe, ta sama rodzina ma również yorka (albo innego tego typu "psa"), który szczeka jak opętany na każdego.
Któregoś dnia gdy wracałem do mieszkania, ich drzwi były otwarte na oścież. To co zobaczyłem mnie zamurowało.
Dziecko normalnie popylało na czworaka za psem, bez ubrań, brudne od jedzenia, obwąchiwało wszystko i wszystkich, a gdy mnie zobaczyło, wyskoczyło na klatkę razem z psem, żeby mnie oszczekać.
Teraz nie wiem, czy to tylko zabawa, czy jednak dzwonić po jakieś służby.
Wyznanie będzie o tym, jak nauczyłam się nie oceniać książki po okładce - a konkretniej nie oceniać ludzi na podstawie ich wyglądu, rasy etc.
Sytuacja miała miejsce w tramwaju, a właściwie już na pierwszym przystanku. Zaczepił mnie mężczyzna podchodzący pod 40., gość ewidentnie z rejonu Indii czy Pakistanu. Polskiego nie znał, angielski lepiej.
Prosił, żeby przetłumaczyć mu jakiś dokument z fotografii z telefonu, więc grzecznie powiedziałam co i jak - chodziło o jakąś datę dostarczenia dokumentów.
Przyjechał mój transport, więc biorę torbę i plecak, mówię goodbye, ale nie. Okazuje się, że jedziemy razem. Oczywiście siedząc koło siebie. 14 przystanków. Yeey.
Zostaliśmy znajomymi na Fb, opowiedział mi całą historię swojego życia, a jakże - okazał się mikrobiologiem, który współpracuje z armią USA! Po prostu niesamowite.
No nic. Tłok w tramwaju, a my oczywiście szprechamy po angielsku, wszystkie babcie i inne osobistości tramwajowe gały na nas.
W końcu mój przystanek. Próbuję się jakoś grzecznie wyrwać, wysiadam - NIE.
Wysiada ze mną.
Żegnamy się rzewnie, gość zaprasza mnie na jedzenie czy coś tam.
Odmawiam i tłumaczę, że jadę do domu, na pożegnanie zostaję przytulona, po czym gość W KOŃCU sobie idzie.
A ja wkładam rękę do kieszeni - a tam nie ma ani słuchawek, ani telefonu. Zaglądam do torby - nie ma telefonu. Szybka dedukcja - gość zapierniczył mi telefon!
Wołam do niego (akurat przechodził przez pasy), żeby zaczekał. Obejrzał się i poszedł dalej.
Nigdy nie zapomnę tego uczucia w nogach. Biegłam za nim jak Usain Bolt.
Dopadłam go prawie płacząc, żeby mi oddał telefon. Obmacałam go całego, lud się patrzy, ja zapłakana, a telefonu nie ma...
Ściągnęłam plecak. Otwieram... Telefon był w plecaku. Do tej pory nie mogę sobie przypomnieć, kiedy go tam wrzuciłam.
Takiego wstydu to się w życiu nie najadłam.
Gość na szczęście nie zrobił mi awantury, poszedł dalej. Ja natomiast do dziś czuję na sobie wzrok wszystkich ludzi, którzy to widzieli.
Właśnie kończy się coś ważnego w moim życiu.
Mam 30 lat, od 12. jestem w związku. Właściwie od początku rozmawialiśmy z moim mężem Remikiem na temat dziecka. Moje podejście zawsze było takie samo - chcę mieć dziecko, ale adoptowane. Jestem obciążona genetycznie poważną chorobą, nie chcę tego przekazywać dalej. Ciąży i porodu zawsze się bałam. I na dodatek mogłabym zapewnić dom dziecku, które go potrzebuje. Remik zawsze powtarzał, że mi się odmieni, a po moich stanowczych przeczeniach przytakiwał mi i stwierdzał, że czy swoje, czy adoptowane - on każde dziecko pokocha. Wierzyłam mu, bo czemu miałabym nie wierzyć?
