#5YoxC

W drodze do szkoły jak zwykle słuchałam muzyki. Idąc zauważyłam chłopaka, który bardzo mi się podoba. Czasami wymienialiśmy się uśmiechami, ale jakoś nigdy ani on, ani ja nie rozmawialiśmy ze sobą. On też miał słuchawki. Byliśmy już blisko siebie i nagle on coś powiedział. Szczęście ogromne, pomyślałam, że wreszcie do mnie zagadał! Nie zrozumiałam o co mu chodziło, bo słuchałam muzyki, więc powiedziałam tylko "cześć" i wyciągnęłam słuchawki. On zrobił zdziwioną minę i powiedział, że rozmawia przez telefon z kolegą przez słuchawki. Oczywiście zrobiłam się czerwona jak burak i pognałam prosto przed siebie.Teraz za każdym razem, gdy go widzę przyspieszam i unikam jego wzroku.

#Lfauu

Najgorszemu wrogowi nie życzę tego, co ja przeżywam od zawsze w domu.

Mam 22 lata, odkąd moja pamięć sięga nigdy nie miałam dobrego kontaktu z mamą, a mianowicie daje mi ona do zrozumienia, że jej przeszkadzam. Wielokrotnie słyszę, że mam sobie już iść, że najlepiej jak będę siedzieć w swoim pokoju, że mam się jej nie pokazywać na oczy, jest dla mnie miła tylko w momentach, w których coś ode mnie chce. Traktuje mnie w domu jak służbę, sama robi w domu największy bałagan, ciągle zostawia rzeczy porozrzucane po całym mieszkaniu, nigdy nie odkurzy, nie pozmywa naczyń, nie zniża się do tego poziomu, żeby wykonać podstawowe czynności w domu, a gdy ja tego nie zrobię, jestem wyzywana od nierobów. Nie mam problemu z tym, żeby posprzątać, w końcu tez tam mieszkam, ale w momencie gdy cały czas sprząta się po tej samej osobie, która nie potrafi umyć kubka po sobie czy wziąć talerzyka żeby nie nakruszyć, to można się już zirytować, chociaż zawsze zaciskam zęby i tego nie komentuję. Oczywiście ona uważa, że robi w tym domu wszystko - kończy się na gotowaniu obiadu. Jest mi z tym bardzo ciężko, brakuje mi mamy, brakuje mi tego, żeby z nią porozmawiać o problemach, tak po prostu jak z mamą. Jestem studentką dzienną, dodatkowo pracuję na pół etatu, przez co mam bardzo mało czasu, ale gdy mam kilka dni wolnego, to szukam tylko miejsca, w które mogę wyjechać, żeby się nie stresować, żeby odpocząć, bo w domu to zawsze znajdzie się powód, żeby się do mnie przyczepić. Moja mama swoje zachwianie zawsze tłumaczy, a raczej w złości krzyczy, że jest zmęczona po pracy. Rozumiem, że bardzo dużo pracuje, ale jest mi cholernie przykro, że nie ma siły albo nie chce jej mieć, żeby ze mną porozmawiać w ciągu dnia przez 5 minut, zapytać jak mi minął dzień, czy wszystko dobrze u mnie. Bardzo często przez to płaczę i już nie mogę doczekać się momentu aż się wyprowadzę z domu.
Oczywiście próbowałam z nią o tym porozmawiać, ale kończy się to tym, że zaczyna na mnie krzyczeć i wyzywać mnie od najgorszej. Nie wiem jak matka może tak nienawidzić własnego dziecka.
A ja bym chciała, żeby mnie kiedyś przytuliła, usiadła i zwyczajnie na luzie ze mną porozmawiała.

Mam chłopaka, który rozumie, że jest mi przykro, zazwyczaj stara się mnie wspierać w takich chwilach, ale jest mi też bardzo wstyd przed nim, że mam taką rodzinę.
Zawsze gdy moi znajomi z chęcią wracają na weekend do domu strasznie im tego zazdroszczę, bo ja wręcz przeciwnie, czekam tylko na moment, żeby gdzieś z niego uciec. Przez te sytuacje mam bardzo niską samoocenę, co ma wpływ na życie codzienne. W obecnej chwili nie mam się komu wygadać, wyżalić, tak że piszę to tutaj. Życzcie mi dużo siły i powodzenia. Nawet teraz gdy to piszę, nie potrafię powstrzymać łez.

