Kilka lat temu, jako młoda żona i pani domu, zapragnęłam sprawić sobie obrotowy mop. Naoglądałam się ''Perfekcyjnej", gdzie używano takiego mopa, jednak gdy zobaczyłam ile on kosztuje, to zwyczajnie zrezygnowałam, bo szkoda mi było wydać 200 zł.
Krótko potem w markecie pojawił się mop obrotowy za niecałe 50 zł! Ucieszona, że zaoszczędziłam tyle pieniędzy, pojechałam kupić wymarzony sprzęt, jak tylko pojawił się w sklepie!
Po dokonaniu zakupu od razu umyłam podłogę, ale zawiodłam się. Nie dość, że trzeba było używać dużo siły, by go wycisnąć, to mop zostawiał dużo wody i wcale nie był obrotowy! Przez cały rok niechętnie myłam podłogę, ponieważ zawsze robiłam to na boso, żeby nie zrobić śladów, a to kończyło się mokrymi skarpetkami...
Do czasu, aż przyszła do mnie siostra w trakcie gdy myłam podłogę i pokazała, jak go prawidłowo używać. Okazało się, że mop jest obrotowy, dobrze się wyciska i nie trzeba do tego siły. Wystarczyło naciskać dźwignię...
Nawiasem mówiąc to nie jedyna sytuacja, kiedy technika mnie zgubiła. A siostra do dzisiaj ma ubaw z moich męczarni z mopem.
Dziś po raz pierwszy zaprosiłam nowego chłopaka - Adama do mojego mieszkania. Stresowałam się bardzo, bo facet ten cholernie mi się podoba i chciałabym, abyśmy byli parą na dłużej.
Zanim się u mnie zjawił, wysprzątałam całe mieszkanie, wypsikałam wszystkie pomieszczenia odświeżaczem i umyłam podłogę. Kiedy przyszedł, od razu się na niej poślizgnął i wyrżnął głową o kafelki. Potem okazało się, że śmietana, którą dodałam do ciasta była zepsuta i nie dało się tego zjeść.
Chciałam ratować sytuację, więc zamówiłam pizzę. W tym czasie mój ukochany poznał Kacpra. To mój kot - bardzo przyjazne, sympatyczne zwierzę. Wlazł Adamowi na kolana i domagał się pieszczot. W momencie, gdy pizzermen zadzwonił do drzwi, Kacper wystraszył się i z całym impetem odbił się tylnymi nogami od krocza Adama, uprzednio wbijając w nie pazury… Rany były dość głębokie, ale lekarz powiedział, że obejdzie się bez szycia.
Aż dziw, że ciągle jesteśmy parą.
Często chodzę na grób mojego dziadka. Niby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że chodzę na cmentarz nocą i spędzam tam minimum 20 minut, odcinając się od świata. Co tam robię? Za każdym razem "rozmawiam" z moim dziadkiem, opowiadając mu co mnie cieszy i co mnie smuci, dołuje.
Był mi najbliższą osobą, wychowywał mnie, a ja do tej pory nie pogodziłam się z jego śmiercią (dziadek zmarł na moich oczach 12 lat temu, gdy byłam jeszcze dzieckiem). Jestem po prostu tak zamknięta w sobie, że duszę wszystko w sobie udając, że jest OK. Nie potrafię z nikim porozmawiać, powiedzieć co mnie dręczy.
PS Spytacie czemu chodzę nocą? Uwielbiam chodzić nocą, bo czuję jakbym była z dziadkiem sam na sam, nikt nie przeszkadza, no i nikt nie widzi moich łez.
Za każdym razem, kiedy wypiję trochę za dużo, przed pójściem spać wywołuję wymioty. Lepiej mi się po tym śpi i pozwala uniknąć kaca mordercy.
Ostatnio trochę było narzekania na katechetki, więc i ja dołożę cegiełkę.
Miało to miejsce w gimnazjum. Tak się złożyło, że co rok miałem religię z inną katechetką. Pierwszy rok był z naprawdę świetną kobietą, rozmawialiśmy o fundamentach wiary, śpiewaliśmy sobie piosenki na koniec lekcji, trochę o rodzinie, o tym jak powinniśmy postępować względem drugiego człowieka itd. Drugi rok również było okej. Starsza kobieta opowiadała głównie o tym, co działo się w opowieściach biblijnych, uczyła modlitw itp. Trzeci rok... Trzecia katechetka. Indoktrynacja pełną gębą. "Bo wiecie... Gdyby u władzy był/była/było [tu nazwa partii politycznej], to wszystkim byłoby lepiej, a nie tylko te złodzieje z... [tu nazwa konkurencyjnej partii]". Nie robi mi różnicy kto do jakiej opcji politycznej należy, ale upolitycznianie szkół kojarzy mi się z trochę innym ustrojem niż demokratycznym. Pani katechetka regularnie robiła wywody na tematy polityczne i tego która partia jest "nadpartią" i składa się z "nadludzi", i że reszta to ścierwo. Ale to nie jedyny problem. Puszczała filmy, różne: Katyń, JP2 i wiele innych, których tytułów nie pamiętam. Następnie robiła z nich kartkówki. Jeżeli kogoś na filmie nie było, no to miał problem. Potem przyszła kwestia bierzmowania. Wtedy zaczęła wchodzić w kompetencje księży z różnych parafii, bo "jak to cię ksiądz dopuszcza, jak nie zdałeś u mnie jeszcze 120 pytań z tego, w który organ trafiła kula numer 2 wystrzelona w kierunku Jana Pawła II, na podstawie filmu z roku x". Dziwię się, że wytrwałem do końca tego przedmiotu.
