Mam synów bliźniaków. Mają niespełna roczek i są identyczni. Lubią te same słoiczki, te same zabawki, te same dźwięki. W związku z tym, wstyd się przyznać, nie jestem w stanie ich odróżnić. Czułam się z tym naprawdę fatalnie, dlatego zaczęłam robić im małe kolorowe kropki na małym palcu. Jednemu czerwona, drugiemu pomarańczowa.
Zawsze jak ich myłam, to myłam po kolei, żeby wiedzieć jaki kolor kropki na nowo postawić. Trwało to jakiś czas, ja czułam się już dużo lepiej, skoro byłam w stanie ich odróżnić, więc kontynuowałam te kropkowanie. Aż raz moja mama dała im po cichu czekoladę i poszła im umyć rączki po wszystkim. Moje kropki zniknęły i ja na nowo nie wiem który jest który...
Czytałem tu sporo wyznań kobiet, które czują się jak służące w domu Pana Męża. Moja Kasia często mówi o sobie podobnie. Dlatego opiszę Wam sytuację z drugiej strony.
Żyję z perfekcyjną panią domu i dostaję już szału. Wiecznie coś sprząta, gotuje, prasuje. Jak już nic nie może wymyślić, to wyciąga zawartość szaf, "żeby poukładać, bo bałagan się zrobił". Albo przekopuje sterty kartonów w piwnicy z ubraniami. Już dawno chciałem je oddać albo wyrzucić, bo i tak w nich nie chodzi, ale nie pozwoliła.
Ciężko ją gdzieś wyciągnąć, czy to na jakiś wypad za miasto, czy do kina, czy nawet na spacer, bo nie ma czasu, tyle roboty ma na głowie. Czasami da się namówić na wieczór przy filmie, to i tak w międzyczasie coś piecze, albo gotuje i biega co chwilę do tej kuchni. Aż strach pomyśleć, co by było, jakbyśmy mieli dzieci. A najgorsze jest to, że jak się spotkamy wreszcie ze znajomymi czy rodziną, to musi robić z siebie męczennicę i podkreślać ile ma roboty w domu. Albo wtrąca jakieś aluzje o facetach co to nic nie umieją w domu zrobić i trzeba im wszystko pod nos podać jak małemu dziecku. Wychodzę na jakiegoś tyrana. A starsze ciotki przytakują i jadą po swoich mężach. Tu szczerze przyznam, że niektóre z nich mają rację, bo paru wujków to nawet herbaty sobie nie zrobi.
Ale ja taki nie jestem, a i tak muszę wysłuchiwać tego gderania. Ja naprawdę potrafię obsłużyć pralkę, żelazko, czy wysprzątać łazienkę. I to robię, ona nie musi robić wszystkiego sama. Oprócz prasowania, bo tego nie cierpię. Ale proponowałem skorzystać z punktu usługowego na naszym osiedlu. Grosze to kosztuje, kiedyś co tydzień nosiłem tam torbę ubrań i miałem z bani prasowanie. Ale nieee, gdzie tam, jakaś inna kobieta nie będzie mi prasować. Ja sprzątam dokładnie całe mieszkanie (z odkurzaniem i myciem podłóg) raz w tygodniu i zajmuje mi to maksymalnie dwie godziny. Ale ona i tak poprawia, bo ja się niby nie przykładam. Wg niej jak nie urobisz się po łokcie i nie zmarnujesz całego dnia, to nie jest posprzątane. Dodam, że mam 60-metrowe mieszkanie. Mieszkałem parę lat sam i sobie radziłem doskonale. Nawet często koleżanki żartowały, że pewnie zatrudniam jakąś sprzątaczkę, bo niemożliwe żeby kawaler miał taki porządek w domu. Tłumaczyłem jej nie raz, żeby dała sobie na luz, znalazła jakieś hobby. I przestała ciągle jakąś nową robotę sobie wynajdywać i np. książkę jakąś poczytała. Albo przynajmniej niech nie narzeka jak jest zmęczona.
Pomoże na parę dni i wszystko zaczyna się od nowa.
Ufff, wyżaliłem się, idę pośmigać na rowerku, bo ładna pogoda, a Kasia właśnie uruchomiła mikser, który chodzi jak ruski czołg i łeb mi pęknie jak tu posiedzę dłużej.
Szłam ostatnio do pracy i jest tam odcinek, gdzie chodnik robi się wąski. Dwie osoby miną się bez problemu, ale już trzy nie bardzo.
Naprzeciwko mnie szła kobieta z 3-, 4-letnim dzieckiem. Oczywiście szli całym chodnikiem i za nic mieli przestrzeń. Jako że takie naruszanie przestrzeni publicznej strasznie mnie drażni, hardo szłam swoją stroną chodnika.
Matka nawet nie puściła dzieciaka przodem. I dostał w głowę moją torbą z pudełkiem z jedzeniem, które miałam w torbie. Nie było to mocne uderzenie, młody nawet nie zapłakał.