Problem pojawił się po naszym ślubie. Remik zaczął nalegać na to, żebyśmy zrobili sobie dziecko. Ja próbując sprowadzić go na ziemię powtarzałam mu, że nie tak się umawialiśmy. Że mówił mi, że możemy adoptować dziecko i dla niego nie będzie miało to żadnego znaczenia. Wtedy przyznał mi się, że tylko tak mówił, żeby się o to ze mną nie kłócić. Zajebiście. W tym wszystkim zapomniał, że to ja byłabym matką, a jak wiadomo, na matce ciąży dużo większą odpowiedzialność i to od samego poczęcia. Powiedział mi, że nie wyobraża sobie życia bez NASZEGO dziecka, a na adopcję nie ma szans.
Po tych słowach wyszłam do pokoju i zaczęłam się pakować.
Za kilka dni ostatnia rozprawa. Bierzemy rozwód za porozumieniem stron.
Za czasów szkoły zawsze byłam klasowym wyrzutkiem, w sumie to po kilku latach dało się przyzwyczaić do codziennego nękania, ale najbardziej przykro było mi zawsze w okresie świątecznym. Wiadomo, mikołajki klasowe, każdy kogoś losuje i kupuje tej osobie prezent. W podstawówce zawsze każdy dawał daną kwotę i to rodzice kupowali prezenty dla całej klasy, tak by każdy dostał to samo. W gimnazjum i liceum każdy musiał coś kupić wylosowanej osobie. Jako że mnie nikt nie lubił, to też nikt nigdy nie chciał mnie wylosować, jednak zawsze jakiś pechowiec musiał kupić mi prezent... Prawie zawsze, były lata, w których nawet mnie nie dopisali do losowania. I kiedy cała klasa radośnie dawała sobie prezenty, ja siedziałam z malutką nadzieją, że dostanę cokolwiek, lecz nikt nie podchodził. Sama zawsze starałam się, by kupić komuś coś fajnego, zwykle nawet przekraczałam kwotę, która była ustalana, by na pewno dana osoba się ucieszyła.
Jakie prezenty mi dawali? Starego miśka, który jeszcze był obklejony jakimś cukierkiem, czy starą książkę i słodycze po terminie. Każdego roku, jeśli coś od nich dostawałam, to były to właśnie śmiecie tego typu. Wstydziłam się z tym przychodzić do domu, pokazywać to mamie, która zawsze od razu pytała co dostałam. Wracając do domu taki "prezent" wyrzucałam, po czym szłam do sklepu kupić sobie jakiś inny, by móc z uśmiechem wrócić do domu i pochwalić się, że dostałam coś fajnego.
Nikt się nigdy nie dowiedział o moim procederze, ale mimo że szkołę już dawno skończyłam, to w okresie świątecznym zwykle chodzi mi to wszystko po głowie i jest mi smutno, że nawet na te głupie mikołajki szkoda było komuś pójść do sklepu i kupić jakiegoś pluszaka.
To najsmutniejsza rzecz, jaką ostatnio słyszałem.
Rozmawiałem przez telefon z taką dalszą "ciocią" z rodziny. Mieszka sama. Zrobiła sobie karpia w galarecie, a wigilię spędzi ze zdjęciem zmarłego męża i zdjęciem zmarłego syna i nie chce do nikogo iść na święta...
Pracuję w systemie dzień - noc, zależy jak zmiana wypadnie. Akurat po kilku takich niedospanych nockach miałam wykład (studiuję). Był to chyba setny lektorat w tym dniu, na dodatek nudny jak flaki z olejem i stało się... odpłynęłam. Z impetem walącej się wieży pieprznęłam jak długa wprost na lukę między ławkami. Zrobił się szum i wielkie zamieszanie, a mi było tak wstyd, że udałam, iż zemdlałam. "Ocknęłam się" minutę później, żeby nie udawać za długo, bo chyba nie jestem w tym najlepsza.
Wszyscy mnie ratowali, żodyn nie wie, że walnęłam kimę, żodyn!
Jako 9-latka byłam w posiadaniu dwóch królików miniaturowych. Pewnego dnia kuzynka (wtedy 6-latka) przyjechała do mnie w odwiedziny. Króliczki siedziały sobie w swojej "klatce" i skubały świeżo dosypaną karmę... Usiadłyśmy sobie przy nich, głaskałyśmy i w pewnym momencie zauważyłam, jak młoda wyżera im słonecznik. Nie zastanawiając się długo, wzięłam jednego króliczego bobka w palce i dałam jej do spróbowania mówiąc, że to "pyszna kuleczka warzywna" (nie, nie próbowałam, powiedziałam tak, by to zjadła). No i kurde zjadła...
