#0ZZkx

Od połowy podstawówki miałam bardzo wstydliwy problem. Jeździło mi w brzuchu i to bardzo głośno. Tyle wstydu się najadłam, bo dźwięki te brzmiały jakbym puszczała bąki. Całe gimnazjum i prawie całe liceum miałam ten problem, ale mimo to nigdy nie szłam z rodzicami do lekarza, no bo co on mi powie? Proszę obserwować dietę? Obojętnie co jadłam, lub czego nie jadłam, problem pozostawał. Nocowanie na wycieczkach szkolnych to był koszmar. Do czasu.

Pod koniec liceum, moja mama uparła się, że będzie robiła mojej młodszej siostrze śniadania rano (zwykle jedynym posiłkiem jaki razem jemy jest kolacja w wigilię, daniem dnia jest obiadokolacja, którą rodzice jedzą u siebie i często osobno, a ja i siostra w swoich pokojach). A jak robiła już śniadanie mojej siostrze, to przy okazji ja zaczęłam dostawać coś rano do przekąszenia i choć całe życie nie miałam rano apetytu, zaczęłam zmuszać się, by choć trochę przekąsić by sprawić mamie przyjemność. Moje problemy zniknęły mniej więcej. Okazało się, że niemal codziennie burczało mi w brzuchu, ale ja się przyzwyczaiłam do głodu.

#t4Gol

Historia z bardzo dawna, kiedy to byłam małą dziewczynką.

Miałam kota. I sąsiada, który tego kota z jakiegoś powodu nie lubił. (Kot wychodzący, ale sąsiad nie miał zbytnio nic, co kocię mogłoby zniszczyć). Ciągle coś tam sobie gadał o nim. Ja również nie lubiłam tego sąsiada.

Pewnego razu kot bardzo długo nie wracał. Powoli zaczęłam się o niego martwić, ale nie podejrzewałam, że sąsiad mógłby mu coś zrobić.
Jednak po kilku dniach, gdy wracałam z babcią ze spaceru, przechodząc obok piwnic innych sąsiadów, mój wtedy jeszcze dobry wzrok dostrzegł jakąś klatkę, schowaną pod jakimś kocem czy czymś. Potem ujrzałam mojego z pewnością odwodnionego kotka. Na szczęście udało mi się z babcią go wydostać i zabrać do domu.
A co z sąsiadem? No cóż, niedługo później zmarł.

#1CgyI

Jestem cebulą.

Studiuję kierunek, na którym nie wykonujemy zwykle żadnych obliczeń. Jednak na jedno kolokwium potrzebny mi był kalkulator, którego nie miałam i nie było też możliwości pożyczenia go od kogokolwiek. Wiedziałam, że nie poradzę sobie bez niego. Co zrobiłam? Poszłam do sklepu, kupiłam kalkulator. Zaraz przed kolokwium wyjęłam go z pudełka, delikatnie, tak żeby nic nie uszkodzić. Napisałam, co miałam napisać, kalkulator bardzo mi się przydał. Jeszcze tego samego dnia włożyłam go z powrotem do pudełka i oddałam do sklepu. Bez problemu został przyjęty.

Słyszałam wcześniej o ludziach, którzy kupowali ubrania na jedno wyjście, nie odcinali metek, a po imprezie zwracali do sklepu. Zawsze śmiałam się z takiego poziomu cebularstwa. Teraz nie dość, że cebula, to jeszcze hipokrytka ze mnie.

#Go8Ls

Zawsze znajomi idąc ze mną np. w centrum handlowym mówią, że ludzie się za mną oglądają, obracają.
Tak. Zwracam na siebie uwagę. Zwłaszcza moje 143 cm wzrostu. Wygląd kobiety, ale wzrost 10-latki.

Brak tolerancji wśród ludzi można zauważyć przy wielu okazjach.