Oczywiście przeprosiłam, bo nie planowałam tego uderzenia. Stało się.
Ale i tak odczułam satysfakcję.
Każdy dzieciak ma jakieś największe marzenie. Moim było, żeby tata umarł. Takim był "wspaniałym" człowiekiem.
Dziś przyszedł do mnie dobry kolega z pracy. Chwilę pożartowaliśmy, wypiliśmy kawkę. Od słowa do słowa, wylądowaliśmy w łóżku. Akcja dość szybka i jednostronna - to ja zajęłam się nim. Dosłownie chwilę po jego finale uświadomiłam sobie "Boże, co ja robię, przecież jestem w związku!". Zaczęły mnie zżerać wyrzuty sumienia. Wtedy się obudziłam, wtulona w mojego faceta.
To nie jest jednorazowa sprawa. Odkąd pamiętam, kiedy tylko zaczynam nowy związek, pojawiają się takie sny. Problem nie istnieje, kiedy jestem singielką. Wtedy nie mam żadnych snów erotycznych.
Natomiast kiedy zaczynam z kimś być, moje sny szaleją, raz po raz wchodzę w nich w jednonocne relacje z moimi byłymi, kolegami z pracy, mężczyznami, którzy nigdy mnie nie pociągali w prawdziwym życiu.
Niesamowicie mnie to męczy, boję się, że kiedyś podczas snu wyjęczę imię innego faceta. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, bo mój facet mnie zaspokaja i nie czuję potrzeby szukania pozazwiązkowych wrażeń.
Usłyszałem ostatnio od znajomego ciekawą teorię. Żeby nie było - nie chodzi mi o ocenianie samej sprawy. Tylko o to czy jest to możliwe.
Teoria:
W Polskim kościele katolickim doszło do aktów molestowania dzieci przez duchownych. Jest to grzech ciężki. Hierarchia kościoła na najwyższych szczeblach ukrywała ten fakt i defa kto chroniła przestępców się tego dopuszczających. A więc sama jest współwinna przestępstwu przez współpracę z przestępcami.
Jako dopuszczający się grzechu ciężkiego bez chęci pokuty (poprzez zadośćuczynienie grzechowi) i poprawy, grzech ten kasuje ich status osoby "wyświęconej" przez Boga. Czyli nie są prawowitymi kapłanami. Z tego wynika, że wszelkie święcenia przez nich udzielone też są nieważne. Czyli cały kościół katolicki w Polsce w myśl prawa kanonicznego jest nielegalny i nie ma prawa być przedstawicielem Boga na ziemi. Wszelkie sakramenty, rozgrzeszenia itp. itd. są bezwartościowe.
Jest tu ktoś, kto zna się na prawie kanonicznym i mógłby się wypowiedzieć?
Księdza nie zapytam, bo nie znam żadnego, który byłby dostatecznie otwarty na dyskusję, by mnie za tak heretyczne pytanie nie wykląć z miejsca.
Jest taki piękne słowo w języku polskim, nazywa się ono ZAWIŚĆ.
Uczucie pojawiające się gdy ktoś ma lepiej, zazdrościmy tej osobie. Na ogół jestem człowiekiem, któremu daleko od takich zachowań, jest jednak jeden wyjątek. Zawsze gdy gdzieś słyszę lub patrzę na osoby, które są w długoletnich związkach, to robi mi się strasznie przykro. Nie występuje to jeżeli ktoś ma jakiś związek, który dopiero się zaczął, lub nie trwa nadzwyczaj długo. Jednak gdy pojawia się temat długoletniości takiej relacji, od razu pojawia się we mnie swoista dzika zawiść. Nie jestem typem co nigdy nie był w związku, jednak nie udało mi się stworzyć takiej relacji w swoim życiu.
Wewnętrznie chorobliwie zazdroszczę ludziom, że potrafią być wiele lat razem, mogą planować jakoś swoją przyszłość. Mieć wspomnienia. To, że właściwie trafili w swoją drugą połówkę. Po prostu smutno mi jest patrzeć na takie pary. A jak słyszę, "no ja z moim to jesteśmy już od liceum", albo, "jesteśmy już 6 lat razem, jest wspaniale", to mam wtedy ochotę rzucać piorunami z nieba. Ciężko jest się cieszyć szczęściem innych, jak się samemu go nie ma.
Mam prawie 30-kę na karku, od wielu lat trenuję na siłowni. Kiedy tracę motywację, odpalam kilkanaście odcinków 'Dragon Ball Z' z rzędu i motywacja wraca. Ten cykl trwa już około 15 lat.
Mam najlepszego przyjaciela, znamy się od 10 lat, kocham go jak brata i zrobiłabym dla niego wszystko. Nigdy nie było między nami nic romantycznego, nie potrafię na niego spojrzeć jak na mężczyznę, mimo to jest mi najbliższym człowiekiem na świecie. Spędzamy ze sobą dużo czasu, razem mieszkamy i podróżujemy. To właśnie miłość do podróżowania i dzikość serca nas połączyły. Przez wszystkie te lata oboje byliśmy singlami, u mnie czasem przewijały się krótkie związki czy przygodne romanse, ale nigdy nie byłam zakochana, nigdy nie spotkałam mężczyzny, z którym chciałabym spędzić całe życie.
