#5x769
#BvjdN
Moja mama zmarła jak miałam 5 lat. Kiedy skończyłam 17 wyglądała prawie identycznie jak ona. W 12 rocznicę jej śmierci ja i tata się upiliśmy i sama nawet nie wiem jak do tego doszło, ale stało się przespaliśmy się ze sobą. I choć pierwszy raz był pod wpływem alkoholu to kolejne parę miesięcy już nie. I tak jak nagle się to zaczęło tak też się skończyło. Po prostu przestaliśmy to robić i nigdy więcej już do tego nie doszło ani o tym nie rozmawialiśmy.
Minęło 5 lat. Ojciec ma nową żonę, ja mam chłopaka, nasze relacje są w 100% normalne zero traumy nic takiego.
Jedyne co mi po tym zostało, to kiedy się masturbuje zawsze myślę o ojcu.
#0Ai9N
- Władza, wszędzie pęd do władzy. Biskup ma władzę absolutną. I ma kompletnie w du.. jakiekolwiek prawo kanoniczne. Jak o czymś zadecyduje, to nieważne, że to sprzeczne z prawem kanonicznym - jego słowo przeważa.
- Kolesiostwo. Jak masz dzianych rodziców, co dają na seminarium datki - masz tyłek obity blachą. Nikt cię nie ruszy, choćbyś nie wiem co odwalił.
- Donosicielstwo - klerycy są nakłaniani do donoszenia na innych kleryków, ludzie nawet boją się szczerze porozmawiać, bojąc się, że druga osoba na niego doniesie, by zarobić kilka punktów, albo że ktoś inny doniesie wcześniej i to on zapunktuje.
- Życie w strachu i napięciu - ciągle się boisz donosu na siebie od kolegów albo że zrobisz coś, co wprawdzie nie jest zabronione, ale np. twój przełożony tego nie lubi i tępi ludzi o innych poglądach.
- Wykorzystywanie władzy - niżej od ciebie w hierarchii stoi ktoś, kogo nie lubisz? Absolutnie nie ma problemu z prośbą do jego przełożonego "Andrzejku, weź zgnój tego a tego typa, będę ci wisiał przysługę". "No problem, ziomuś".
- To jest praktycznie jak życie w państwie totalitarnym. Ciągle jesteś obserwowany i pilnowany, ludzie na siebie donoszą, a za najmniejsze przewinienia (prawdziwe czy wydumane) jesteś karany według widzimisię przełożonych i biskupa. W nauczaniu nie lepiej, pranie mózgu na całego, ciągłe wmawianie, że są ostatnią deską ratunku przed zachodnim gejowskim zepsuciem, muzułmanami i Harry Potterem.
Ogólnie dotąd myślałem, że kapłani, którzy stamtąd wychodzą, to przeważnie normalni ludzie, a ci, którzy mają jakieś odchyły (pedofilia, parcie na kasę, parcie na władzę) to margines. Ale teraz widzę, że to właśnie ci normalni, z powołaniem do służby Bogu są tą mniejszością, która jakimś cudem zachowała w sobie prawdziwą wiarę mimo usilnych starań przełożonych. Jeśli tak to wygląda na samym początku, to aż boję się myśleć co za syf jest na najwyższych szczeblach polskiego kościoła katolickiego.
Kuzyn kapłanem raczej nie zostanie, poważnie myśli o odejściu, bo ma dość prania mózgu, jakie mu tam fundują, ciągłego życia w strachu. Na wszystkie postulaty mam po kilka przykładów, ale póki kuzyn nie odejdzie do stanu świeckiego, nie mam zamiaru ich przytaczać, bo jednak mogłoby dotrzeć to do uszu czarnej mafii i kuzyn miałby przegwizdane (to nie jest pusty strach - kuzyn widział kilka przypadków, gdzie klerycy byli zmuszeni do odejścia, bo gdzieś napisali swoje żale i przełożeni to odkryli).
#Bxeu9
Zawsze byliśmy zgodnym małżeństwem, uzgadnianie razem decyzji, dzielenie obowiązków, wspólne wychowywanie syna zawsze nam towarzyszyło. Informacja, że mój mąż się zakochał i się wyprowadza była tak wielkim szokiem, że nawet dobrze nie pamiętam tej rozmowy. Wypłakałam tyle łez ile miałam i zebrałam się do kupy, w końcu mam syna, który też cierpi i potrzebuje normalnie funkcjonującego domu.
