#uA6FG

Od 3 tygodni pracuję w żłobku. Od razu po licencjacie z pedagogiki znalazłam pracę w zawodzie i bardzo się z tego powodu cieszyłam, do czasu...

Pracuję z A., która pomimo mgr jest totalnym zaprzeczeniem pedagoga.
Już w pierwsze dni czułam, że chce mi ubliżyć. Wszystkie moje pomysły na zabawę z dziećmi krytykowała. Wszystko jej przeszkadzało w moim zachowaniu. Ogólnie wszystko jej przeszkadzało, a najbardziej dzieci.

Sama A. ma zachowania typu bordeline. Raz przytula dzieci, całuje, bierze na ręce, a raz krzyczy i szarpie. Zauważyłam, że najgorzej mają te, które jeszcze nie mówią, ale sporo płaczą. Potrafi posadzić je w krzesełku w kącie i one siedzą tam nawet i godzinę!

Ja za tydzień zmieniam pracę, a ona jeszcze nie wie, że mam nagrane na telefonie, jak zwraca się do dzieci. Np. "przestań wreszcie wrzeszczeć, boli mnie głowa!" albo "jak nie przestaniesz, zadzwonię do mamy, by cie nie odbierała, zostaniesz tutaj do rana".

Czemu anonimowe? Nikt jeszcze o tym nie wie. Szefowa, gdy jej zwróciłam uwagę nt. zachowania jej pracownicy, powiedziała mi tylko, że jak trochę popracuję, to zrozumiem, że dzieci wyprowadzają z równowagi.

Nagrania (głosowe) mam zamiar pokazać szefowej, gdy znajdę nową pracę, a jeśli nie zwolni A., osobiście skontaktuję się z rodzicami w celu przekazania dowodów i zasugeruję, żeby poszli z tym na policję.

#XDk6W

Wyjechałem za granicę wiele lat temu, z żoną i synem. Jakoś tak po pięcioletnim pobycie rozstaliśmy się i zostałem sam z dzieckiem, ale mniejsza o to, nie narzekam.
W tym czasie moja siostra poprosiła o to, czy może przyjechać do mnie zarobić trochę kasy - właśnie straciła pracę, miała dwójkę dzieci z facetem, który ją olał, ogólnie nieciekawie.
Mieliśmy sobie nawzajem pomagać, wspierać itd. - super sprawa, po to jest rodzina, nie?

Wprowadziła się do mnie z dziećmi i znalazła pracę niemalże od razu, byliśmy w tej samej sytuacji, te same zarobki. Ona twierdząc, że chce odłożyć jak najwięcej i wrócić do kraju nie płaciła rachunków ani czynszu, rzadko robiła zakupy, wszystkie pieniądze do skarpetki. OK, trzeba pomagać, nie pytałem o kasę.
Rok później zaczęły się problemy, straciłem pracę, był kryzys, oszczędności zero, bo wszystko płaciłem. I tu się pojawił problem. Siostra przestała być miła.
Płaciła za mnie czynsz, robiła zakupy, ale... wszystko co wydała na mnie i na moje dziecko podliczała i na koniec wystawiła mi rachunek.

Oczywiście będąc na jej łasce mieliśmy to wypominane kilka razy dziennie, plus poniżenia, wyładowywanie się na mnie itp. Stanąłem w końcu na nogi, po 6 miesiącach, wyprowadziliśmy się i zaczęliśmy sami z małym od nowa.

Siostra mnie nachodzi, pisze, grozi sądem, policją i żąda zwrotu pieniędzy, które na nas wydała. Zrujnowała mi opinię u rodziny i znajomych mówiąc, że ją okradłem.
A to co dla niej zrobiłem jak była w potrzebie nie liczy się zupełnie.

Na początku chciałem jej oddać te pieniądze dla świętego spokoju, ale zbuntowałem się i nie. Nie oddam jej ani grosza. Jeśli ma być sprawiedliwie, to niech ona też mi odda za rok mieszkania na mój koszt. Jak jej to powiedziałem, roześmiała mi się w twarz twierdząc, że JEJ SIĘ NALEŻAŁA POMOC.

Mam siostrę-madkę... Co byście ludzie zrobili, bo mnie ręce tak opadły, że mogę sznurówki na stojąco zawiązywać.

#qmjqh

Mówiąc wprost: mam czterech ojców i dwie matki oraz małą armię rodzeństwa.