Kiedyś przy kasie mała dziewczynka zapytała swojej mamy, wskazując na mnie palcem: "Mamusiu... a ta pani jest chora, że jest taka mała?". Matka zakłopotana zaczęła mnie przepraszać. Cóż, tylko się uśmiechnęłam. Żeby każdy był taki szczery jak małe dzieciaki ;-)
Innym razem chłopak, z którym ledwo wymieniłam kilka zdań, ponieważ totalnie mnie nie interesował, powiedział swojemu koledze, że nigdy by się ze mną nie umówił, ponieważ nie chciałby mieć dziewczyny o wzroście siedzącego psa.

Niestety nie mam wpływu na tak niski wzrost. Nie mam wpływu na genetykę, ale mam wpływ na swoje zachowanie i wiem, że nigdy nie będę ludzi osądzać po wyglądzie. Bo sama tak często jestem oceniana. Przykre.

#XYDOF

Wiecie co mnie wkurza? Papierosy, a konkretnie palący pracownicy.

Od lutego tego roku pracuję w ośrodku dla niepełnosprawnych. Podopieczni przyjeżdżają do nas na sześć godzin, pozostałe dwie są na wypełnienie m.in. dokumentacji.

Opiekuję się dorosłymi chorymi, często agresywnymi ludźmi. Choć praca jest ciężka i fizycznie, i intelektualnie, to najbardziej mnie wkurzają koleżanki z pracy.

Jest nas pięć i wszystkie oprócz mnie palą. Nie chodzi mi o zapach (śmierdzi) czy ich zdrowie (są dorośli), ale o czas.

Gdy ja nie wiem w co ręce włożyć i mam np. zajęcia manualne z grupą, to koleżanki powinny zwracać uwagę na bezpieczeństwo podopiecznych, bo niektórzy są agresywni, a niektórzy o umyśle dwuletniego dziecka, i nie wiadomo co strzeli im do głowy, mogą zrobić krzywdę sobie lub osobie obok. Powinny w teorii, bo w praktyce dziewczyny "wyskakują na dymka". Fakt, to raptem pięć minut, ale przez te pięć minut ja mam stan przedzawałowy, bo naprawdę może się coś stać.
W czasie jednego dnia dziewczyny wyskakują tak około siedem razy, czyli mają pół godziny przerwy, gdy ja w tym czasie pracuję za wszystkie.

Przełamałam się i byłam z tym u dyrektorki, ale szefowa stwierdziła, że panie pracują tu od kilkunastu lat, a ja od pół roku i robię problemy.

Jestem zatrudniona na umowę zlecenie, dopiero po sześciu miesiącach mam podpisać umowę o pracę na czas określony. Czyli jak się sprawdzę.

Dyrektorka już zapowiedziała, że umowę mam podpisać pierwszego sierpnia, a ja zamiast skakać z radości chcę odejść.
Mam już zaklepaną pracę od połowy września, a teraz możecie mnie zjechać, ale nie zamierzam nikomu nic mówić, zwyczajnie 31 lipca pójdę do pracy, a w sierpniu nie, jak nie podpiszę umowy, to do niczego nikt mnie nie zmusi, a dyrektorka niech się martwi.

#0sFdU

Moja babcia od zawsze głośno chrapie. Leki czy inne krople dawały znikome efekty. Po śmierci dziadka nie chcieliśmy, by została sama w domu, więc postanowiliśmy zabrać ją do siebie. Oczywiście na spanie z nią w jednym pokoju zostałem skazany akurat ja...

Znaleźliśmy nowy syrop (kolejny już), by jakoś to złagodzić. Kładziemy się spać. Już po chwili słyszę odgłosy godowe jelenia z drugiej strony pokoju. Mija około 15 minut, a dźwięk ucichł. Myślę sobie, że to na pewno syrop zadziałał. Zadowolony idę spać.

Okazało się, że to nie lek. Zmarła w nocy.

#l0j0d

Nie umiem sobie poradzić z tą sytuacją. Ja taka zawsze pewna siebie itp., a tu takie coś...