Po paru miesiącach mąż przypomniał sobie, że ma dziecko i zaczął młodego zabierać na lody, pizze, w końcu zaczął go zabierać na całe weekendy do siebie. Na początku syn był szczęśliwy, ale po jakimś czasie wracał smutny. Zapytany o powód powiedział, że nowa dziewczyna taty krzyczy na niego, a tatę wyzywa i bije! Krew mi się zagotowała, że moje dziecko coś takiego oglądało. Przy następnej wizycie młody nagrał taką sytuację i mi przysłał filmik. Szmata zwyzywała mojego syna od bękartów, które powinny zdechnąć, a męża biła po twarzy i krzyczała, że ma dać jej kasę na imprezę i więcej młodego nie przywozić.
Kiedy wyszła na miasto, wzięłam dwie walizki i pojechałam. Mąż na mój widok zdębiał, powiedziałam krótko "pakuj się". Dalej patrzył ze strachem w oczach, więc powiedziałam, że jak chce z nią zostać, to dam mu spokój. Pakował się, aż się kurzyło. Ja w tym czasie nasikałam jej na ręcznik i dywanik w łazience, przetarłam rowek szczoteczką do zębów, naplułam do wszystkich produktów w lodówce, polałam mlekiem ubrania, ręczniki i pościel w szafie, wywaliłam puszkę kociej karmy pod kanapę i wlałam krem do depilacji do szamponu.
Mąż śpi na kanapie, długa pokuta przed nim, miedzy innymi musi zrobić badania na choroby weneryczne i zaczynamy związek od zera, czyli od randkowania i jego zabiegania o mnie. Nigdy nie myślałam, że wybaczę zdradę, ale zwyczajnie lepiej mi się opłaca mieć męża z powrotem, a mój syn jest szczęśliwy, że odzyskał tatę. Mam poczucie, że wygrałam, syn zadowolony, mąż nosi mnie na rękach, no i nigdy alimenty nie byłyby tak duże, jak cała wypłata męża do dyspozycji. Nie wykorzystuję tego, że go przyjęłam z powrotem, ale świadomość, że mam przewagę jest miła.
#FWipJ
Nie było jednak łatwo. W nowym, dużym mieście nie znałem nikogo, a w stanie w jakim byłem trudno mi było komukolwiek zaufać. Bardzo szybko zacząłem pocieszać się alkoholem, a samotne wieczory spędzałem na serialach i piciu do lustra.
Wkrótce nie mogłem już pracować (oczywiście przez alkohol), więc moja samotność jeszcze się nasiliła. Praktycznie przestałem wychodzić z domu. Na tamtym etapie poważnie myślałem już o samobójstwie, do tego doszły problemy finansowe, bo nie miałem czelności prosić o pieniądze rodziców, a pracy nie miałem.
I wtedy, podczas samotnego, pijackiego spaceru poznałem jego: starszego, eleganckiego faceta koło sześćdziesiątki, który po prostu podszedł do mnie, gdy paliłem szluga na ławce w parku i zapytał, czy... pójdę z nim na piwo. Zgodziłem się, bo wizja picia za darmo wystarczyła, bym poszedł z każdym, ale pewnie domyślacie się już, jak zakończyła się historia.
W barze facet spił mnie porządnie, po czym zaprosił do domu, a ja, w stanie, w którym było mi już głęboko wszystko jedno, zgodziłem się iść. U niego (elegancki domek z wypielęgnowanym ogródkiem, staromodne, drogie meble, rasowy pies) gość po prostu powiedział czego chce, prosto z mostu. Nigdy nie podobali mi się mężczyźni, on zresztą też nie, ale moja samotność i jakaś dziwna wdzięczność za to, że cały wieczór mi stawiał, złożyły się na to, że uległem. Nie podobało mi się ani trochę, ale po wszystkim... przytulił mnie i powiedział, że jestem spełnieniem jego marzeń, a ja, zamiast dać dziadowi w pysk, rozpłakałem się na myśl, że ktokolwiek mnie jeszcze do czegokolwiek potrzebuje, i też go przytuliłem.
Spotykaliśmy się tak jeszcze z cztery razy, co weekend (może myślał, że pracuję), do momentu, w którym postanowiłem wziąć się w garść, wrócić do domu i iść się leczyć. Zerwałem wtedy kontakt i zmieniłem numer, by nigdy już mnie nie znalazł. Staram się o tym zapomnieć, bo w sumie wspomnienia brzydzą mnie jak jasna cholera, ale gdzieś z tyłu głowy mam przeczucie, że ten stary oblech uratował mnie przed samobójstwem, mówiąc, jaki jestem wspaniały i piękny.