Myślałam przez lata, że żyję w całkowicie typowej rodzinie. Wiecie; mama - A, tata - B i ja, ich córeczka. Tak było aż do około ósmego roku życia, gdy zostałam poinformowana, że jestem adoptowana. Jak poinformowali mnie rodzice, moja matka biologiczna - C, zostawiła mnie w szpitalu, zrzekając się praw do mnie. Nie powiem, trochę zabolał fakt, że mnie nie chciała, ale mimo tego ja chciałam poznać osobę, która mnie urodziła.

Tak więc po pięciu latach bałagań i nalegań (dzieci potrafią być przekonujące, zwłaszcza gdy wrzeszczą po nocach) rodzice wynajęli detektywa, który miał znaleźć moich biologicznych rodziców. Cóż, udało się. Okazało się, że nie porzucili mnie z własnej woli, ale pod naporem rodziców, ponieważ gdy się urodziłam, mama C miała 16 lat, podobnie jak ojciec - D. W momencie, gdy ich poznałam, byli szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci. Jakoś tak się stało, że bardzo się z nimi zżyłam, podobnie jak z rodzeństwem. Moi rodzice też ich polubili. Zaczęłam mówić do nich po imieniu.

Sielanka trwała dwa lata, aż nastąpił kryzys; rozwód rodziców. Zostałam z tatą B, ponieważ on miał stałe źródło dochodów. Przeżyłam to strasznie. Uciekałam od jednego rodzica do drugiego i do trzecich. Płakałam, nie spałam po nocach. Ale w końcu musiałam się z tym pogodzić. Mama A znalazła nowego partnera, pana E, szybko się ożenił i spłodzili syna. A ponieważ mama A chciała utrzymać ze mną kontakt, E widziałam bardzo często. Doszło do momentu, gdzie mogłam śmiało nazwać go tatą, ale przy moim układzie wolałam nazywać go po imieniu lub mówić, że jest moim ojczymem.

Co do taty A, zrobił wszystkim niespodziankę i przeprowadził… mężczyznę. Był jak spełnienie snu dziecka. Nie wiem w sumie, czy mieliśmy więź ojciec - córka, ale wiem, że nie chciałam, żeby tata A go zostawił. Zaczęłam mówić do niego "papo".

Tak więc miałam mamę i ojczyma, tatę i papę oraz Patrycję i Kamila (rodzice biologiczni).

Później jest moje rodzeństwo. Rodzice biologiczni dorobili się jeszcze dwójki dzieci, mając w sumie czwórkę. Mama drugi raz się związała (obecnego partnera jeszcze nie poznałam) i ma z nim syna, a z ojczymem ma czwórkę dzieci.

Tak więc ja - jedynaczka, która przez osiem lat był sama - mam teraz dziewiątkę rodzeństwa.

Za rok w planach ślub z moim obecnym partnerem. Miał niezłą zagwozdkę, gdy tłumaczyłam mu moje relacje. Najlepsze było, gdy na początku zapytał mnie o poznanie rodziców, a ja, niewiele myśląc, zapytałam:
- A których?

#dDIbc

Nie każdy alkoholik to potwór i zło wcielone. Nie chcę tu nikogo bronić, tylko opowiedzieć Wam moją historię, której nigdy gdzie indziej bym nie opowiedziała. Ze względu na szeroko pojętą anonimowość, jak i podejście większości ludzi. Muszę się nią jednak podzielić, bo...

Mój tata od zawsze pił. Czasami miał gorsze, czasami lepsze dni, czasami upił się na smutno, czasami na wesoło, czasami był zły na cały świat, w innych momentach "nawracał się" i przeżywał mega poważne uniesienia religijne. Czasami skrzyczał mnie i mamę, kilka razy solidnie nastraszył. Mama też była niezłym ziółkiem, osobą bardzo zachłanną i roszczeniową. Od kiedy mnie urodziła, siedziała w domu na tyłku i nawet obiadu nie chciało jej się zrobić, pranie zanosiła do mojej babci. Często chodziłam głodna i prosiłam wracającego o 20 ojca, żeby zrobił mi cokolwiek do jedzenia, bo sama nie umiałam. Tata robił mi i sobie jeść, matce też, ale od progu już otwierał piwo, wino albo wódkę. Szykował też śniadanie na zapas, próbował pomagać mi lekcjach. Nie upijał się jakoś strasznie, ale nie umiał wytrzymać bez alkoholu więcej niż kilkanaście godzin. Wychodził do pracy na 6, kończył o 20 i miał dwa kroki do pracy. Tylko tyle co spał i pracował, to nie pił.