#bvcmy

Zdjęcia. Każdy ma problem, że nie lubię zdjęć, że chowam się, żeby nie było mnie widać. Ale nikt nie pomyślał, że wstydzę się swojej twarzy, że jak ją widzę, to mi się płakać chce. Boję się, że każdy będzie się śmiał, jaki to ja mam ryj. Kompletnie siebie nie akceptuję, tego, jak wyglądam.

#lJtlY

Tak na temat wypadków drogowych z udziałem pieszych, których często coś uderza na pasach ;).


Kilka lat temu, gdy wracałam do domu, przechodziłam przez przejście dla pieszych. Zawsze patrzę na boki, czy na pewno auto się zatrzymuje i mnie puszcza. Tym razem zrobiłam tak samo. Auto z mojej lewej strony zatrzymało się, ale z prawej strony jechało dalej nie zatrzymując się i mijając mnie stojącą na środku pasów . Dzięki temu, że cały czas patrzę na samochody tak z lewej, jak i z prawej strony, nawet gdy przechodzę już przez pasy, uniknęłam śmierci kilka razy.



Drażnią mnie komentarze pod wydarzeniami "wypadek na ulicy ****, potrącenie 2 pieszych" gdzie wszyscy narzekają na zbyt szybko jeżdżących kierowców, którzy tak naprawdę widzą czarnego pieszego (gdy jest ciemniej) kilka sekund przed zderzeniem A sam pieszy nie patrzy w żadną stronę, czy jakieś auto nie nadjeżdża. Nie oskarżam nikogo, tylko mało się mówi o tym, że obie strony były nieostrożne, lepiej obwiniać jedną i zamykać każda sprawę.
Może przeczyta to więcej osób, niż wysłucha mnie w rzeczywistości ;).

#Pkavk

Mam alergię na kurz, co objawia się nieustającym kaszlem, dusznościami i mdłościami. Ogólnie, nie jest za fajnie. Czasem dostaję takich ataków, gdy przez dłuższy czas nie zmieniam pościeli (czyli co jakieś 2-3 tygodnie).
Dodam jeszcze, że od dziecka histerycznie bałam się prądu.

Pewnego razu, gdy miałam 17-18 lat, obudziłam się w środku nocy. Czułam się bardzo źle, więc postanowiłam, że zmienię pościel. Wszystko robiłam w totalnej ciemności. Gdy zdejmowałam brudną poszwę zauważyłam, że kołdra się świeci. Naelektryzowała się i przy ściąganiu pościeli zaczęła się rozładowywać, to to samo zjawisko, które ma miejsce, gdy zdejmujemy sweter.
Stanęłam przerażona. Myślałam, że się rozpłaczę, gdy wyobraziłam sobie, jak naładowana elektrostatycznie kołdra razi mnie prądem i umieram. Nie byłam gotowa żeby umierać!
Wiedziałam, jak to naprawić - wystarczyło uziemić kołdrę, by ją rozładować. Na początku postanowiłam uziemić ją przez własne ciało i zaczęłam ją DOSŁOWNIE OBMACYWAĆ. Dotykałam kołdrę w każdym możliwym miejscu, ona jednak nie przestawała świecić. Rozłożyłam ją więc płasko na podłodze w swoim pokoju. W takiej pozycji musiała się rozładować!

Usiadłam dumna na łóżku i przygotowywałam się do spania pod samą poszewką. W pewnym momencie natchnęło mnie: przecież mieszkam na piętrze, tak łatwo się nie uziemi, prędzej cały mój pokój znajdzie się pod napięciem i umrę! Wpadłam w panikę. Szybko chwyciłam kołdrę i wyniosłam ją do innego pokoju.

Minęło jeszcze kilka godzin, zanim zasnęłam. Po pierwsze - bałam się, że teraz wielki piorun pieprznie w cały dom i zginie cała moja rodzina, a po drugie - było zbyt zimno na spanie pod samą poszewką.

Za pół roku prawdopodobnie zostanę inżynierem elektrykiem.

