Mam pewien sekret, za który pewnie umieszczono by mnie w wariatkowie. Mieszkam na totalnym odludziu i czasami, jak mam gorszy dzień, a obowiązki dorosłego, żyjącego w społeczeństwie człowieka mnie przerastają, zakładam jednoczęściowy strój jakiegoś zwierzęcia (najczęściej wilka, ale mam też małpę i jelenia) i wychodzę w nim pod osłoną nocy do lasu, żeby biegać po nim na czterech "łapach" (bądź też wspinać się po drzewach, kiedy akurat jestem małpą). Zawsze wtedy wyobrażam sobie, że jestem "bezmyślnym" zwierzęciem i mogę żyć jak chcę, nie musząc całe życie uczyć się, pracować i wchodzić w interakcje z ludźmi (co i tak mam utrudnione przez lęk społeczny) tylko po to, żeby mieć na ogrzewanie, jedzenie i pieprzoną wodę z kranu. Gdyby tylko człowiek nie był taką łysą glistą (swoją drogą uważam, że zwierzęta ze swoim futerkiem są dużo ładniejsze od obrzydliwych, ludzkich, nagich ciał, często z rozstępami, krostami i całym tym gównem) i tak nie marzł bez drogich ubrań i żeby znalezienie pożywienia przychodziło mu tak łatwo, jak choćby takiemu gołębiowi, myszy czy wiewiórce, albo żeby chociaż miał kły i pazury i sam mógł sobie coś upolować...
Nienawidzę tego, że jestem "rozumnym" człowiekiem i muszę żyć w cywilizowanym społeczeństwie i cały czas płacić za życie, a Wy właśnie jako pierwsi dowiedzieliście się, jak od tego uciekam.
Wy i jeszcze jedna starsza pani, spacerująca późnym wieczorem leśną ścieżką, która mam nadzieję nie dostała zawału, kiedy pewien wyrośnięty jeleń wyjątkowo na dwóch nogach, bo już go plecy bolały, przebiegł tę ścieżkę tuż przed jej nosem (kompletnie jej wcześniej nie zauważywszy, przysięgam!) z jednej strony lasu do drugiej i przestraszony spierdolił dalej, nawet się nie zatrzymując. Ale to było naprawdę niechcący.
Praktykuję takie wypady już od jakiegoś czasu, błądząc po lesie godzinami i zawsze pod koniec wychodząc na pole i kładąc się gdzieś na trawie, żeby poobserwować gwiazdy. To mnie uspokaja. A bieganie "po zwierzęcemu" idzie mi coraz lepiej, w sumie ćwiczone już od dzieciaka (zgadnijcie, kto w zabawie w dom zawsze grał rolę zwierzaka).
Moim największym marzeniem jest stać się zwierzęciem, najlepiej ptakiem, ale zadowoliłoby mnie jakiekolwiek, byle nie pies, bo ten średnio sobie radzi bez ludzi. Ale że jest to nierealne, to oficjalnie marzę o bogactwie, bo choć nie znoszę tego, że pieniądze mną rządzą (nie znoszę wszystkiego, co mną rządzi, w tym prawa, które zakazuje kraść czy zabijać pod groźbą więzienia, dla samej zasady), to już by dało mi jakąś namiastkę wolności i furtkę do robienia tego, na co mam ochotę, a raczej do nierobienia tego, na co nie, jak na przykład chodzenie do szkoły, pracy i rozmawianie z ludźmi. Ale oprócz tej chęci wolności to po prostu lubię być zwierzęciem.
Jestem dzieckiem z gwałtu.
Moja mama urodziła mnie, jak miała 16 lat. Tak chcieli jej rodzice - ona nie chciała dziecka, chciała usunąć. Ale była wtedy nieletnia, dlatego rodzice zadecydowali za nią.
Nie chciała się mną zajmować. Uciekała przed obowiązkami, zamykała się w pokoju, ale rodzice na siłę wpychali jej mnie i kazali się opiekować. Wykonywała swoje obowiązki z płaczem.