Kiedyś pogadał ze mną na poważnie. Powiedział, że nienawidzi swojego szarego, nudnego,przepracowanego życia i alkohol to jego jedyna odskocznia, że inaczej nie umie i w sumie to już nic mu się nie chce. Matka go nie kocha i ma krótko mówiąc, w dupie. A jedynym co sprawia, że kupuje najtańsze trunki i pije na głodniaka (żeby były bardziej wydajne) i zapieprza w pracy mimo chęci skoczenia z mostu, jestem ja. Że pracuje na 1 i 3/4 etatu, często wyrabia nadgodziny nie dla matki, której ciągle mało, tylko dla mnie. Połowy pieniędzy matka nawet nie widzi i o nich nie wie. Tata odkłada to dla mnie, żebym miała na start, studia, naukę, własną firmę, cokolwiek. Żeby chlanie, praca, dom i zobowiązania rodzinne nie zeżarły i nie wypluły mnie tak jak jego.

Trochę w to nie wierzyłam. Ale na 18 urodziny dostałam od ojca prawie 100 tys. złotych. Najpierw chciałam je przeznaczyć na jego leczenie, ale odmówił. Powiedział, że nie po to tyle zapieprzał, żeby jego alkoholizm to teraz zeżarł. To moje, dla mnie i tylko dla mnie. Kop, którego wtedy dostałam, starczył mi na ciężkie studia, własną firmę, sporo przyjemności i dzięki temu mam naprawdę szczęśliwe życie. Robię co kocham, z kimś, kogo kocham, mam dosłownie wszystko czego bym chciała.

Tata zmarł niedługo po tym, jak ujrzał mój sukces. Wszyscy dookoła mieli i mają mojego ojca za najgorszą gnidę, bo pił.
Matce nie daję ani grosza, nie przepadamy za sobą, delikatnie mówiąc, od kiedy odkryła, że tata wolał odkładać kasę dla mnie i mi ją dał, niż dla niej na fryzjera, ciuchy i telezakupy-śmieci.

#hp2Ev

Jak można rozwiązać problem nic nie robiąc? Na przykład tak - mój chłopak ma przyjaciela z dzieciństwa, z którym mają mnóstwo fantastycznych wspomnień, z których potrafią się śmiać po tym, jak jeden z nich tylko wspomni słowo lub zanuci melodię. Uwielbiają sobie robić kawały. Sporo dzieciństwa i młodości przeżyli razem i OK, przyjaźń dobra rzecz. Tyle że o ile mój chłopak skończył studia, postarał się o dobrą pracę i ogólnie, można powiedzieć, jest ogarniętym człowiekiem, o tyle przyjaciel M. pozostał na etapie wesołego nastolatka bez pomysłu na życie.

Gdy się poznaliśmy z moim P., oczywiście szybko poznałam też M. Trochę mi to przeszkadzało, że praktycznie na każdą naszą randkę próbował się wkręcić, no bo przecież tak fajnie się spotykać ze znajomymi. Nie docierało do niego, że my chcieliśmy ten czas spędzać razem. Niestety był dosyć skuteczny we wkręcaniu się w nasze spotkania, pewnie też dlatego, że my obydwoje mamy miękkie serce i jakoś tam zawsze nam było szkoda, że będzie sam.

W pewnym momencie M. jakby coś ogarnął i postanowił wyjechać do siostry za granicę popracować. Te pół roku, kiedy go nie było, to dla nas był prawdziwy rozkwit naszego wspólnego życia i bliskości. Wynajęliśmy fajne mieszkanko i zamieszkaliśmy w nim. Mojemu P. poszczęściło się też w pracy i dostał propozycję przejścia na fajne stanowisko z niezłą wypłatą. No i wtedy właśnie pojawił się znów M. Niby niemający gdzie mieszkać, z resztką kasy z zagranicy, obiecał, że pomieszka troszkę i coś sobie znajdzie. Mijały tygodnie i nic.

Nadszedł dzień, kiedy P. miał pierwszy raz pracować na nowym stanowisku. Troszkę się denerwował jak będzie, ale dzielnie przygotował się psychicznie i nie tylko. Kupił sobie, wyprał i wyprasował koszule, które od tego dnia miał nosić na co dzień. Nie był do tego przyzwyczajony, ale co tam, jak trzeba, to trzeba.

