#phFBI

Mam młodszą siostrę, pochodzimy z normalnej, niewyróżniającej się rodziny. Karolina dwa miesiące temu obchodziła swoje szesnaste urodziny. Poza rodzicami, mną i dwoma kotami, świętowało ten dzień jeszcze jej dziecko.

Karolina w ciążę zaszła przypadkowo, bo nie zabezpieczyli się z jej byłym chłopakiem. Dzieciak obecnie ma pięć miesięcy, a jego ojciec się ulotnił. Rodzice umówili się z rodziną chłopaka, że tamci będą miesięcznie dawać małe pieniądze na pomoc w utrzymaniu dziecka. Sprawa rozeszła się pokojowo, moi rodzice choć źli na Karolinę - przejęli tę rozsądną postawę. Nie było sądu, a młody ojciec nie zamierza utrzymywać kontaktu z potomkiem, na co zresztą przystają jego rodzice.

Aby nikt nie spoglądał na nas dziwnie, nie wyzywał od patologii - najwięcej czasu na zewnątrz, spędzam z dzieckiem ja. Mam ponad dwadzieścia lat na karku, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Chodzę na spacery przed pracą, po pracy, wieczorami. Można by powiedzieć, niańczę to dziecko i przedstawiam je jako swoje - jeśli już ktoś zapyta. Wszyscy bliscy znajomi mają świadomość, że nie mam dzieci, ale ci dalsi są w przekonaniu, że dziecko Karoliny jest moje.

Nikt nie wie, poza bliskimi, że ten brzdąc jest Karoliny. Podczas wysokiego zaciążenia nie chodziła do szkoły. Miała załatwione douczanie - i tylko jej wychowawczyni, z tego obcego grona, wiedziała dlaczego. I pomogła nam w utrzymaniu tajemnicy oraz sama przychodziła z materiałami od innych nauczycieli, za co jesteśmy wdzięczni.

W domu zajmujemy się dzieckiem na zmianę. Trochę rodzice, trochę jeszcze ja, a po zrobionych zadaniach i nauczeniu się na sprawdziany - za tę robotę bierze się Karolina. Niechętnie bierze odpowiedzialność za swoje dziecko, brzydzi się zmieniać pieluchy i ma problem z myciem maleństwa. Nie chce się nawet bawić razem z dzieckiem. Jednak podczas jej pory, kiedy ma już wszystko zrobione do szkoły - nasza pomoc się kończy. Nie słuchamy jej jęków, nie przychodzimy nawet, kiedy płacze - bo ona nie da sobie rady z dzieckiem.

Karolina często wciska mi to dziecko, bo twierdzi, że go nie chce. Ile to razy były kłótnie, walenie pięściami o ściany i drapanie siebie do krwi - bo ona ma już dość tego dziecka, bo ona chce jechać na zakupy albo cokolwiek.

Boli mnie serce, kiedy odpycham malucha w ręce zdesperowanej nastolatki. To nie jest lalka bez uczuć. Jednak wiem, że kiedy ulegnę, młodziak zacznie mówić na mnie mama. Nie wiem, jak to dalej się potoczy. Boję się, że Karolina zacznie bić to dziecko albo robić mu coś złego, byle tylko się go zrzec.

#r3Can

Do naszego mieszkania jest przypisana komórka lokatorska. Ogólnie trzymamy tam rzeczy, których nikt już nie używa od dawna, a które żal wyrzucić, generalnie graciarnia. Żeby do niej dotrzeć trzeba wyjść z mieszkania i zejść schodami w dół, na półpiętro. Tam znajdują się zamknięte na 20 kłódek drzwi (bo się włamywali), które strzegą tych różnistych dupereli, a tuż obok zsyp.

I tak jednego dnia zadzwonił do mniej wujek, czy pamiętam, jak mój mąż kiedyś tam pożyczał zestaw wihajstrów, bo teraz mu potrzebny. Przeprosiłam za męża, że zapomniał i rozpoczęłam poszukiwania. Po kilkunastu minutach pogodziłam się z faktem, że wihajstry pewnie są w komórce i ruszyłam na półpiętro z zatkanym nosem, bo zsyp od dawna wydzielał dość ostry zapach.