No, wygadałem się, teraz mogę żyć dalej.
#sePlX
W mojej pracy przyjmujemy zgony z oddziałów, by móc wpisać to w system. Jeśli pacjent był miej więcej w moim wieku (ok. 25 lat), zaraz po zgłoszeniu zgonu sprawdzam jego profil na Fb. Być może jestem często pierwszą osobą, która odwiedza jego profil po śmierci.
Takie o zboczenie zawodowe.
#xnXm7
Nie uwierzycie jak wiele osób zwyczajnie cuchnie. Kiedyś przyszła klientka, w garsonce, zadbana, widać, że na wysokim stanowisku. Poprosiłam ją o odświeżenie w łazience (standardowa procedura, zwłaszcza przy depilacji bikini) i powiedziałam, że wrócę za 5 minut. Gdy weszłam do gabinetu, poczułam odór nie z tej ziemi. Masakra. Jak odchyliłam majtki, to zamiast włosów łonowych zobaczyłam plątaninę skrawków papieru toaletowego, skrzepów od okresu i włosów. Odmówiłam zabiegu, a klientka poskarżyła się szefowej. Dostałam reprymendę i rozmyło się po kościach.
Innym razem przyszedł pan na depilację intymną. Bardzo miły na recepcji, zadbany i uśmiechnięty. W gabinecie nieśmiało powiedział, że może dostać wzwodu od ucisku. To zrozumiałe, sam nacisk w pachwinach czy po prostu przekładanie członka może spowodować wzwód. Stało się tak i w tym przypadku, byłam dopiero w połowie depilacji, więc chciałam wyjść na chwilę, żeby się "uspokoił", ale facet bardzo nalegał tłumacząc, że mu się spieszy. Pamiętając o ostatniej naganie od szefowej zaczęłam kontynuować zabieg. Facet doszedł mi na stole. To było straszne. Poczułam się jak dziwka. Konkretnie opierdzieliłam faceta i kazałam mu się wynosić. Wyszedł z uśmiechem na ustach.
Kiedyś też przyszła klientka z sześcioletnią córką na depilację nóg, rąk i bikini. Masakra. Kiedy odmówiłam, tłumacząc się nie tylko swoim sumieniem, ale także tym, że ta skóra jest na tyle delikatna, że może dojść do zerwania naskórka, zostałam zjebana przez szefową, że mam to zrobić - jak jest zgoda rodzica, to na jego odpowiedzialność. To też było straszne. To dziecko nie płakało - ono wyło. Gdyby jeszcze miała ciemne włosy... Ale nie, jasny meszek, właściwie niewidoczny.
Raz klientka zaczęła się masować po łechtaczce podczas robienia intymnej. Także wyprosiłam.
Czarę goryczy przelał facet, który przyszedł na intymną. Poprosiłam go o odświeżenie się w łazience, a ja czekałam w gabinecie. Stałam tyłem do drzwi od łazienki i sprawdzałam temperaturę wosku. Facet wyszedł z łazienki tak cicho, że go nie usłyszałam, a jak się odwróciłam, trzymał w ręku sterczącego penisa i masturbował się. Wyszłam stamtąd z płaczem i tego samego dnia złożyłam wypowiedzenie.
Po tamtych akcjach nie mam już ochoty pracować w zawodzie. Cały czas biję się z myślami, czy zatrudnić się w jakimś innym salonie. Bliscy zachęcają mnie do tego, bym się nie poddawała, ale chyba mam dosyć.
#Wbk9r
Pijany - pije cały wieczór, po czym wsiada do auta i zakosami wraca do domu.
Pijany - wypił o dwa piwa za dużo w sobotni wieczór, w niedzielę czując się dobrze siada za kółko i bierze udział w wypadku - jakikolwiek by wypadek nie był, jest pijany kierowca, to jest winny, bo miał 0.1 albo 0.15...
