Rzadko kiedy pamiętam cokolwiek ze swoich snów. W zasadzie to działo się ledwo kilka razy - z czego większość to były regularnie powtarzające się koszmarki.
Problem tkwi w tych snach, których nie pamiętam. Ponoć są bardzo żywe i hm, emocjonujące. A najczęstszym ich motywem jest seks. I zdrada.
Pewnie nie przejmowałabym się tym, gdyby nie reakcja partnera, który nie raz musiał wysłuchiwać moich nocnych jęków do obcych mężczyzn, wyznań miłości i bełkotliwych tekstów o tym, że mój chłopak się nie dowie, więc hej, bierz mnie!
Dochodzą do tego ręko i nogoczyny, kiedy coś mi w trakcie snu nie odpowiada. Często nie może nawet mnie dotknąć w nocy ani zmienić pozycji, kiedy śpimy wtuleni, bo zaraz posądzam go o gwałt, napastowanie, wyrywam się i twierdzę, że go nienawidzę, że jest zerem + dochodzi do tego sporo innych określeń. Nie raz kończył pokiereszowany.
Nie mam pojęcia, skąd to się u mnie bierze. Nigdy go nie zdradziłam, nie mam do tego ciągoty. Nie boję się też zdrady z jego strony, ale coś jednak siedzi mi we łbie, skoro ta sytuacja z drobnymi przerwami trwa już prawie rok.
Najbardziej dobija mnie fakt, że po niektórych incydentach chodzi struty cały dzień, niby bez powodu. Często się tego wypiera, ale wiem, że to dźga go w czuły punkt.
Zanim dodam gdziekolwiek zdjęcie z moją przyjaciółką, która jest ode mnie o wiele chudsza, pogrubiam ją w programie graficznym. Sprawia mi to radość i satysfakcję.
Miałam w szkole koleżankę. To było już naprawdę wiele lat temu. Nie była ładna i nikt jej nie lubił. Naprawdę była dziwna, mimo to szkoda, że skończyła jak skończyła.
Miała takich zaściankowych, niewykształconych rodziców, którzy na nic jej nie pozwalali i mieli zawsze podejście "nie znam się, to się wypowiem". Moi rodzice czasem wracali zażenowani ich poziomem na wywiadówkach.
Ta koleżanka bardzo lubiła spędzać czas przed komputerem - wiadomo, nie miała znajomych, nigdzie nie wychodziła i bała się ludzi, więc bardzo dużo grała w różne gierki. W którymś momencie odkryła gry mmo rpg. Wydaje mi się, że chyba dzięki temu czuła się w jakiś sposób lepiej i spędzała przy grach jeszcze więcej czasu.
Jej rodzice nie znali się na komputerach - dla nich to były tylko takie zwykłe gry i denerwowali się, że ona nie chce ich zapauzować. Kompletnie nie rozumieli, że ona gra przez internet z prawdziwymi osobami i wmawiali jej, że te postacie na ekranie to nie są prawdziwi ludzie.
W klasie zachowywała się jeszcze dziwniej, chodziła smutna i wiele osób coraz bardziej się nad nią znęcało. Któregoś dnia pod wpływem szyderstw dostała jakiegoś ataku paniki i trafiła do pedagoga z załamaniem nerwowym. Wiadomo, klasa w śmiech i ogólnie ubaw.
W następnych dniach nie przyszła do szkoły. Nauczycielka powiadomiła nas, że dziewczyna popełniła samobójstwo, a potem okazało się, że jej rodzice byli skłonni wysłać ją do psychiatry, bo przeszkadzało im, że ich córka cały czas gada do komputera (rozmawiała z ludźmi na słuchawkach) i ją tym nastraszyli.
Po tylu latach czuję frustrację na tych ludzi - zarówno jej rodziców, jak i na klasę, która też się przysłużyła i widzę, jakie to było słabe.
Mam tak spaczone podejście do seksu, że za nic w świecie nie chciałabym mieć synka, bo boję się, że będę go w przyszłości molestować. Nikt o tym nie wie. Staramy się o dziecko z partnerem. Wstydzę się nawet pójść do specjalisty.
Spotkałam się z chłopakiem z internetu. Otworzył się przede mną, opowiadał o sobie, o swoich uczuciach, emocjach, przemyśleniach... ale nie mogłam się na tym skupić, bo jedyne o czym przez ten cały czas myślałam to "Boże, jak mi się chce srać".