Za to Grzesiek od 10 lat nie był nawet na randce. Aż do niedawna. Kilka miesięcy temu poznał dziewczynę i zakochał się. Teraz gada o niej cały czas, spotykają się, planuje zabrać ją na naszą wyprawę po Azji, choć mieliśmy jechać tylko we dwójkę. Wciąż się spotykamy, chodzimy na kręgle i jeździmy w góry, ale jest jakoś inaczej. Jest jak mały zakochany szczeniak, są ze sobą dopiero od kilku miesięcy, a on opowiada mi już jakie imiona dla dzieci wybrali. Mówił też coś, że fajnie by było, jakby się do nas wprowadziła.
Rozumiem go i cieszę się, że jest szczęśliwy, ale jednocześnie jest mi przykro. Zdaję sobie sprawę, że nasza przyjaźń nie będzie już taka sama, skończy się podróżowanie we dwójkę, wygłupy, całonocne spacery i picie whisky o 5 nad ranem. Najgorsze jest to, że jego dziewczyna jest naprawdę super. Jest piękna, inteligenta, zna 4 języki obce i też lubi podróże. Ciągle trajkocze o tym, jak fajnie będzie spędzić z nami 2 miesiące w Azji, układa plany, wyszukuje tanie motele, dodaje nowe atrakcje do naszej listy. Nie jest też ani trochę zazdrosna o naszą przyjaźń i bliskość.
Myślałam, że fajnie będzie się z nią zaprzyjaźnić, że może we trójkę stworzymy fajną paczkę, ale gdy już gdzieś idziemy, to oni ciągle się ze sobą śmieją, coś sobie opowiadają ściszonym głosem, idą dwa metry przede mną, a ja czuję się odepchnięta na drugi plan. Być może za jakiś czas, gdy te pierwsze fajerwerki i podniecenie opadną, coś się zmieni, mam taką nadzieję.
Zdawałam sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie będziemy wiecznie singlami, oboje jesteśmy tuż przed trzydziestką i to dobry czas na zakładanie rodziny, ale nie byłam jeszcze na to gotowa. Gdzieś w głębi siebie miałam nadzieję, że za 30 lat nadal będziemy razem mieszkać i podróżować, a nasza braterska przyjaźń nigdy się nie skończy.
Sama raczej nie chcę się wiązać, związki, obowiązki, dzieci i rodzina to nie dla mnie, przynajmniej jeszcze nie teraz. Lubię być sama, tak czuję się najlepiej.
I choć to bardzo egoistyczne i za nic w świecie nie przyznałabym się ani Grześkowi, ani nikomu innemu, to po cichu liczę, że w końcu się rozstaną, a ja odzyskam najlepszego przyjaciela i wszystko będzie tak jak dawniej.
Mam tajemnicę, której nigdy nikomu nie wyjawię. Po śmierci mojego taty mama związała się z totalnym dupkiem. Na początku sprawiał dobre wrażenie, ale kiedy po ślubie z mamą poczuł się pewnie, wylazł z niego leń i cham. Zrezygnował z pracy i stwierdził, że znajdzie coś lepszego, ale tylko siedział przed tv i pił piwo. Ja miałam wtedy 16 lat i ciągle słyszałam, że mam się wyprowadzić i przestać na nich pasożytować.
Tego pamiętnego dnia przepadła mi ostatnia lekcja i wróciłam wcześniej do domu. Oczywiście pretensje jaśnie pana usłyszałam zaraz po powrocie. Zamknęłam się w swoim pokoju, ale usłyszałam jakiś huk i wyszłam sprawdzić co się stało. Znalazłam go leżącego w łazience z rozbitą głową. W pierwszym odruchu chciałam dzwonić po mamę albo na pogotowie, ale po chwili zastanowienia uznałam, że ta gnida nie zasługuje na pomoc. Wyszłam z domu i poszłam do mamy do pracy. Wyglądało to tak, jakbym przyszła tam prosto ze szkoły. Wyciągnęłam mamę na lody i do domu wróciłyśmy dość późno. On dalej leżał z łazience, ale już martwy. Mama nie panikowała, ani nie płakała, wezwała pogotowie.
Po sekcji okazało się, że dostał zawału i zmarł chwilę przed naszym powrotem. Nigdy nie przyznałam się, że byłam wtedy w domu i nie udzieliłam mu pomocy. Wyrzutów sumienia też nie miałam, bo po pogrzebie mama mi powiedziała, że w sumie dobrze się stało, bo miała go już dosyć, tylko bała się mu to powiedzieć. Może nie postąpiłam dobrze, ale dzięki temu uwolniłyśmy się od niego i od tamtej pory żyło nam się dużo lepiej.
Dodaj anonimowe wyznanie