Ten miesiąc zdecydowanie zapisał się w mojej historii jako najbardziej pechowy w życiu. Dlaczego?
Dwa tygodnie temu biegnąc na tramwaj zgubiłam dowód, legitymację studencką i 20 zł (pragnę przypomnieć, że dla studenta 20 zł w kieszeni jest niemal jak wygrana w totku).
W zeszłą środę (nadal się zastanawiam jakim cudem) nowy telefon wpadł mi do kibla i doszczętnie się spalił w środku (nawet karty SIM były osmolone).
W sobotę idąc na uczelnię zgubiłam klucze od domu swoich rodziców, mieszkania chłopaka, a przede wszystkim mieszkania, do którego nie zdążyłam się jeszcze wprowadzić, w którym wynajęłam pokój.
Wczoraj pies wbiegł mi w kuchni pod nogi i świat nie mógłby istnieć dalej, gdyby telefon zastępczy nie wpadł mi akurat do małej psiej miski wypełnionej po brzegi, kuźwa, świeżą wodą, którą chwilę wcześniej wymieniłam. Ale na tym nie koniec!
Dzisiaj rano, jak zawsze, wsiadając do autobusu do pracy zakupiłam bilet przy użyciu karty. Po przejechaniu kilku przystanków wsiadło "dwóch facetów w granacie". Jako że bilet zakupiony, ich widok nie wzbudził we mnie żadnych emocji... Póki nie mogli sczytać biletu z mojej karty. Gdy padły słowa "dowód proszę" miałam oczy jak pięć złotych. A że dowodu nie miałam, legitymacji też, kazali mi wysiąść. W ten oto sposób spóźniłam się do pracy prawie godzinę.
Niech ten miesiąc się już, kur#a, skończy!
Mam 24 lata, nerwicę, napady lęku i nie kontroluję agresji. Raz w wyniku nieporozumienia wyrzuciłem z domu swoją byłą dziewczynę siłą - wyciągnąłem ją za włosy. Generalnie jestem świrem i paranoikiem, który potrafi wracać do domu przez balkon dla "bezpieczeństwa". Nie mam zbyt wielu przyjemności w życiu, z rozrywek to lubię chińskie bajki, stare gierki, albo jazdę samochodem pod wpływem grzybów halucynogennych i strzelanie z broni palnej w znaki drogowe. Jestem uzależnionym od wszelkich używek zaburzonym patusem. Nie mam marzeń i nie umiem kochać, nie potrafię z nikim stworzyć żadnych relacji, więc całe życie będę sam. Kumpli mam tylko od kieliszka.
Wcale nie musiało tak być. Moja matka nie musiała być zboczoną lafiryndą i egoistką szukającą dla siebie i swojej rozklekotanej, małej, brudnej przyjaciółki bolca. Mój ojciec nie musiał być gwałcącym mnie i moje siostry pedofilem. Zresztą pedofil w porównaniu do mojej matki to małe piwo, i to bezalkoholowe. Po matce odziedziczyłem dziką agresję i skłonności sadystyczne. Kiedy byłem młody, metodą usypiania mojej matki było bicie. Kiedy "świszczałem" (mam astmę), miała świetne lekarstwo - biła mnie. Higieny, kindersztuby i społecznych podstaw uczyła mnie moja była dziewczyna, bo byłem jak wyciągnięty z buszu. Z wiekiem byłem coraz bardziej katowany, matka próbowała mi rozwalić głowę drzwiami, innym razem pogruchotała mi żebra młotkiem. Potrafiła wyrzucić mnie z domu półnagiego w środku zimy. W ten sposób mściła się na mnie za to, co mój ojciec zrobił jej córkom. Całkowicie wypierała swoją winę, że to ona przyprowadziła go do domu, gdzie przebywają też jej młode córki. Sama poniekąd przyzwalała na gwałt, gdyż bez względu na to nadal z nim była w związku. Odpowiedzialność za ich (i moje) cierpienie zrzuciła na mnie i na mnie się całe życie za to mściła.
Uciekłem z domu, gdy miałem jakieś 15-16 lat. Pomógł mi znajomy diler, zaprowadził mnie na jakąś gangsterską melinę i przekonał właściciela, aby pozwolił mi tam mieszkać. W zamian miałem płacić czynsz i opiekować się "roślinkami". Przeżyłem tam dwa podpalenia, ale i tak było lepiej niż w domu. Diler załatwił mi pracę na myjni i jakoś by to szło, gdyby nie moja matka, która na punkcie zniszczenia mnie miała obsesję. Śledziła mnie, dowiadywała się gdzie pracuję itp. Przez to często musiałem zmieniać lokum, pracę, szkołę.
