#06xCa
Dla jasności - jestem wierzący, ale czegoś takiego nie uznaję. Z drugiej strony ksiądz chyba nie robi sobie żartów ze spowiedzi, przecież to poważny człowiek.
Jestem w kropce.
#9QUSH
Mam 27 lat, cudowną narzeczoną, którą bardzo kocham, niestety obydwoje nie mamy rodziców. Ona dorastała w domu dziecka, a moi zmarli młodo.
Oszczędzaliśmy każdą złotówkę przez ostatnie lata, by zrobić choć skromne wesele - marzenie mojej wybranki.
Kupiliśmy sukienkę, wybraliśmy nie za drogi lokal. Zaproszenia, podziękowania dla gości, dekoracje zrobiliśmy sami, ona ma zdolności plastyczne.
I choć staraliśmy się wybierać najtańsze rzeczy, to przez to, że miałem poważnie złamaną nogę i nie chodziłem do pracy przez 10 tygodni (zlecenie), zabrakło nam pieniędzy. Został niecały tydzień, a mój garnitur wciąż nie odebrany, auto niezatankowane, nieodebrane także napoje na wesele, nie będziemy w stanie odebrać też tortu. Zaliczki zapewne przepadną.
Szukając pomysłu, jak zarobić te pieniądze, tak by chociaż starczyło na styk, wpadłem na ogłoszenie o przewozie aut na Ukrainę. Nie wiem, czy to bezpieczne, na pewno mało rozsądne... wydaje mi się, że to już jedyna opcja, bo niestety pożyczki odmówił nawet pożyczkodawca ze złodziejskim procentem, na P. I drugi z nazwą ptaka uważanego za symbol płodności...
Mam nadzieję, że do wtorku uda mi się coś wymyślić innego, a jak nie, to że wrócę z obiema nerkami. Że wrócę...
#XTHJw
Wieczorem, gdy poszedł spać, wysmarowałam mu wycieraczkę najlepszą mazią jakąkolwiek udało mi stworzyć. Chłop wdepnął w pułapkę. A klął tak, że z pewnością słyszeli go w pobliskich wsiach. Niczego nie żałuję.
#7Ltef
Jestem bezpłodna. Przez to przestałam patrzeć na siebie jak na normalną kobietę. Przeżywam swój własny osobisty kryzys. Zgubiłam swoją osobowość. Nie chcę zrozumienia od nikogo, bo nie potrzebuję pocieszenia w stylu "nie martw się, będzie dobrze", kiedy ja sama nie potrafię zrozumieć siebie. Jest mi po prostu źle, ale czuję, że mam do tego prawo, bo odebrano mi ważną część życia. Czuję się niepełnowartościowa w każdym tego słowa znaczeniu. Część mnie jest po prostu upośledzona, chora, zła. Patrzę w lustro i przestaję widzieć tę kobietę, którą byłam. Czuję, że zajmie mi to sporo czasu, żeby jakoś to przetrawić i się z tym pogodzić...
Dlaczego akurat ja? Może ma to jakiś wyższy cel? A może los się ze mną bezczelnie bawi? Nie wiem. Wiem tylko, że to boli i odebrało mi to moją kobiecość, poczucie własnej wartości. Wiem, że zazdrość jest zła, ale pierwszy raz w życiu czuję zazdrość wobec kobiet, które są "normalne", zazdroszczę im tego szczęścia, kiedy nawet przez przypadek odkryją, że są w ciąży. Ja nigdy nie będę. Nie doświadczę tego, co powinno być w 100% naturalne. Chciałabym umieć pocieszyć wszystkie kobiety, które są w podobnej sytuacji, ale nie ma takich słów... Bezpłodność zrozumie tylko osoba, która na nią cierpi. Żadne słowa nie są w stanie pocieszyć w takiej sytuacji. To taki ból gdzieś w głębi duszy, który ciągle tam jest i nigdy nie znika. Można go zagłuszyć, ale on wciąż tam jest i odzywa się w najmniej oczekiwanych momentach... Piszę to, bo może gdzieś tam jest ktoś kto czuje to samo co ja. Wylewanie bólu na papier działa jak terapia.
#gKt78
Zaczynając od początku: większość moich rówieśników już od dawna ma prawko. Ja niestety dopiero teraz się uczę. Wiadomo, że nikt na początku nie jest idealny, ale ja od roku stoję w miejscu. Nie umiem dobrze, czy jestem na środku ulicy, czy skręcając nie zahaczę o inne auto, czy to auto przede mną jest daleko/blisko. Tak jakby coś było nie tak z moją perspektywą. Ciężko to wytłumaczyć.
W szkółce dostałam tylko 6 godzin praktyki z instruktorem. Mieszkam za granicą i często słyszę jak banalna tu jazda autem jest, że w mam dobrze, że nie muszę jeździć na biegach, co jeszcze bardziej sprawia, że czuję się jak jakaś upośledzona. Rok regularnych praktyk, a ja nadal mam problem ze skręcaniem (!).
Mam wrażenie, że przystępowanie do egzaminu jest w moim przypadku bez sensu. Wstyd mi się przyznać komukolwiek o tym.
#gITrQ
Gdy skończyłam 18 lat, wyszłam za mąż za największego faceta jakiego udało mi się znaleźć. Kochałam Marka, ale to, że od dziecka uprawiał sport, ćwiczył na siłowni i potrafił się bić było też sporym atutem. Gdy Marek się do nas wprowadził po ślubie, poczułam się w domu bezpiecznie jak nigdy dotąd.