Przed gwałtem była dobrą uczennicą. Miała same piątki, świadectwa z paskiem. Później jej oceny obniżyły się. Przez ciążę musiała zrobić sobie rok przerwy, choć tego nie chciała. Gdy wróciła do szkoły, nie była dobrą uczennicą. Nie miała czasu ani chęci się uczyć.
Rodzice zabierali ją do psychologa, przekonani, że może mieć depresję poporodową. Nie chcieli wierzyć, że matka może nie kochać dziecka, które urodziła.
Trwało to dwa lata. Kiedy mama skończyła 18 lat, uciekła z domu, zostawiając mnie ze swoimi rodzicami. Słuch o niej zaginął. Nie utrzymuje kontaktu, nie odwiedza nas. Sama nie wiem, gdzie teraz ona jest.
Po jej ucieczce dziadkowie chyba zrozumieli, gdzie popełnili błąd. Wychowali mnie jak własną córkę, a swoją ciotkę, starszą o 9 lat, traktowałam niemal jak siostrę. Zawsze jednak wiedziałam, że coś jest nie tak, że jestem inna. Wiedziałam o istnieniu mamy, której nie pamiętam.
O wszystkim dowiedziałam się niedawno. Zmusiłam ciocię do opowiedzenia całej historii. Jak zaczęła mówić, to już nie mogła się powstrzymać. Wyznała mi wszystkie szczegóły. Powiedziała też, że do tego czasu sama była przeciwko aborcji. Jak zobaczyła, w jakim stanie jest moja mama, zmieniła zdanie. Widzę, że ma za złe rodzicom, co jej zrobili.
Mnie samej żyje się dobrze. Mam prawie wszystko, czego chcę i czego potrzebuję. Dziadkowie dobrze mnie wychowali, zapewniają mi dom, kieszonkowe, dają pieniądze na wycieczki. Ale mnie wciąż dręczą wyrzuty sumienia. Wiem, że sytuacja, która spotkała moją mamę, nie była moją winą. Ale wiem też, że moje istnienie przyczyniło się do jej upadku. Mam potworne wyrzuty sumienia. Czuję, że moje życie kosztowało jej szczęście. Nie wiem, co robi, czy jest szczęśliwa. Ja na pewno jestem - ale jakim kosztem? Zrujnowałam życie mojej mamie.
Gdybym mogła cofnąć czas, to pozwoliłabym jej dokonać aborcji. Nie zaznałabym tych wygód świata i nie byłoby mi szkoda, a moja mama byłaby szczęśliwa. Może nawet urodziłabym się w innym ciele...
Dlaczego o tym piszę? Dużo jest ostatnio historii na temat aborcji, nikt jednak nie patrzy na los dziecka, które potem musi żyć z takim ciężarem jak na przykład ja. Nie jest łatwo mieć świadomość, że z twojego powodu ktoś cierpi.
Dajcie kobietom wybór. Bo chcąc uszczęśliwić jedno istnienie, możecie unieszczęśliwić oba.
Nie mogę mówić. Wczoraj trafiłem do szpitala z poważną, głęboką raną języka, dziurą w policzku i pokiereszowanym podniebieniem. Mam założone szwy i przez najbliższe tygodnie jedyne słowa, jakie przy dużym wysiłku dam radę wypowiedzieć, brzmieć będą jakoś tak: „Mgmgmmmmghrrmmmrrrmm…!”. Przy okazji pewnie mocno się popluję, bo mój spuchnięty ozór ma teraz wielkość i kształt dorodnego jabłka, przez co mam ogromne problemy z przełykaniem śliny.