Wrocław, miasto spotkań, miasto młodych, miasto imprez... Byłem na jednej imprezie piłem piwo, dużo piwa. Niedziela, czas wracać do domu i pytanie - mogę? Mam "zero zero" czy jeszcze jeszcze nie? Pierwsza myśl - mogę , druga - lepiej sprawdzę. Komisariat Policji Krzyki, proszę o badanie alkomatem. Okej, za 1,5 do 2 godzin, bo "trwają czynności"... Komisariat obok dworca głównego - godzina czekania, bo "nie ma policjanta, który badanie mógłby przeprowadzić". Komisariat niedaleko Pasażu Grunwaldzkiego - nie prowadzą badań, bo nie ma mają sprzętu stacjonarnego, a mobilny jest w radiowozach.
Ostatecznie - test ze stacji paliw za 9.99 zł.
Jeśli nadal wierzysz, że policja próbuje walczyć z pijanymi kierowcami, to spróbuj mnie przekonać do swojej racji. Oni z nimi nie walczą - oni ich tylko łapią dla statystyki, policja nie chce ci pomóc, oni chcą cię ukarać za coś, czego można było uniknąć zerowym kosztem.
Badanie trwa 5 sekund - odsiadka za 0.2 może trwać 15 lat.
#ENCyY
Od zawsze byłam dość płaczliwym dzieckiem, potrafiłam rozryczeć się ot tak, bo mi się nudziło. Rodzice starali się mnie tego oduczyć, ale średnio im to szło. Po prostu byłam uparta ;)
Nadszedł czas, gdy musiałam rozpocząć edukację. Wszyscy obawiali się, że nie poradzę sobie w zerówce, będę histeryzować i tak dalej. Zaskoczyłam wszystkich! Przestałam płakać, otworzyłam się i już pierwszego dnia zapoznałam się z całą grupą kilkulatków :) Wszystko szło pięknie, dopóki nie przyszła pora na naukę czytania. Już wcześniej poznałam literki i umiałam coś tam dukać, więc zajęcia typu "To jest litera A" strasznie mnie nudziły. Wychowawczyni się to nie podobało, wprost uwzięła się na mnie! Musiałam przy jej biurku czytać KAŻDĄ czytankę, jaką przerabialiśmy, a czasem nawet i jakieś dodatkowe. Postanowiłam się zbuntować i udawałam głupka, mówiłam, że nie wiem jak nazywają się litery, nawet kiedy rówieśnicy starali się mi podpowiadać. Nie i już! Kropka!
Wychowawczyni wezwała moją mamę i KAZAŁA zabrać mnie do psychologa. Nie, nie poradziła czy zasugerowała, a KAZAŁA. Cóż, moja matka przestraszyła się, bo może i faktycznie coś jest na rzeczy, więc czym prędzej zapisała mnie na wizytę.
Przemiła pani psycholog porozmawiała ze mną, dała coś do namalowania, poprosiła o wytłumaczenie rysunku i tak dalej. Na koniec pochwaliła mnie, mojej mamie powiedziała, że jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek i mogłabym już chodzić nawet do drugiej klasy!
Następnego dnia mama przyniosła opinię psychologa. Wychowawczyni przeczytała ją, coś tam mruknęła i powiedziała, żeby chodzić ze mną na wizyty regularnie, bo choroba "jeszcze za mało się rozwinęła.", Moja matula wkurzyła się, opierniczyła babę i kazała traktować mnie jak każde inne dziecko. Skończyły się prześladowania i przymusowe czytanie, wychowawczyni traktowała mnie raczej jak powietrze, ale mi to nie przeszkadzało.
Nadszedł piękny dzień zakończenia roku szkolnego. Mojego pierwszego zakończenia! W domu chaos, bo przecież sukienka musi być piękna, buciki eleganckie, włosy uczesane, no i oczywiście warkoczyk! W końcu razem z mamą ruszyłyśmy do szkoły. I co się okazało? Zakończenie roku... już się skończyło. Moja wychowawczyni podała mamie złą godzinę, żebym nie mogła razem z resztą klasy świętować początku wakacji! I nie, to nie była pomyłka o godzinę czy pół. Po zakończeniu dla dzieci z zerówek urządzono małe przyjęcie w jednej z sal, a kiedy my przyszłyśmy, rodzice zbierali już brudne talerzyki i kubki. Ja, jak to dziecko, rozryczałam się i schowałam w łazience. Słyszałam tylko, jak mama krzyczy i wyzywa babę. Tak wściekłej nigdy jej jeszcze nie widziałam.
Na szczęście wredne babsko uczy tylko w zerówce. Resztę podstawówki spędziłam z mniej lub bardziej miłymi wychowawcami, ale nigdy nie spotkałam takiej zołzy jak ta.