#2ppZF
Pierwsze oznaki, że coś jest jednak nie tak, zauważyłam w okolicach 16 urodzin. Zdecydowanie za mocno przeżywałam posiadanie jakichkolwiek relacji z kimkolwiek. Chciałam, żeby wszyscy mnie lubili. By każda osoba, którą spotkam, przy każdej chęci wyjścia na miasto najpierw dzwoniła do mnie. Przestała mi wystarczać grupka znajomych, z którą się trzymałam - kiedy któreś z nich umówiłoby się z kimś innym beze mnie, świrowałabym. Ale ja zaczęłam chcieć więcej i więcej - zazdrość, złość o to, że osoby, których nawet nie lubię, nie zapraszają mnie do siebie po szkole? Oczywiście.
Kiedy ktoś zapraszał do kina - ogromna radość, euforia, poczucie, że "mam przyjaciół" (chociaż teoretycznie miałam i bez tego), potem świadomość, że osoby, które były ze mną w kinie, przyszły do siebie kolejnego dnia beze mnie - gniew, rozpacz, frustracja, czasami agresja (w formie porządnego nokautowania mebli).
Zaczęło się robić naprawdę źle. Jednego dnia płakałam w domu pod kołdrą, życząc wszystkim śmierci, drugiego dnia uszczęśliwiała mnie każda błahostka..
I to ten magiczny etap, gdzie 99% anonimowych rzuciłoby się w komentarze: to nie jest normalne, idź na terapię, tylko psycholog pomoże!
Problem taki, że ja o pomoc prosiłam. Bałam się, co się ze mną dzieje, przestawałam normalnie funkcjonować.
Szczera rozmowa z rodzicami - efekt? Nic. W życiu nie zapisaliby mnie do psychologa. Bo przecież tam chodzą czubki albo osoby, co się tną.
W szkole zero oparcia, rodziny w okolicy brak.
Starałam się, próbowałam znaleźć sposób, by zyskać pomoc i po prostu się nie dało..
Dwa lata męki.
Przez te dwa lata uzbierałam trochę oszczędności. Niedługo po 18 urodzinach nareszcie poszłam do już dawno wybranego psychologa.
Rozpoczęłam terapię, uczęszczam na regularne spotkania, różnica jest masakryczna.
Zaczynam czuć, że żyję. Umiem sobie radzić z napadami, a one same występują coraz rzadziej. Nikomu nie życzę już śmierci, bo mnie na lody nie zaprosił.
Teraz wszystko jest naprawdę inne, takie lżejsze, przyjemniejsze. Nie wiem tylko czemu musiałam czekać aż dwa lata? Pomoc mogłam uzyskać znacznie szybciej. W krytycznych momentach na trochę przed osiemnastką dochodziło już do form autoagresji. Kto wie, czy gdyby nie zwlekać jeszcze trochę, nie doszłoby do jakiejś tragedii? Przez rzecz tak banalną z punktu widzenia trzeciej osoby. Przecież to tylko zazdrość, pomyśl, że masz znajomych, a są tacy co mają gorzej i nie narzekają.
Cieszę się życiem coraz bardziej, jednak nigdy nie zapomnę tych ciemnych dwóch lat.
Zauważyłam że wielu starszym ludziom psychiatra kojarzy się z świrami.
Pewnie kwestia przedstawiania szpitali psychiatrycznych jako miejsca, gdzie siedzi człowieczek w kaftanie mówiący że jest Napoleonem, albo uderzający głową o białe ściany.
W wyznaniu jest psycholog. Co do psychiatry skojarzenia są dosyć słuszne. Psychatra leczy zaburzenia psychiczne. W zakładach dla psychicznie chorych pracują właśnie psychiatrzy. Nic dziwnego, że takie są skojarzenia.
A jak idziesz do psychiatry z NFZ to możesz sobie jeszcze w papierach nabruździć.
@Zihat
Większość ludzi ma zaburzenia psychiczne (w różnym stopniu np. depresję czy nerwicę) i powinno się leczyć, a tego nie robi. A dlaczego? Bo uważają, że to wstyd iść do psychiatry, bo jest to lekarz "od świrów", jak wspomniała @livanir.
Poza tym dane medyczne są danymi wrażliwymi i nikt "obcy" nie powinien mieć (co nie znaczy, że nie ma) do nich dostępu, więc w jaki sposób można sobie nabruździć? Jeśli chodzi o podjęcie jakiejś pracy, to wg prawa pracodawca nie może wymagać informacji, czy dana osoba leczyła się psychiatrycznie. Oczywiście odmowa podpisania takiego oświadczenia będzie się wiązała z rezygnacji z danego kandydata.
Ponadto uważam, że powinno się rozgraniczać pacjentów, którzy z własnej woli chcą się leczyć (np. wyżej wspomnianą depresję) od tych, którzy są przymusowo (sądowo, poprzez kuratora, innego lekarza etc.) kierowani do takiego lekarza.
@Agatorek po części odpowiadasz sobie już na pytanie "w jaki sposób można sobie nabruździć" tym oświadczeniem przy pracy. Po drugie te wrażliwe dane nigdy nie są odpowiednio dobrze strzeżone. Zauważ że często przy ludziach którzy dokonali przestępstwa np. Zabójstwa, pobicia czy cokolwiek czym zainteresują się media pierwsze o czym gadają to to, że owa osoba leczyła się psychiatrycznie. Ktoś kogoś zabije, ale nie ma sprawcy to stwierdzają samobójstwo, dodając że denat leczył się psychiatrycznie. Takie przykłady można mnożyć i mnożyć. A sens jest taki sam. Leczysz się w NFZ to twoje dane nie są bezpieczne.
@Zihat,
nie wiem w którym miejscu odpowiedziałam sobie na to pytanie, w jaki sposób człowiek może sobie nabruździć.
Może to zrobić sobie jedynie pracodawca, który wbrew prawu, zapytałby o takie leczenie lub poprosił o podpisanie oświadczenia o leczeniu psychiatrycznym. Mógłby się liczyć wtedy z pozwem ze strony pracownika lub kandydata do pracy.
Miałam taką koleżankę. Tylko że ona poszła o krok dalej, nie poprzestała na zwykłym wkurzaniu się. Zaczęła mieszać wśród znajomych, kłamała, oczerniała jedną koleżankę przed drugą, a potem tą drugą przed pierwszą, próbowała wszystkich skłócić, tak, żeby wszyscy lubili ją, ale nikt siebie wzajemnie. Oczywiście wszystko wyszło na jaw, więc dziewczyna w końcu została sama jak palec i do dziś nie mam z nią kontaktu.
Dobrze, że Tobie udaje się z tego wyjść.
I co się okazało?
Obstawiam zaburzenia osobowości
Brzmi jak borderline
albo osobowosc zalezna
Raczej borderline z elementami histrionicznej
Opowiedz o diagnozie
Twoi rodzice mają zamrożone mózgi, bo o sercach nie będę się rozpisywać...
Mogli pomóc ci już wcześniej, jak widać na nich liczyć nie możesz.
Jakie zaburzenie stwierdził psycholog?*Bo ciekawi mnie to a nie ma napisane w wyznaniu.
Obstawiam borderline. I zazdroszczę autorce, że wystarczyła jej terapia by się "naprawić". Czasem trzeba też brać leki i ich pilnować, bo jeden dzień bez tabletki może się źle skończyć.