Poranek zaczął się pięknie - P. w eleganckiej koszuli już ma wychodzić do pracy - a tu, na środku brzucha ma równe czarne kółko! Tak się wkurzył na M. za ten kawał, że po raz pierwszy w życiu powiedział mu, co myśli o jego ciągłym wtrącaniu się w nasze życie!. M. wyniósł się do brata, twierdząc cały czas, że to nie on. Ale kto? Ja w ogóle nie byłam rano w pokoju, z którego P. wziął czystą koszulę. Tam siedział M. i to on dzień wcześniej sobie żartował z tego, że od teraz P będzie chodzić w koszulach.

Ja wiem, że czarne równe kółko powstało, gdy P. zamykał puszkę z kawą, opierając ją na brzuchu. Domyśliłam się, że od spodu puszka była czarna, bo dzień wcześniej niechcący postawiłam ją na wystygniętym, ale jeszcze brudnym grillu.

Wyszorowałam puszkę, zatarłam ślady. Wreszcie mamy spokój!

#rjbK0

Działo się to dobre ponad 20 lat temu, miałam 5, może 6 lat. Lubiłam chodzić do kościoła i słuchać przypowieści biblijnych. W ten sposób usłyszałam o Apokalipsie - "nie znacie dnia ani godziny". Generalnie ksiądz powiedział, że koniec świata nadejdzie wtedy, kiedy nikt nie będzie się go spodziewał. Przestraszyłam się nie na żarty. Stwierdziłam więc, że uratuję całą ludzkość i będę każdego dnia mówić i rozmyślać o końcu świata - przechytrzę Pana Boga!

Rodzina niepewnie zareagowała na moje nowe zainteresowania - nie wiedzieli, czy jestem nad wiek rozwinięta, czy chora psychicznie. Niestety po tygodniu musiałam sobie dać spokój - interweniowała siła wyższa, czyli przedszkolanka, która nie potrafiła opanować rozhisteryzowanej grupy wystraszonych kilkulatków.

Ale świat istnieje nadal, więc może jakiś bohaterski dzieciak przejął ode mnie pałeczkę ;)

#9PJhB

Mój brat jest po prostu pipą. A dlaczego? Już wam mówię..
Ogólnie mam 14 lat, a mój brat ma 16. Okej, pewnie na początek zapytacie czemu tak brzydko wyrażam się o moim bracie. Jednak jego zachowanie już mnie przerasta. Można powiedzieć, że na jego wiek jest strasznie zacofany.

Jeśli rodziców nie ma w domu, nie zrobi sobie jedzenia, gdyż woli głodować, niż sobie po prostu wziąć zwykłą bułkę. Hit - kiedyś mnie poprosił, abym mu zrobiła obiad.

Brzydzi się wszystkiego i wszystkich. W jakim sensie? Jeśli zobaczy w jakimś soku coś latającego, nawet jeśli to po prosty zwykły osad, nie wypije tego. Jeśli zobaczy jakąś czarną minikropeczkę na jedzeniu, również tego nie zje.

W ogóle nie wychodzi z domu. Całymi dniami tylko przed tym komputerem w tych wszystkich grach. A gdy wyjdzie na dwór wręcz dostaje paniki, gdy widzi zwykłego owada latającego obok niego. Gdy rodzice jakkolwiek go wyciągną na spacer, to nie minie nawet 5 minut, a ten już dyszy i ma kolkę. Nawet na niczym nie umie jeździć.

Gdy chodzi o jakąś cięższą pracę fizyczną, kogo wołają? Oczywiście mnie. Bo mój kochany braciszek po minucie by się już zmęczył. Na przykład tak ostatnio było, gdy pogoda sprawiała ogromny psikusy i w pewnym momencie przez ogromny deszcz po prostu zalało nam garaż i piwnicę. Oczywiście poszłam sama z własnej woli pomóc rodzicom jakoś ogarnąć tę pracę, gdyż w trójkę będzie szybciej. A ten? Siedział na komputerze i miał wywalone. Gdy my przez 4 godziny zapieprzaliśmy i męczyliśmy się z tym błotem i wodą, to ten sobie grał z kolegami. A tydzień później, gdy znowu trochę nas zalało, a mamy nie było w domu, tata poprosił go, by nam pomógł. No to przyszedł. Na niecałe 5 minut, bo pan już kurna zmachany. A ja co mam powiedzieć? Młodsza, do tego dziewczyna, zapieprzałam, bo trzeba..