Pewnie myślicie, że metodą chałupniczą usiłowałem zrobić sobie piercing albo po pijaku sam się ugryzłem, myląc własny język z kawałkiem przeżuwanego w pośpiechu kebaba. Otóż nie. Padłem ofiarą samobójczego sabotażu. Kichnąłem podczas wizyty u dentysty…
Facet borował mi górną czwórkę, gdy unoszące się w powietrzu mikroskopijne kropelki wody połaskotały mnie w nos. Usiłowałem poinformować lekarza, że zaraz kichnę, ale stomatolog odebrał moje stłumione stęknięcie jako oznakę bólu i zamiast szybko wyjąć wiertarkę z mojej paszczy, mruknął tylko coś w stylu „Tak, już. Zaraz kończymy...”. Jak kichnąłem, to mój oprawca przestraszył się i najpierw wbił się w moje podniebienie, a następnie przeorał wnętrze mojej twarzy wiertłem pracującym z szybkością 400 tysięcy obrotów na minutę.
Teraz dopiero rozumiem, czemu tak wiele osób unika kontaktu z dentystami...
Będzie o życiowej kalece.
Nie mam ojca, wychowała mnie mama i dziadkowie. Nie mam rodzeństwa i zawsze byłam bardzo rozpieszczana. W domu nigdy nie miałam żadnych obowiązków, musiałam się tylko uczyć.
Na początku było super, ale w miarę jak dorastałam, zaczęło mi to coraz bardziej przeszkadzać. Doszło do tego, że w wieku szesnastu lat nie potrafiłam sobie nawet ugotować jajka! Niby śmieszne, ale raczej smutne i żałosne.
Próbowałam nawet się nauczyć, ale zawsze jak tylko brałam garnek do ręki, to pojawiała się babcia albo dziadek (dziadkowie byli już na emeryturze i zawsze któreś siedziało w domu) i mówili, że oni to zrobią, a ja mam iść sobie odpocząć po szkole. Zresztą ja i tak nie umiem, nie nadaję się do tego i mam to zostawić, bo tylko sobie krzywdę zrobię.
Mama uważała tak samo. Nigdy nie pokazała mi jak robić, no cóż, cokolwiek. Zawsze powtarzała, że przyjdzie jeszcze czas, że się w życiu narobię.
Wiem, że nie jestem tutaj bez winy. Powinnam bardziej walczyć o siebie i postawić na swoim, ale nie zrobiłam tego. Odpuściłam i tak sobie żyłam.
Pierwsza konfrontacja z rzeczywistością przyszła, kiedy wyjechałam na studia. Moje współlokatorki były znaczne bardziej ogarnięte życiowo ode mnie. Wstydziłam się, że nic nie potrafię więc udawałam, ukrywałam się i kombinowałam.
Najłatwiej było z jedzeniem. Żyłam na słoikach od mamy i parówkach. Obsługa pralki to była dla mnie czarna magia, więc brudne rzeczy chowałam i potem woziłam do prania, do mamy. Zdaję sobie sprawę, że mogłam się wtedy po prostu nauczyć obsługiwać tę pralkę, ale nawet nie próbowałam. Po latach słuchania, że nie potrafię, panicznie bałam się porażki. Bałam się, że ktoś to zobaczy, bałam się, że zepsuję pralkę albo zniszczę sobie ubrania czy zaleję sąsiadów. Byłam pewna, że to wszystko jest dla mnie za trudne i że zupełnie się do tego nie nadaję.
Najtrudniej było z prasowaniem. Starałam się przewozić ubrania tak, żeby były jak najmniej pomięte. Kiedy jednak już musiałam coś uprasować, to robiłam to butelką z gorącą wodą. Żelazka przecież użyć nie potrafiłam. Efekt tego był średni, ale jako tako to wyglądało.
Po studiach wróciłam do domu. Mama była wielce zaskoczona, że nadal nic nie potrafię zrobić "wokół siebie", przecież mam już te lata, że powinnam potrafić wszystko. No ale jak, skoro niczego mi nigdy nie pokazała?! To samo jednak nie przychodzi.