Otwieram jedną kłódkę, drugą, pancerne drzwi i... nagle uderzyła we mnie chmura smrodu. O matko, co to był za gaz, zgniłe jajka, jakaś siarka, no normalnie jakbym otworzyła bramy piekieł... Z trudem otworzyłam oczy, żeby zlokalizować tę bombę biologiczną i na taborecie ujrzałam coś zielono-żółto-szarego, jakiegoś ogromnego grzyba, zaczątki nowej cywilizacji. W komórce jest dość sucho, więc aż dziwne, że udało mi się tam wyhodować coś tak imponującego. Uznałam, że do takiej walki będzie mi potrzebny mąż, więc zaraz jak wrócił z pracy sprowadziłam go do miejsca zarazy.

Powiedział tylko dwa słowa: "Ja pi***olę!''.
No i okazało się, że grzyb nie rozwinął się na taborecie, ale na patelni. Na tak zwanej "namoczonej patelni". Wyobraźcie sobie tą skalę lenistwa (?) - pewnego dnia mój mąż rozpoczął proces "mycia patelni" (tzn. zalał ją wodą) - a po kolejnych dwóch dniach poinformowałam, że nie chce tej patelni widzieć koło zlewu jak wrócę z pracy. I nie zobaczyłam. Ale mąż, zamiast ją umyć, wolał z nią wyjść z mieszkania, zejść po schodach, i włożyć do komórki, żeby tam czekała bez moich wymówek, aż zechce mu się zeskrobać przypaloną jajecznicę.

#8uQzw

Dla ludzi, którym nauka w szkole zbyt dobrze nie idzie.

Mam 21 lat, w moim życiu wiele było zwrotów akcji i popełnionych błędów, przez co odbiło się to na mojej chęci nauki w szkole. Wagarowałem, przechodziłem z klasy do klasy o włos. Nigdy nie mogłem się zmobilizować, aby skończyć szkołę, poza tym jarałem nałogowo zielsko i mnie ono dodatkowo rozleniwiło. Skończyłem gimnazjum i chciałem się uczyć, poszedłem do technikum, lecz po 2 latach je rzuciłem na rzecz zawodówki. Zawodówkę też rzuciłem, bo stwierdziłem, że moje ambicje są większe niż być chudzielcem zakapiorem elektrykiem.

Miałem lat 18 i przydałoby się już iść do roboty (od 16 roku życia sezonowo pracowałem w budowlance), no i tak się potoczyło, że poszedłem pracować na budowie. Urzekła mnie ta praca, nigdy nie robiłem jej tylko dla pieniędzy, ale też dla zbierania wiedzy, fascynowało mnie to, byłem ciekawy i z każdym dniem zdobywałem nowe doświadczenie, z którego byłem zadowolony. Początkowo starzy fachowcy pracujący ponad 20 lat w branży zaczęli być dla mnie kopalnią wiedzy, ale w tym momencie to ja ich uczę roboty, ponieważ ich ambicje się już skończyły i nie gromadzą nowej wiedzy. Potrafię po pracy usiąść na telefonie i czytać o tym, co w danym dniu robiłem, poszerzać na ten temat wiedzę, sprawdzać nowe technologie, nowe narzędzia. Zawsze pracuję dokładnie, chociażbym robił cały dzień coś, co można zrobić w 3h, chcę to po prostu zrobić perfekcyjnie (a nie zawsze wychodzi). Potem po prostu "zagęszczam swoje perfekcyjne ruchy" i tak właśnie zaczynam robić dobrą jakość coraz szybciej.

Od niedawna wiem, że budowlanka to mój zawód, w którym się dorobię, nie mógłbym 10 lat siedzieć przy 1 maszynie za marną stawkę, a w budowlance cały czas jesteś gdzie indziej, robisz co innego, i między innymi też zwiedzasz i nie nudzi się. Zacząłem czytać o prowadzeniu firmy stricte pod kątem relacji pracownik-szef i pozwolenia ambitnej osobie wykorzystać w niej swój pełny potencjał.
Pracownik teraz to już nie ten sam pracownik, co 20 lat temu. Dba się o niego w budowlance bardziej niż w niejednym biurze.

Aktualnie jestem w Anglii i pracuję w swoim fachu, do niedawna moje zarobki w Polsce wynosiły 8-11 tysięcy na czysto. Aktualnie miesięcznie w Anglii zarabiam około 24 tysiące, mam otwartą 1-osobową firmę i prosperuję bardzo dobrze, dogaduję się z szefostwem.