I bez niej miałem ciężko, głód to był dla mnie naturalny stan, a depresja się pogłębiała. O dziwo nie mam myśli samobójczych, ale jak to się mówi: "wszystko przed nami".
Zaocznie skończyłem szkołę i dziś zarabiam tyle, by żyć godnie. Jedna z moich sióstr popełniła samobója, z drugą nie utrzymuję kontaktu, matkę zamknięto w szpitalu psychiatrycznym - nie mam żadnej rodziny poza swoim psem.
Morału nie ma, bo jestem pijany, ale historia jest autentyczna.
Wycieczka szkolna. Po kilku godzinach jazdy autokarem przyszedł czas na postój i toalety. Ja wraz z kolegami udałem się do męskiej toalety, jedni wybrali pisuary, a drudzy - w tym ja - toalety.
Gdy załatwiłem swoją potrzebę, chciałem pokazać koledze, jaki to ze mnie śmieszek. Gdy on robił swoje do pisuaru, ja poklepałem go po ramieniu i z bananem na ryju rzuciłem: "Komu tak dobrze idzie?".
Niestety okazało się, że był to jakiś obcy facet. Minę miał bezcenną, a ja szybko ulotniłem się z miejsca wypadku. Ciekawe, co sobie pomyślał. :D
Zapewne kojarzycie takie ozdobne deseczki "Na szczęście", "Kto podkowę w domu ma..." itd. Moi teściowie zawsze przywozili nam takie z urlopu (uzbierało się 13), jeśli udało im się to kupić. Mój luby uparł się, żeby wieszać to na ścianie, żeby mamie nie było przykro, a kobieta bardzo wrażliwa. Jakoś to przełknęłam, pomimo że strasznie mi się to nie podoba i uważam to za kicz, ale teściowie to złoci ludzie i zawsze bardzo się cieszyli wręczając nam te nieszczęsne pamiątki.
Tak było do momentu remontu kuchni. Meble minimalistyczne, kolory szare i te małe paskudy nie komponowały się ni w ząb (a mogły wisieć tylko tam). Wymyśliłam więc niecną intrygę... Pościągałam wszystkie ze ściany pod pretekstem potrzeby umycia. Poprosiłam o to męża, bo tego dnia miał wolne, a ja szłam do pracy. Byłam pewna, że nie będzie mu się chciało myć ręcznie i włoży je do zmywarki i się nie pomyliłam...
Wracam z pracy, a luby o la boga, deseczki połamane, co ja zrobiłem ;). Dostał udawany ochrzan, że jak można nie wiedzieć, że drewna się do zmywarki nie wkłada, a ja byłam zadowolona, że plan się udał.
Kilka dni później teściowa wpadła na kawę i od razu zauważyła brak deseczek. Opowiedziałam jej o sytuacji, wspólnie ponarzekałyśmy na męża, że nie nadaje się do domowych obowiązków, udałam zmartwioną, że szkoda, bo takie fajne pamiątki. Myślałam, że sprawa zakończona, ale jednak mój plan nie był tak idealny jak myślałam...
Pisałam już, że moi teściowie to złoci ludzie... Nazajutrz teściowa przywiozła nam swoją kolekcję...
Pracuję w Niemczech i muszę dojeżdżać do pracy pociągiem jakieś 30 km. Pociąg jak pociąg, tyle że niemiecki - czysto, klimatyzacja i kultura. Wsiadający Niemcy się witają, wysiadający żegnają.
Jechałam kiedyś już do domu w prawie pustym wagonie. Wsiada pasażer, siada naprzeciwko mnie. Guten Tag - on, Guten Tag - ja i się kolebiemy pogodnie w wagonie. Nagle dzwoni komórka tego pana i się okazuje, że to stęskniona żona, bo pan przywitał się z nią po polsku, oznajmił, że za jakieś dwie godziny będzie w domu i zaczął barwny opis tego co, gdzie, jak i czym jej zrobi, jak ją już dorwie po tak długim rozstaniu. Akcja była ognista i rozwijała się wartko, opisy erotyczno-anatomiczne przyprawiłyby o rumieniec najtwardszych słuchaczy, pani chyba nie była dłużna w obietnicach składanych panu, bo jego opowieść była coraz bardziej pornograficzna. W pewnym momencie współrozmówczyni pana chyba się zaniepokoiła o potencjalnych słuchaczy jego wywodów, bo pan jej oznajmił bezstresowym głosem "E nieeee, prawie cały wagon pusty, tylko jakaś Niemka naprzeciwko mnie siedzi, ale przecież nic nie rozumie"...
Gdy zbliżała się moja stacja, wstałam i się grzecznie pożegnałam z moim współpasażerem najczystszym polskim: "Do widzenia panu"... Pan osłupiał i czerwony jak burak zaczął mnie nieskładnie przepraszać. Powiedziałam, że nic nie szkodzi, a już stojąc przy drzwiach słyszałam, jak gęsto się tłumaczył do słuchawki :D
Dodaj anonimowe wyznanie