Teraz mieszkam sama i uczę się ogarniać życie... z internetu. Umiem już prać, sprzątać i prasować! Teraz uczę się gotować. Nie jest łatwo, bo zaległości mam mnóstwo, ale staram się je nadrobić. Metodą prób i błędów. Ostatnio pierwszy raz w życiu smażyłam. Wyszło średnio, ale i tak jestem z siebie dumna. Dla mnie to bardzo dużo. Jajko też już umiem ugotować. :)
W wieku 7 lat po raz pierwszy obejrzałam horror. Była to "Klątwa".
Jak do tego doszło?
Kiedyś na TVN w każdą środę po You Can Dance, leciały horrory. Zawsze oglądaliśmy z rodzicami taneczny show, a potem zawsze ja błagałam, żeby móc obejrzeć z nimi film dla dorosłych. Pewnego razu tata się zgodził. Potem się tłumaczył, że był pewien, że po prostu zasnę w ciągu 10 minut. Niestety to nie ja, a on z mamą zasnęli, a ja obejrzałam film do końca.
Byłam na tyle ogarniętym dzieckiem żeby wiedzieć, że skoro Arielka nie istnieje, to i żaden nawiedzony Azjata mnie nie zabije. Natomiast czy moi rodzice byli równie tego świadomi? Postanowiłam to najwyraźniej sprawdzić.
Kto oglądał ten wie, że główne monstrum w filmie wydaje bardzo charakterystyczny dźwięk i że jest tam scena, gdzie znikąd pojawia się ono pod kołdrą.
Wlazłam więc rodzicom do łóżka, wczołgałam się pod kołdrę i zaczęłam ów dźwięk z siebie wydawać, jednocześnie ciągnąc ich za nogi.
Rezultat był taki, że dostałam pilotem w łeb :)
Mój ulubiony gatunek filmów? Horrory.
Rok temu odszedłem. Jej zostawiłem list, pieniądze na życie i zero złudzeń - tym razem to koniec.
Decyzja rodziła się od miesięcy, ale gdy tylko padał temat rozstania, zawsze ona płakała i mówiła, że skoro ją kocham, nie mogę zostawić jej w chorobie.
Ja zostawałem, ona obiecywała mi, że pójdzie do psychiatry.
Nigdy nie poszła.
Co jej było? Gdy była w domu, ze mną czy bliskimi, była najnormalniejszą osobą na całym świecie. Gdy musiała gdzieś wyjść, trzęsła się z nerwów, płakała, ze stresu dostawała biegunki. Podczas ataku paniki nie potrafiła wsiąść do autobusu, musiałem ją tam wciągnąć. Całą drogę stała i trzymała mnie za rękę, bo się bała. Łza leciała za łzą. Ludzie patrzyli na mnie jak na idiotę, a ja tak się czułem. Jak z dzieckiem, nie z kobietą.
Kiedyś ze stresu zrobiła pod siebie, stojąc w kolejce w banku. Wybiegła, ja za nią. Pobiegła do najbliższej stacji benzynowej, zamknęła się w łazience i dopiero po wyjściu powiedziała co się stało. Czułem wstyd i smutek, że nie umiem jej pomóc.
W pewnym momencie złość i frustracja spowodowały, że zacząłem ją wyśmiewać. W trasie poprosiła, byśmy się zatrzymali, bo ona musi do łazienki. Wkurzyłem się, bo byliśmy spóźnieni, a przed nami ostatnie 10 minut jazdy. Płakała, wpadła w atak paniki, ale ja jechałem. Wtedy zrobiła pod siebie drugi raz. Zaplamiła tapicerkę, a ja kazałem jej to sprzątać paczką chusteczek.
Gdy byliśmy umówieni ze znajomymi, a ona bała się wyjść, potrafiłem powiedzieć: "to zostań w domu i zasraj cały kibel, ja idę" i wychodziłem. Wracałem po 1-2 godz, bo wkurzony nie bawiłem się dobrze. A ona leżała w łóżku i płakała.
Rzuciła pracę, bo przestała normalnie funkcjonować, a moja frustracja rosła. Utrzymywałem naszą dwójkę. Fakt, mieszkałem u niej, więc to akceptowałem, ale czynsz, rachunki, jedzenie... Standard życia bardzo nam się wtedy położył.