Piszę to tutaj dla was, abyście wiedzieli, że pomimo tego, że nie idzie wam w szkole, to jeśli załapiecie bakcyla do pracy i będziecie się jej uczyć rzetelnie, niezależnie od rodzaju pracy, to osiągnięcie bardzo dużo i nikt was nie będzie miał za debili, a wręcz przeciwnie - każdy będzie chciał, abyście u niego pracowali.

#kPlkf

Miałam, przynajmniej tak mi się wydawało, przyjaciela (dla ułatwienia nazwijmy go Adam). Ba! Ta przyjaźń miała realną szansę przerodzić się w związek. Nie przerodziła się tylko z powodu mojej nieporadności w relacjach damsko-męskich, choć Adam mocno się starał.

Adam był starszy, niby niedużo, bo raptem kilka lat, ale kiedy on stawiał pierwsze kroki w "dorosłym" życiu (studia, pierwsza praca itd.), ja dopiero kończyłam szkołę średnią, więc mentalnie byliśmy na różnych etapach. Imponowało mi, że mam takiego dorosłego prawie-chłopaka, który poświęca mi swój cenny czas i pomaga z moimi "błahymi" problemami.

Zawsze ciężko mi się żyło w małym miasteczku, a moim największym marzeniem było życie w dużym mieście. Chciałam wyjechać po skończeniu szkoły średniej i kontynuować naukę w wymarzonym "wielkim mieście", ale Adam gorąco mi to odradzał. Bo rzekomo jako jedynaczka nie nadaję się do mieszkania z kimś, wynajęcie mieszkania to za duże koszta, a uczyć się i jednocześnie pracować to będzie dla mnie za ciężko... Wtedy te argumenty wydawały mi się bardzo sensowne, wręcz nie do podważenia, więc ostatecznie zostałam i - z braku laku - poszłam na kursy zawodowe.

Ale wciąż było mi źle. Adam się rozwijał, miał super pracę, dostał w spadku mieszkanie, które remontował. A ja miałam dwadzieścia jeden lat i byłam niezadowolona ze swojego życia. W końcu postanowiłam, że jednak pójdę na studia tak jak początkowo chciałam i wyprowadzę się tak jak chciałam.

Adam namiętnie mi wszystko odradzał. Bo studia są w tych czasach zbędne, liczą się umiejętności i doświadczenie, kierunki artystyczne to strata czasu i lepiej zająć się robieniem niż studiowaniem, które niczego mi nie da, nie nadaję się do mieszkania ze współlokatorem, a na mieszkanie w pojedynkę mnie nie stać, to są ogromne koszty, z których nie zdaję sobie sprawy, trzeba samemu prać, sprzątać i gotować, po co się wyprowadzać skoro można dojeżdżać na uczelnię, a w ogóle to duże miasta są "fuj" i lepiej mieszkać na przedmieściach...

Złożyłam papiery "na próbę", dostałam się, ale w swojej bezdennej głupocie byłam gotowa zrezygnować, bo przecież Adam ma większe doświadczenie życiowe i wie lepiej. Poza tym bardzo dobrze zarabiał i przy nim mogłabym być tzw. "panią domu", dorabiającą sobie dla przyjemności robótkami ręcznymi.

Na studia ostatecznie poszłam przez zupełny przypadek i zbieg okoliczności.

Dzisiaj żyję tak jak zawsze chciałam. Ale jest jedno "ale". Adam zerwał ze mną wszelkie kontakty. Nie wiem co bardziej mnie dobija: to, że straciłam wieloletniego przyjaciela (oraz potencjalny związek), to, że ktoś tak bliski celowo próbował mnie unieszczęśliwić byleby tylko zatrzymać mnie przy sobie, czy może to, że byłam tak głupia, że prawie sama na to pozwoliłam kosztem pasji, ambicji i niezależności.

#5IPyy

Odkąd zatrudniłam się w obecnym miejscu pracy, bardzo bawi mnie jeden fakt. A mianowicie dodawanie przed nazwiskiem mgr inż. W szczególności, swoim stopniem naukowym chwalą się panowie, którym zupełnie brak kultury. Podczas śniadania bekają, zostawiają po sobie resztki jedzenia, które jest dosłownie wszędzie. W lodówce jest masa pojemników z zapleśniałym żarciem, którego Pan inżynier nie wyrzuci, bo się brzydzi i ma to zrobić Pani sprzątająca.