Mogłabym wymieniać mnóstwo rzeczy. Ale po prostu on zachowuję się czasem jak 6-letnie dziecko, a nie 16-latek. Przez długi czas boli mnie to, że rodzice już totalnie nie robią mi nic do jedzenia, tylko jemu. Bo przecież sobie poradzę. Oczywiście, poradzę sobie, gdyż robię to codziennie. Jednak to trochę przykre.

Można powiedzieć po prostu, że zachowuje się jak pipa... No nie ma innego słowa jak dla mnie. To naprawdę okropne, że czuję się bardziej męska od własnego brata.

#Q5m8a

Panicznie boję się tirów.

Pochodzę z małej wsi, nieopodal której jest kopalnia.
Gdy byłam w wieku szkolnym, musiałam codziennie chodzić wzdłuż drogi, która do tej kopalni prowadzi. Jezdnia jest bardzo wąska i mnóstwo na niej ostrych zakrętów. Chodnika brak. Panowie kierowcy- chyba bez mózgów - jeżdżą z taką prędkością, że jak wracaliśmy większą grupą ze szkoły, musieliśmy po prostu uciekać. Byliśmy zmuszeni skakać po rowach. Czy błoto, czy ścieki - nie było wyjścia.
Miarka się przebrała, gdy pewnego dnia jeden z tirów jadących w kolumnie po prostu nie wyrobił na zakręcie i wpadł do rowu, niedaleko miejsca, gdzie się schroniliśmy.

Anonimowe jest to, że po tym traumatycznym wydarzeniu, gdy widzieliśmy tira stojącego na zajeździe, przebijaliśmy opony...

Teraz wiem, że to było strasznie nieodpowiedzialne i narażaliśmy na niebezpieczeństwo kierowcę, ale wtedy mieliśmy w sobie tak dużo złych emocji, że nie sposób to opisać. :(

#HINiW

Byłam z chłopakiem na weselu jego znajomych. W drodze wygadał mi się, że na wieczorze kawalerskim pojawiła się panienka zorganizowana przez brata pana młodego, ale pan młody nie skorzystał z zamówionej usługi. Dla brata nie było to nic niewłaściwego - wręcz przeciwnie, opowiadał, że kilka lat wcześniej na swoim własnym kawalerskim świetnie się bawił i zdradził swoją ówczesną narzeczoną właśnie z wynajętą dziewczyną.

Nie znałam dobrze pary młodej, a brata nie widziałam nigdy wcześniej, ale poczułam do niego wielką niechęć. Podczas wesela, kiedy ustaliłam kto jest bratem pana młodego, byłam dla niego bardzo niemiła i opryskliwa, a na żonę patrzyłam ze współczuciem. Wydawali się być bardzo szczęśliwi i wpatrzeni w siebie, tym bardziej robiło mi się niedobrze na myśl, że ta zakłamana łajza miała czelność zrobić coś takiego. Walczyłam ze sobą, czy nie powiedzieć dziewczynie o tym czego się dowiedziałam, ale wiedziałam, że nie mam prawa niszczyć komuś życia i burzyć spokoju.

Trzy drinki później stwierdziłam, że jednak jak najbardziej mam prawo i muszę ją uświadomić, a ona powinna kopnąć łajzę w niewierne dupsko. Wzięłam ją na rozmowę, przekonana, że postępuję słusznie i nie przejmując się tym jakie będą konsekwencje. Gdybym nie wypiła za dużo, pewnie bym się na to nie zdecydowała, a jeśli już, to na pewno nie podczas wesela, ale wtedy wyłączyło mi się logiczne myślenie. Rozmawiałyśmy paląc papierosa i zanim zdążyłam wypalić, że facet zdradził ją z prostytutką na swoim kawalerskim, powiedziała, że wrócili niedawno z mężem na stałe do Polski. Coś kliknęło w moim móżdżku i przypomniałam sobie, że brat pana młodego mieszka w naszym mieście i nie wrócił do kraju z zagranicy.

Okazało się, że pomyliłam pary, dziewczyna, z którą rozmawiałam była żoną kuzyna pana młodego, a nie jego brata. Gdybym nie zastanowiła się w porę, niewinny chłop musiałby tłumaczyć się ze zdrady na wieczorze kawalerskim.

Nie wspomniałam chłopakowi o swoim pijackim planie, ale na myśl, co mogłoby się wydarzyć gdybym doprowadziła go do końca, czuję się zażenowana.
Dodaj anonimowe wyznanie