Jeżuu, jak przypomnę sobie wtedy moje duszenie się śmiechem... Chyba zły ze mnie człowiek, ugościłam siostrę króliczymi bobkami.
Ważę 120 kg i postanowiłam coś z tym w końcu zrobić! Poszłam więc na siłownię, a tam jakaś blond-małpa i jej dwie sukoleżanki stwierdziły, że świetnie będzie, jeśli będą mnie przedrzeźniać przy wszystkim co robię. Byłam wściekła i zgłosiłam to obsłudze siłowni. Usłyszałam, że one przecież właśnie mnie motywują i w ten sposób wspierają.
Chciałam podzielić się moim wyznaniem głównie z kobietami, aczkolwiek mężczyźni też mogą wyciągnąć wnioski z tej krótkiej historii.
Dorastałam w domu, w którym święta były najważniejszym okresem w roku – zarówno moja matka, jak i babcia zajeżdżały się, by przygotować wielkie, wystawne święta dla całej rodziny, nawet tej dalszej. Przy stole zawsze było nas minimum 20, więc mama z babcią snuły przygotowania już dwa tygodnie wcześniej i werbowały do tego mnie i moją siostrę.
Cały dom musiał lśnić. Myłyśmy podłogi i kafelki, w łazience trzeba było umyć nawet ściany. Okna – obowiązkowy błysk. Porządek w każdej szafce w domu. Zakupów świątecznych było tyle, że do końca miesiąca zjadaliśmy resztki ze świąt – konto co roku wyczyszczone do zera. Jedzenia było nadto – przez dwie noce lepiłyśmy pierogi. Połowę się wyrzucało, bo pomimo tylu osób przy stole, potraw było po prostu za dużo. I każdy gość musiał dostać prezent – nawet kuzyn, którego pierwszy raz widzę na oczy – najważniejsze, by to goście byli zadowoleni i mówili po fakcie, jak to huczne i obfite święta „u Kowalskich” w tym roku. Dom cały w światełkach, pomimo że brakowało na prąd – ale musi robić wrażenie. I niezmiennie zawsze pełno kłótni i nerwowa atmosfera. Jako dzieci ja i siostra chciałyśmy się bawić, a nie sprzątać dzień w dzień. Ani matka, ani babcia tego nie rozumiały – okres świąt to zawsze była dla mnie w dzieciństwie wielka harówa.
Pewnie, że cieszyłam się z efektu pięknych świąt, choć nieraz było mi przykro, gdy daleki kuzyn dostawał wielki prezent, a mi Mikołaj nie przyniósł drobiazg. I nierzadko dziwiłam się, dlaczego ani tata, ani dziadek nie pomagają w tych wielkich przygotowaniach.
Po latach pojęłam, że nie ma nic pięknego w robieniu kolacji na pokaz i pod aprobatę innych. I nic magicznego w tym, że kobiety wypruwają sobie żyły, podczas gdy mężczyźni oglądają całe przedstawienie. Święta to ma być przecież czas miłości i radości. Piękno tkwi we wspólnych przygotowaniach, w których uczestniczy każdy członek rodziny i z których czerpie się przyjemność, a nie pada ze zmęczenia i kłóci z bliskimi.
Dziś mam swoją rodzinę: męża i dwójkę dzieci. I nie myję okien, „bo wigilia”. Nie lepię pierogów, bo mogę je kupić i też są smaczne. Nie kupuję prezentów dalekim krewnym, by potem być spłukana - nie zaboli ich przecież brak podarku, nie to jest najważniejsze! Zaoszczędzony czas i pieniądze poświęcam moim dzieciom i mężowi, by każdy z nich uosabiał święta z ciepłem i radością. I takie rozwiązanie polecam każdej z tych kobiet, która narzeka, że po przygotowaniach do świąt pada na twarz.
Odpuść sobie, to są Twoje święta – nie Twojej matki, krewnych, znajomych – ale Twoje. Zrób je po swojemu, odpocznij i ciesz się tym magicznym czasem.
Dodaj anonimowe wyznanie