Toalety, wybaczcie dosłowność, są całe zasrane. Żaden nie użyje po sobie szczotki do kibla, a tym bardziej odświeżacza.

Nasz dział ma małą tradycję - w dniu urodzin częstuje się ciastem. W tym dniu pod żadnym pozorem nie wolno zostawiać ciasta samego. Raz praktykantka przyniosła tort, zostawiła go we wspólnej kuchni i wyszła do toalety. Panowie z działu technicznego w 5 minut rozpracowali cały tort, a wrzask kierowniczki było słuchać na całym zakładzie.
Czasami wydaje mi się, że kultura nie idzie parze z wykształceniem.

#E5LbO

Nie lubię uśmiechać się na zdjęciach. Jak jednak próbuję się uśmiechnąć, nigdy mi to nie wychodzi i zawsze ten uśmiech wygląda na sztuczny.

Znalazłem jednak na to sposób. Ot, takiego małego prywatnego lifehacka. Kiedy uśmiecham się do zdjęcia, zaczynam myśleć o tym jak mucha wpadła mi do skanera i zeskanowała się wraz z dokumentem. Działa za każdym razem.

#w1KGd

Cześć, mam 15 lat i dość nietypowy "nawyk".

Gdy jestem sama w domu, zdejmuję z siebie ubranie i zakładam pieluchę (taką dla dorosłych). Myślę, że po prostu jest mi przyjemnie gdy sikam, a pielucha rośnie i robi się ciepła, zwłaszcza gdy siedzę i czytam książkę lub oglądam jakiś film. Często też ssę smoczek, ale to raczej dlatego, że wolę ssać, niż obgryzać skórki przy paznokciach.

Pieluchy mam schowane głęboko w szafce pod podpaskami, gdzie nikt nigdy nie zagląda, bo i tak wszyscy wiedzą, że nie ma po co. To taki mój sekret, o którym nikt nie wie, a którego w sumie trochę się wstydzę.

#GSgMP

Jestem facetem po trzydziestce w 7-letnim związku małżeńskim, mam dziecko (8-letnie - no tak wyszło), który miał specyficzne... hobby? Gdy nie było nikogo w domu, to wyciągałem swoje sekretne schowki, w których były... moje damskie ubrania. Wiecie - sukienki, szorty, staniki, buty, topy krótkie, topy długie, stringi itd.

Doszło do tego, że zaczęło mi brakować skrytek na to wszystko - jak tylko wszyscy wyszli na wystarczająco długo, nie mogłem się powstrzymać przed przebraniem się za "sekretarkę", "dziewczynę z sąsiedztwa" lub "klubową suczkę", jak nazywałem różne kombinacje ubrań. Potem szła pornografia, a w nocy także sekretna playlista "klubowa", na której miałem same taneczne, klubowe i discopolowe utwory, do której po założeniu słuchawek bezprzewodowych tańczyłem tak, jak dziewczyny, które widywałem na teledyskach.

Miałem chyba z 10 różnych par pończoch, rajtuz, 6 bluzek, 3 topy, 2 sukienki, długie spodnie, 4 spódniczki mini i 1 długą, białą i niebieską koszulę, krawat, w sumie około 9 par butów - długie kozaki, szpilki, buty striptizerki, klubowe jazzówki, botki na słupkach, półbuty na dużym (ale nie wysokim) obcasie i kilka innych...

Dość szybko przestałem kontrolować zakupy, znałem wszystkie sklepy internetowe, marki i nazwy poszczególnych rodzajów odzieży. Wyszukiwałem po promocjach i zamawiałem zawsze do paczkomatów (tylko w jednym przypadku nie było takiej opcji, więc po prostu maniakalnie sprawdzałem skrzynkę i każde awizo, a ponieważ ogólnie nigdy nie otwieramy nie swojej poczty, to było to ostatecznie drobne w moim odczuciu ryzyko).