Gdzieś tak do piątego roku życia byłam upośledzonym dzieckiem. Ciekawe jak długo by to trwało, gdyby któraś pani doktor, badając zwykłe przeziębienie czy inny zwichnięty palec, nie zauważyła, że wcale nie jestem opóźniona w rozwoju, tylko prawie ślepa. Do tej pory zastanawiam się, jak to możliwe, że tak długo nikt się nie domyślił.
Potem rodzice kupili mi wypasione okulary i nagle magicznie wyzdrowiałam.
Mój syn po wielu latach samotności znalazł sobie chłopaka, więc ja, cała uradowana, zaprosiłam go i rzeczonego chłopaka na obiad.
Wszystko ładnie, pięknie - wysprzątałam dom, zrobiłam swoje popisowe danie i idealnie o umówionej godzinie poszłam otworzyć drzwi.
W ten sposób dowiedziałam się, że chłopakiem mojego syna jest mój ginekolog.
To było w podstawówce, dokładniej klasy 1-3. Po lekcjach każdy poszedł do szatni, by się przebrać. Ja natomiast zapomniałam zabrać z sali piórnika, więc się po niego wróciłam. Klasa była pusta, ale w momencie, gdy już miałam wychodzić, weszła moja nauczycielka. Zaczęła na mnie krzyczeć - co ja tam robię, że pewnie coś chcę zniszczyć. Jak powiedziałam, że chodzi mi tylko o piórnik, to mnie oskarżyła o kłamstwo i wypchnęła z sali. Dodam, że byłam uczennicą dobrą, aczkolwiek ona mnie nie znosiła, gdyż byłam zbyt dziecinna według niej.
Na drugi dzień mieliśmy mieć sprawdzian z matematyki. Nauczycielka weszła do sali, lekcja się zaczęła. Siedziałam w pierwszej ławce. Wychowawczyni nie mogła odnaleźć tych sprawdzianów i przy całej klasie oskarżyła mnie o kradzież. Kazała mi wstać i zaczęła mną potrząsać, abym się przyznała. Zalałam się łzami, a ta wciąż zarzucała mi kłamstwo. Musiałam stać na środku sali, a ta znów zaczęła szukać.
Okazało się, że przełożyła sprawdziany do innej szuflady.
Pozwoliła mi usiąść, ale "przepraszam" nigdy nie usłyszałam. A to tylko jedna z wielu akcji tej nauczycielki...
Wiecie jaki mam problem?
Jestem wzrokowcem. Najszybciej pochłaniam wiedzę po prostu patrząc, czytając, oglądając. Od najmłodszych lat zaczytywałam się w różnych książkach i czasopismach, dzięki czemu posiadam teraz całkiem bogaty zasób słownictwa oraz nigdy nie miałam większych problemów z ortografią czy interpunkcją. Po prostu wiem, gdzie postawić przecinek, jakie "ó" zapisać w danym wyrazie i tak dalej. To wszystko jest wyryte gdzieś głęboko w mojej pamięci i nigdy nie musiałam się nad tym jakoś specjalnie zastanawiać.
Gdzie w tym wszystkim leży mój problem, zapytacie? Ano w tym, że w dobie wszechobecnego internetu nastała dziwna moda na celowe popełnianie błędów i przekręcanie słów, mające szkalować internetowe wypowiedzi osób niewykształconych lub chorych, które pierwotnie te błędy popełniły. Najgorsze jest to, że po przejrzeniu "x" stron i komentarzy, w których zamiast "matka" napisane jest "madka" czy "spuczucia" zamiast "współczucia", mój mózg dosłownie głupieje, wręcz czuję, jak spada moje IQ. Później zaczynam mieć wątpliwości, jak dane słowo poprawnie zapisać, bo moja pamięć wzrokowa odnotowuje sprzeczne dane.
Wiem, że niektórych może bawi takie wytykanie błędów poprzez powielanie ich w dziesiątkach komentarzy, ale ja jestem dorosłą osobą i zaczynam mieć z tym problem. Pomyślcie, jaki to może mieć wpływ na korzystające z internetu dzieci, które dopiero przyswajają wiedzę o ortografii i gramatyce. Jeśli zakodują w głowie tyle niepoprawnych słów, to już przestanie być śmieszne, a stanie się tragiczne w skutkach.
Zesrałam się na rozmowie kwalifikacyjnej. Na rzadko. W majty i rajstopy...
Tak, wiem. Gówniana sprawa. Tym bardziej że nie dostałam tej pracy.
Dodaj anonimowe wyznanie