Odszedłem. Nie miałem sił patrzeć, jak ona zamyka się w domu i płacze. Nie miałem sił spojrzeć sobie w oczy, gdy ona płakała, bo powiedziałem dwa słowa za dużo.
Niedawno znajomi powiedzieli, że ona ma nowego faceta. Najpierw mu współczułem, potem zacząłem dopytywać. Gdy ją zostawiłem, przez parę tyg była wrakiem, ale potem stanęła na nogi dzięki pomocy rodziny. Zabrali ją do domu, wozili po lekarzach, dostała leki, zaczęła terapię. Po pół roku bardziej zaczęła przypominać osobę, którą poznałem 4 lata temu. Znów zaczęła wychodzić do ludzi, na miasto. Poznała też faceta, który ją wspierał i dawał ogrom ciepła.
Wczoraj widziałem ich w kinie. I dotarło do mnie, jakim byłem dupkiem. Zamiast wozić ją po lekarzach prosiłem, aby coś z tym zrobiła. A ona nie miała na to siły i kończyło się tak, że rosła moja frustracja, a im bardziej ja jej dokładałem, tym bardziej ona była chora.
Kocham ją. Niech im się dobrze wiedzie.
Dzisiaj rano byłem tak zaspany, że jadąc samochodem przeżegnałem się mijając fotoradar, bo uznałem go za kapliczkę :D
Na imprezie usłyszałam, jak mój chłopak mówi jakiejś lasce, że jego poprzednia dziewczyna była tak niesamowita, że aż czuł się zawstydzony, więc teraz umawia się z dziewczynami z niższej ligi.
Mam 20 lat, 3 lata temu moi rodzice postanowili się rozejść, rozwód odbył się na kilka dni przed moimi 18. urodzinami. Moja mama po kilku miesiącach spotkała swojego chłopaka z liceum, zeszli się i mieszkają teraz razem, planują ślub.
Ja skończyłam szkołę, wyprowadziłam się z domu, mieszkam z narzeczonym, oboje pracujemy. Pod koniec listopada dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Oboje ucieszeni zaśmialiśmy się, że mamy prezent dla rodziców na mikołajki.
6 grudnia zajeżdżamy do moich rodziców, kawka, herbatka, ojczym upiekł ciasto, mama cała w skowronkach, uśmiecha się od ucha do ucha. Myślę sobie, że pewnie się domyśla... i wtedy mama ogłasza wszem i wobec powód swojej radości. "W końcu będziesz starszą siostrą!" usłyszałam, i chcąc nie chcąc uśmiechnęłam się i odpowiedziałam "a ty babcią". Konsternacja przy stole nie do opisania, wszyscy zmieszani, aż w końcu ojczym zaczął się histerycznie śmiać.
Mamusia ma termin 2 tygodnie przede mną, jak dobrze pójdzie, to może się miniemy na porodówce. I tak właśnie będę miała dziecko w wieku mojego rodzeństwa.
Zawsze mogło być gorzej i mogłam mieć brata/siostrę młodszą od mojego dzieciaka.
Dostałam kiedyś wino w prezencie, bo bardzo lubię je pić. Było tak dobre, tak niebanalne i tak świetne, że zachwytom nie było końca. Mogę powiedzieć, że w życiu nie piłam tak dobrego wina! Zrobiłam nawet zdjęcie butelki i jak byłam w sklepie po wino, zawsze szukałam tego konkretnego. Trwało to z półtora roku.
Dziś też byłam w sklepie po wino i jest! To to! Chwytam za butelkę, a tam cena... 8 zł.
Jak się okazało, czasami po dobre trzeba patrzeć mocno w dół, nie w górę.
Jako biedna studentka właśnie wygrałam życie. Tylko przy kasie mi jakoś głupio było, bo nie wyglądam jakbym lubiła tanie siarczany.
Dodaj anonimowe wyznanie