Rok temu w lato żona pojechała z dzieckiem na kolonie (w roli opiekunki) i zostałem sam na dwa tygodnie. Wziąłem wolne i szalałem - przebierałem się, piłem, tańczyłem wieczorami, używałem filmów dla dorosłych w gigabajtach... Ostatniego dnia "wolności", gdy miałem już wszystko poprane, zebrane po suszeniu i gotowe do schowania... po nocy picia i tańca miałem kaca moralnego i nie mogłem patrzeć w lustro - w jednej chwili korzystając z tego uczucia posortowałem wszystko na rzeczy niezniszczone, widocznie używane i uszkodzone - popakowałem w torby i wrzuciłem wszystko do osiedlowej skrzynki zbiórki odzieży (kiedyś należały do PCK).

Wcześniej nie wiedziałem, jak się z tego wyplątać, stresowało mnie, że ktoś przypadkiem odnajdzie moje "skarby" i przy każdej próbie pozbycia się ich kończyło się na przełożeniu ich w inne miejsce i zawalenie większą ilością innych rzeczy, by lepiej je ukryć.

A to przyszło mi tak łatwo... Byłem zaskoczony, myślałem, że będę żałować, że zaraz wydam 1000 na kolejne ciuszki - nie. Po prostu zrzuciłem brzemię. Poczułem się odrobinę lepiej, ale euforii czy rozpaczy nie było. I nie pojawiła się więcej.
Od teraz, gdy "mam ochotę", po prostu wyrobiłem sobie nawyk czytania książek, więc rada dla innych - nie ma co - zróbcie to, co słuszne. I już ;)

#3eXVC

W podstawówce byłam cicha, wycofana i samotna. Nie miałam koleżanek. Kiedy poszłam do gimnazjum, to postanowiłam to za wszelką cenę zmienić. Stwierdziłam, że muszę się otworzyć na ludzi i zdobyć chociaż jedną koleżankę.
Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić.

Upatrzyłam sobie dziewczynę z mojej klasy - Ilonę. Wydawała się bardzo sympatyczna więc chciałam się z nią zakolegować, a może nawet z czasem zaprzyjaźnić. Nie wiedziałam tylko jak do niej zagadać. Mogłam zapytać o lekcje, pracę domową, nauczycieli czy cokolwiek właściwie. Jasne, że tak, ale z jakiegoś powodu stwierdziłam, że to by było zbyt nudne i oczywiste. Chciałam zacząć rozmowę od czegoś w jakiś sposób wyjątkowego. Nie wiem dlaczego. Myślę, że chciałam się jakoś wyróżnić i być lepiej zapamiętaną.

Kiedy któregoś dnia wszyscy wychodziliśmy już do domu to zauważyłam, że Ilona wyjmuje z plecaka płytę. Włożyła ją do discmana (to były początki gimnazjów w Polsce - po reformie - więc wtedy używało się takich cudów techniki), nałożyła słuchawki na uszy i wyszła ze szkoły. Udało mi się dostrzec nazwę zespołu i pomyślałam, że to moja szansa.

Po południu poszłam do kafejki internetowej (nie miałam wtedy jeszcze internetu w domu) i przeczytałam wszystko co znalazłam na temat tego zespołu. Przesłuchałam też sporo ich piosenek. Następnego dnia postanowiłam zagadać do Ilony. Na temat tego zespołu oczywiście. Ich piosenki nie były złe, ale tak średnio przypadły mi do gustu. Mimo to udawałam, że też bardzo ich lubię i zaczęłam o tym rozmawiać z Iloną. Bardzo się ucieszyła. Była naprawdę ich wielką fanką. Opowiedziała mi jeszcze sporo rzeczy, których na ich temat nie wiedziałam. No i tak się zaczęło. Potem rozmawiałyśmy również na inne tematy i świetnie się dogadywałyśmy.
Udało się! Zdobyłam koleżankę. Posłużyłam się do tego kłamstwem, ale nie miałam wyrzutów sumienia. Byłam szczęśliwa, że plan się powiódł.

Całe gimnazjum trzymałyśmy się razem i słuchałyśmy tego zespołu. Nawet nie zauważyłam kiedy naprawdę zaczęłam ich lubić i słuchać dla przyjemności. Ilona zawsze mówiła o nich z taką pasją, że mnie nią zaraziła.