Jadę rano autobusem, miejsce podwójne zaraz za kierowcą, dosiada się jakiś koleś, pcha się na mnie nieznacznie, ja czytam książkę. Zaczynam się czuć niekomfortowo, on ma rozłożone nogi jak typowy facet (dosyć częste zjawisko w busie). Po jakimś czasie, gdy zaczęła mi naprawdę przeszkadzać jego noga, patrzę, a on chyba śpi i ma wyciągnięty stojący interes z rozporka! Mój mózg szybko przetwarza, że on jak się dosiadał, to coś majstrował przy rozporku, a potem położył tam plecak. Jak się zorientowałam, szybko uciekłam, jeszcze przepraszając tego zboczeńca, żeby wyjść stamtąd. Po prostu masakra.

Ciągle o tym myślę i przypomniało mi się, że już miałam podobną sytuację z tym samym kolesiem, że dosiadł się i na śpiocha, nieznacznie, ale jednak pchał się - wtedy też w pewnym momencie się przesiadłam na inne miejsce.

Boję się już na myśl, że będę wracać autobusem i znowu obojętne z kim mogę mieć taką sytuację. Chyba już nie będę siadać sama, tylko będę stać albo do kogoś się dosiadać.

#n4Ghx

Moja mama zmarła, gdy miałam niecały rok. Zupełnie jej nie pamiętam.

Mój tata zawsze zachowywał się tak, jakby wciąż z nami była. Opowiadał, co mama by zrobiła, co by powiedziała, pomyślała, czego pewnie by chciała i o czym by marzyła. W mieszkaniu nie zmienił NIC. Było dokładnie tak, jak mama je urządziła. Odświeżał jej ubrania, pryskał jej perfumami i jedną - dwie rzeczy odkładał na krzesło i wieszak, gdzie jej się zdarzało. Jedna para jej butów zawsze stała przedpokoju. Wszędzie towarzyszyło nam jej zdjęcie. Bawił się ze mną jej toaletką, szpilkami, wałkami do włosów, kiedy miałam fazę na małą modnisię. Jej ulubiona pościel była tylko dla mnie. Dzięki temu, od kiedy pamiętam, mama przy nas "była". Co prawda na Dzień Matki cmentarz, no ale... nigdy tak naprawdę nie odczułam jej nieobecności.

Gdy zaczęłam dorastać, rzeczy mamy stały się moją własnością. To ja wprowadzałam ew. zmiany w domu, wystroju, układzie mebli. Tata zawsze powtarzał, że jako córka swojej mamy jako jedyna mam prawo rządzić "babską ręką". Nigdy nie interesował się innymi kobietami, był bardzo uprzejmy, ale nic poza tym. Zresztą, tata zawsze był niezwykle miłym, dobrym człowiekiem. Wychował mnie najlepiej jak umiał, kochał z całego serca i gdy przyszła pora, wypuścił z gniazda.

Dalej żyje tak, jakby mama wyszła tylko na chwilę albo wyjechała w delegację. Ja też. Mój mąż doskonale to rozumie, jest dla mojego taty jak syn. Taki prawdziwy. Nasz syn również nie ma z tyn problemu. Wszyscy wiemy, że moja mama nie żyje fizycznie, ale wszyscy mamy wciąż poczucie, że jest z nami duchem. Nie chwali się tym nigdzie, ale laurki zawsze dla babci robi, a na pytania w stylu "czy twoja babcia..." odpowiada, że "babcia nie żyje, ale gdyby, to...". Takie samo podejście mieli jej rodzice i rodzice taty, póki żyli. Innej rodziny nie mamy.

Zapytałam kiedyś taty, dlaczego to wszystko? Odparł: ślubowałem twojej mamie wierność, uczciwość i miłość aż do śmierci. Ja przysięgałem za siebie, więc chodzi o moją śmierć, nie jej. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, ani w moim sercu, ani umyśle. Ona na mnie czeka i kiedy się spotkamy, pójdę tam jak na pierwszą randkę, ze świadomością, że zrobiłem wszystko, co miałem do zrobienia.

Mój tata zmarł dwa tygodnie temu, niespodziewanie, w nocy. Cały czas mam w głowie te słowa.
Dodaj anonimowe wyznanie