#qgYN2

Mam bardzo dziwny i ekstremalnie szkodliwy... hmm... fetysz?
Otóż moje libido jest wysokie, a seks oraz samozadowalanie się sprawiają mi przyjemność, ale tylko, kiedy jestem głodna. A raczej... ekstremalnie wygłodzona. Nie, że pominę obiad i siup pod kołdrę. To byłoby za proste. Muszę jeść głodowe porcje przez kilka dni, ostatniego najlepiej nic i gdy w głowie kręci mi się z głodu, jest mi niedobrze, dopiero wtedy mam ochotę na zaspokojenie siebie. Tylko wtedy dochodzę.
Całkiem niedawno, gdy jeszcze miałam chłopaka, ważyłam 37 kg (wzrost 162 cm), co było skutkiem głodzenia się w wiadomo jakim celu. Nie mogę przestać, chociaż bym chciała. Rozmawiałam z psychiatrą, seksuologiem i psychologiem, przeszłam terapię w kierunku anoreksji (chociaż powtarzałam, że jej nie mam). W ośrodku jadłam wszystko, no bo pokoje były wspólne, a chłopak był w domu. Wypuścili mnie szybko, bo „cudownie i szybko ozdrowiałam”. Lekarze, terapeuci, pielęgniarki... nikt nie potrafił zrozumieć tego osobliwego upodobania. Ja sama go nie rozumiem.
Chłopak mnie rzucił, bo przypominam kościotrupa. No, najpierw poprosił, żebym jadła więcej. No to jadłam i przez pół roku nie uprawialiśmy seksu. Nasza frustracja przerosła związek.
Nie chcę ważyć mniej, ale nie mogę się powstrzymać przed głodzeniem. Próbowałam jakoś to wypośrodkować, przyjmować płynne pokarmy, ale to na nic.
Moja przyjemność powoli mnie zabija.

#d5e7c

Od zawsze miałam problemy z wagą. Wszyscy lekarze od dzieciństwa kierowali mnie na badania, które nic nie wykazywały, karmiona byłam normalnie, miałam dużo ruchu (jestem z tej epoki, gdy dzieci bawiły się na zewnątrz, a do tego mieszkałam na wsi), więc po prostu taki był przez lata mój urok. Gdy podrosłam, próbowałam różnych diet i sposobów, ale waga zmieniała się może o 1-2 kg i wracała za jakiś czas. Pogodziłam się ze swoim urokiem, ale powoli zbliża mi się 30., zegar biologiczny tyka, a lekarze widząc moje wyniki zasugerowali, że przyczyną problemów z zajściem w ciążę może być właśnie moja waga. Postanowiłam, że tym razem nic na własną rękę i zapisałam się do dietetyka, kolejne kroki miałam skierować na siłownię. Miałam.

Miałam, bo po wizycie wróciłam do domu, zawinęłam się w koc i przepłakałam wiele dni, pomimo prób pocieszenia ze strony męża.

Gdy weszłam do - ponoć świetnej - pani dietetyk i powiedziałam, że mam problemy z wagą i chciałabym, aby ułożyła mi porządną dietę... naskoczyła na mnie. Że jak można się do takiego stanu doprowadzić, że pewnie samotna jestem i myślałam, że zwrócę na siebie uwagę w ten sposób, ale to choroba, że co ja od niej wymagam, że powinnam się leczyć, ale psychicznie, a nie diety jakieś i że marnuję tylko jej czas! Nie byłam w stanie wydusić z siebie nawet pół słowa, wytłumaczenia, nie dała mi dokończyć.

Wyszłam zapłakana, więcej tam nie wrócę, nie wiem, czy ponownie się przekonam do wizyty u jakiegokolwiek dietetyka, z dwóch powodów. Pierwszy - leczę się już, na bardzo ciężką depresję, a to, co powiedziała, zaprzepaściło wiele miesięcy mojej walki na terapiach o odzyskanie minimum pewności siebie. Drugi - poszłam po dietę na przytycie, bo pomimo zdrowego, normalnego wyglądu, mam niedowagę - tylko nie zdążyłam nawet tego powiedzieć, bo zostałam zaatakowana. Chciałabym powalczyć ale teraz nawet nie wiem, czy znajdę na to siły i chęci...