Przyjaźń z Iloną nie wytrzymała niestety próby czasu. Rozjechałyśmy się po świecie i nie mamy już kontaktu. Nie żałuję jednak tamtego kłamstwa, bo dzięki temu poznałam świetną osobę i zobaczyłam, że da się!

Teraz w dorosłym życiu zdecydowanie nie jestem duszą towarzystwa, ALE łatwej jest mi się otwierać na innych i zawierać nowe znajomości.
No i nadal słucham tego zespołu! Jestem fanką i chyba zawsze już będę. Uwielbiam ich, byłam na kilku koncertach i zawsze wychodziłam zachwycona. Kto by pomyślał. Ciekawa jestem, czy Ilona nadal ich słucha? Tego się chyba niestety już nie dowiem.

Gdyby ktoś był ciekawy jaki to zespół - to polski zespół Wilki.

#vsqoa

Moja przyjaciółka zmarła w wieku 45 lat.

Poznałyśmy się w zerówce. Od zawsze była szogunem, wszędzie jej było na pełno. Robiła wszystkie niebezpieczne rzeczy, cechowała się ekscentryczną postawą do życia, egoizmem wobec ludzi, których nie lubiła. Miała wielkie pokłady dystansu do życia i samej siebie. Nie przestrzegała stosownych norm i konwenansów. Nie istniało dla niej pojęcie "śmierć". Od małego skakała po najwyższych drzewach, murach, zawalających się budynkach. Włamywała się na posesję, wypływała na środek jeziora i wracała, jeździła rowerem pod prąd na mało widocznych zakrętach. Strzelała z wiatrówki do ptaków i znaków drogowych. Uciekała ze szkoły wyskakując przez okna.

Gdy zdała prawo jazdy, jeździła 130 km/h, ludzie umierali wokół niej w wypadkach drogowych, a jej to nie ruszało. Jej rodzice byli dosyć surowi, nie pozwalali jej wychodzić wszędzie tam gdzie chciała. Na niej to nie robiło wrażenia, choć czasem dostawała "wpierdziel". Normalnie uciekała w nocy przez okno i wracała późno. Nie bała się niczego oprócz dzików na polu.

Na studia poszła do szkoły wojskowej i po długim czasie wyjechała na swoją pierwszą misję do Afganistanu. Wszyscy ją prosiliśmy, żeby tego nie robiła, bo tam śmierć chodzi za człowiekiem krok w krok. Lecz ona powtarzała nam "nie tym razem, wrócę do domu". Zawsze wracała, cała i zdrowa, nawet głupiej ręki nie złamała nigdy. PTSD trzymało ją dwa tygodnie, a potem znów wracała do normy. Całe jej życie było jakby z góry zaplanowane, wiedziała co robić, co mówić. Z kim się kolegować, a z kim nie. Ceniła swój czas, jeśli się nie było jej przyjacielem, to trudno było z nią gdzieś wyjść. Dziewczyna obok niej mogła skręcić kostkę na prostej drodze, a ona biła się z chłopakami na imprezach i krzyczała jak to fajnie jest być rzucaną o ziemię na plecy. Nikt nie widział nigdy takiej lekkości bytu. Cała ona wydawała się być jakaś magiczna i wszystko czego się dotknęła nagle stawało się magiczne. Miała dwa psy, każdy żył 16 lat, ten drugi uciekł w dniu jej śmierci i nikt go więcej nie widział. Miała trzy koty, które wydawały się mieć jej duszę, patrzyły jej oczami, jej sercem, ginęły w dziwnych okolicznościach. Żaden nie dożył nawet jednego roku.

Pewnego dnia przyszła do nas i powiedziała "chyba umieram". Poszła, zrobiła badania, nowotwór. Zapytałam się jej skąd wiedziała, że nic się jej nie stanie (w kółko to powtarzała), odpowiedziała, że tak czuła, od Boga. Była wierząca, ale powtarzała również, że nie wie, czy Bóg istnieje, po prostu w to wierzy, bo wiara pomaga żyć. Mimo jej szaleństwa, ciemnej duszy, kochała mocniej niż ktokolwiek inny, zawsze pomagała tym, których kochała, a każdy przy niej czuł się bezpieczny, chroniony dziwną mocą. W dniu śmierci powiedziała "to dziś".

Przychodzi do nas kot, odwiedza każdego, kogo kochała.
Dodaj anonimowe wyznanie