Pamiętam jak ojciec wrócił kiedyś o 4 nad ranem z libacji i postanowił usmażyć sobie kaczkę. Mój Marek, jako człowiek spokojny, uszanował to. Potem jednak mój ojciec zobaczył mamę, która leżała nerwowa w łóżku i znowu zadziałała na niego jak płachta na byka. Z opowiadań mamy wiem, że najpierw zaczął ją bić pięściami po twarzy, a potem dusić. Mój Marek wiedział jakim człowiekiem jest mój ojciec, ale nigdy nie przeżył takiej akcji na żywo. Doskoczył do mojego ojca, wziął go za szmaty i wyrzucił z półpiętra na klatce schodowej. Ojciec wtedy złamał nogę, a moja mama, wiedząc, że ma poniekąd swojego obrońcę, wzięła rozwód.
Ojciec się wyprowadził, a ja z nim nie miałam kontaktu przez niemal 20 lat. Po tym czasie odezwał się. Liczyłam na jakieś pojednanie, bo pomimo tego, że był okropnym człowiekiem, był także moim ojcem. Chciałam tylko wiedzieć co u niego. Podczas odwiedzin wyglądał jak wrak człowieka, chudy, niedożywiony wręcz, bez jednej nogi (tej niegdyś złamanej), ponieważ wdało się zakażenie. Obraz nędzy i rozpaczy. Źle mi z tym do dzisiaj, że tak pomyślałam, ale uznałam, że taki koniec mu się należy. Samotny.
Po tej wizycie ojciec częściej się odzywał. Robiłam mu zakupy, pomogłam z papierami, z rentą. Uznałam, że tyle mu się należy za więzy krwi. W Wigilię zadzwonił do mnie i bez życzeń, bez niczego, zaczął krzyczeć, że jestem głupia jak moja matka i nawet renty mu nie potrafię załatwić i co on teraz ma zrobić. Może niezbyt elokwentnie odpowiedziałam "gówno" i odcięłam kontakt całkowicie.
Czasami zastanawiam się, czy jeszcze żyje i jak żyje, ale potem przypominam sobie, że o takiego człowieka nie warto dbać. Czasami nadchodzą mnie wyrzuty sumienia, ale mąż i mama skutecznie przypominają mi, że nie warto się gnębić. Jednak pomimo tych przykrych doświadczeń, ja nadal się zastanawiam co u niego. Z czystej ciekawości, jak skończył człowiek, który mnie spłodził. Boję się jednak jechać do niego. Obawiam się, że źle skończył, a mnie znowu wezmą wyrzuty sumienia i dam się omotać.
#UBRCw
Mam w pracy co najmniej trzy przedstawicielki tego gatunku, w tym jedną miałam w moim zespole. Problem jest może mniejszy, gdy dziewczyna jest naprawdę gruba bądź ma jakieś problemy. Ale tak nie jest. Ona po prostu korzysta z każdej okazji, by usłyszeć: "Hej, wyglądasz pięknie, co ty mówisz?". Ale to jej nie wystarcza. Kupiłaś nową sukienkę i koleżanki cię chwalą? Och, ona też powie, że wyglądasz pięknie, ale na pewno doda, że ona sama wyglądałaby w tym jak rolada, i smutno spuści oczy, czekając na komplementy. Będzie jeść paluszki, którymi ją częstujesz, ale na pewno doda, że potem znów będzie musiała iść na dietę, bo już się nie mieści w spodnie.
W naszym zespole była kiedyś taka Daga. Mieliśmy jej trochę dość. Szczupła i pewna siebie, ale też zawsze łasa na komplementy. Na początku myśleliśmy, że ma poważny problem z kompleksami, ale później okazało się, że to kompletnie nie ten typ osoby. Kiedy setny raz powiedziała, że jest gruba, postanowiliśmy jej pomóc i udawać, że naprawdę tak myślimy. I podrzuciliśmy jej ulotki o diecie pudełkowej i programach "schudnij 20 kg w 1 tydzień" na biurku. Ot, taki żarcik. O matko, ale się burza rozpętała... Daga szalała po całym biurze, szukając sprawców, a w końcu nawet wpadła do naszego miłego menadżera Franka, który podszedł zobaczyć miejsce zbrodni i z pełnym profesjonalizmem zapytał:
- No, ale nie mówiłaś ostatnio, że szukasz jakiejś diety?
- No, niby tak, ale żeby mi takie rzeczy na biurku...
- Może ktoś chciał pomoc, akurat mu wpadło do ręki...
- Ale to sugeruje, że jestem gruba! A ja przecież... - i tutaj nastąpiło chyba zwarcie w systemie, bo po chwili zawiasu Daga przeprosiła za zamieszanie i odpuściła. Odtąd już nie dopraszała się o komplementy, udając fałszywą skromność i kompleksy.
Ale każdy zna jakąś Dagę. A jeśli jakaś Daga to czyta, to niech wie, że ludzie znają tę grę ;)
#gEnuW
To tak w dużym skrócie. Mam 37 lat i odwaliło mi jak małolatowi na punkcie mojej instruktorki (nieistotne czego). Ponad pół roku nie byłem na żadnych zajęciach, a odkąd zaczęła prowadzić zajęcia jak tylko mam wolne - jadę. Żeby tylko spędzić choć chwilę czasu w jej towarzystwie. Nic z tym nie zrobię, moja śmiałość do kobiet jest na poziomie poniżej zera, poza tym ona raczej nie jest niczym zainteresowana. Tyle co sobie porozmawiamy podczas zajęć i czasem przy umawianiu terminu kolejnych.
Bez morału, bez apelu, musiałem się wyżalić i wracam płakać do kąta :)
#AhZne
Nie zapomnę ich min, kiedy zabrałam się do roboty w przedpokoju, gdzie ustawione były wszystkie buty, a ktoś akurat poszedł do toalety.
PS Jakoś mi na szczęście przeszło.