#8qeJS

Jestem samotnym ojcem od prawie 6 lat. Wychowuję sam syna z orzeczeniem o niepełnosprawności, po synu nic nie widać, że mu coś dolega. Wiele razy słyszę od kobiet, że jak to możliwe, że sam wychowuję syna, że jak to facet może sobie poradzić z wychowaniem. Powiem wam tak: da się wychować dziecko przez faceta. I nie robię tu wyrzutów, że samotne matki nie dają rady, tylko chodzi mi o to, że w naszym społeczeństwie przyjęło się, że to tylko matka ma prawo wychować dziecko sama.

#1Zxyz

Kiedy byłem mały, mając około 7 lat zawsze zastanawiałem się dlaczego rodzice piją piwo, a ja wypić go nie mogę. Zawsze interesowało mnie to, co jest w nim takiego, że ja, jako 7-latek, nie mogę go wypić.

Było lato w pełni. Rodzice zaprosili kilku znajomych do altanki w ogrodzie i jak to przy takiej okazji, pili piwo. Każdy elegancko w kufelku, z soczkiem. Osób było 7, włącznie z moimi rodzicami. Jak to bywa wśród dorosłych, wszyscy poszli oglądać świeżo kupiony przez rodziców samochód. Postanowiłem spróbować zakazanego owocu, gdy tylko nadarzyła się okazja. Spijałem po kilka łyków od każdego z kufla, po czym usnąłem na bujaczce.

Mama wpadła w panikę, myśląc, że coś mi się stało. Zadzwoniła po ciocię, która jest pediatrą. Ta na miejscu stwierdziła, że się upiłem. Rodzice nie dowierzali, jak mogło się to stać. Zanieśli mnie do łóżka.
Rano dostałem lanie od taty. Do ukończenia 18 lat nie byłem na żadnym rodzinnym grillu.

Mimo wszystko, było warto :D

#3Snx3

Byłam w drugiej klasie gimnazjum i jako jedna z niewielu osób w klasie, miałam telefon dotykowy, z którym nigdy się nie rozstawałam. Praktycznie zawsze nosiłam go w kieszeni spodni, jednak pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że go tam nie ma.
Wyobraźcie sobie moje przerażenie, gdy po przemaglowaniu całego plecaka i przepytaniu wszystkich dookoła uzmysłowiłam sobie, że przepadł na dobre. Dzwonek miałam wyciszony, więc dzwonienie na mój numer też nie skutkowało. Pierwszą myślą było oczywiście to, że rodzice mnie zabiją, a ja, żeby być z nimi w jako takim kontakcie, otrzymam jakąś przedpotopową, niezniszczalną nokię.
Nie mogłam do tego dopuścić.

Postawiłam na nogi każdą osobę w mojej klasie, a jako że mieliśmy godzinę wychowawczą, nasza nauczycielka, widząc mój wewnętrzny, jak i zewnętrzny lament, pozwoliła wszystkim rozbiec się po całej szkole w poszukiwaniu mojego fona. Jak to w szkole czasami bywa, było nudno, więc nikt nie miał obiekcji co do latania i szperania po wszystkich kątach. Było nawet zabawnie - dla nich oczywiście, ja byłam na skraju histerii.

Sprawdzali wszędzie - w łazienkach, pod ławkami na korytarzach, w klasie, w której mieliśmy lekcje i dupa, nie ma. Albo ktoś sobie robił ze mnie jaja, albo mi ukradli i nie chcą oddać.

Nagle coś mnie tknęło. Godzinę wcześniej mieliśmy test z fizyki i włożyłam go do piórnika. Zrobiło mi się tak straszliwie głupio... wstyd było się przyznać do pomyłki, więc kiedy nikt nie patrzył, wyciągnęłam komórkę z piórnika (kamień z serca!) i pognałam z nią do pustej świetlicy. Chwilę w niej postałam i zaraz wybiegłam, tryumfalnie krzycząc "Jest! Znalazłam!".
Do tej pory moi znajomi wierzą, że wykonali kawał dobrej roboty.
Dodaj anonimowe wyznanie