#hFvg4

Większość z was wie, że od kilku miesięcy jest przepis, który za przekroczenie prędkości o 50 km/h powoduje utratę prawka na 3 miesiące. "Ofiarą" tego przepisu stałem się ja, ale do rzeczy.

Mam sąsiadkę z typu "wiecznie chora" i "nie wychodzę z domu, ale wszystko wiem".
Jakiś czas temu wpadła, dosłownie, do mnie córka owej sąsiadki, że jej mama się źle czuje i trzeba natychmiast zawieźć ją do szpitala (szpital mam 5 km od domu), bo nie ma wolnej karetki. Szybka decyzja i prawie konającą babkę wsadziliśmy do mojego auta i jazda. Kilkaset metrów przed celem zatrzymała mnie policja, oczywiście szybkie tłumaczenie, że sytuacja awaryjna i potrzebna szybka pomoc. W tym momencie to parszywe babsko odzyskało energię i stwierdziła "Czuję się dobrze, przecież jedziemy tylko na rutynowe badania". Niestety na nic zdały się moje tłumaczenia i groziło mi 3 miesiące zakazu.

Owa staruszka dumnie krążyła po okolicy chwaląc się, że dzięki niej został złapany pirat drogowy. Na jej nieszczęście karma to suka. Została potrącona 15 metrów od swojej furtki przez własnego syna, który jechał pod wpływem alkoholu. Synek siedzi w więzieniu, a babka siedzi na wózku.

Uprawnienia straciłem tylko na 27 dni dzięki zeznaniom córki owej sąsiadki, innym sąsiadom i nagraniu z kamerki, co w sądzie dowiodło, iż moja jazda była spowodowana "zagrożeniem życia".
Największym plusem w tej całej sytuacji jest to, że moja żona nareszcie zrobiła prawo jazdy.

#zoVPy

Kilka lat temu kończąc technikum pisałam ostatni egzamin zawodowy.
Tego dnia gdy przyszłam do szkoły nasza dyrektor tłumaczyła coś grupce osób z naszej klasy, gdy podeszłam do nich usłyszałam jedynie końcówkę, że gdy ona wejdzie to znaczy, że ma odpowiedzi.
Tutaj muszę dodać, że nasze technikum jest najlepsze w mieście i zdawalność egzaminów zawodowych wynosiła 100%.
Podpytałam koleżanki o co chodzi i zrozumiałam, że dyrektorka i inni nauczyciele wykradną egzamin, zrobią zdjęcia, rozwiążą je i przyjdą nam dać po cichu odpowiedzi.

Gdy byliśmy już na sali, gdzieś po ok. godzinie (egzamin miał trwać 3 lub 4 godziny) zachciało mi się do toalety, ale nie pamiętałam, czy można było wychodzić, a że jestem nieśmiała, to nie chciałam robić zamieszania przed około setką innych uczniów, więc próbowałam wytrzymać.
Niedługo potem w drzwiach pojawiła się dyrektorka, a po kilku minutach jedna z dziewczyn wyszła do toalety. Jak wróciła, zapytałam jednej z osób pilnujących (akurat obok była jedna z naszych nauczycielek), czy mogę do toalety.
A nauczycielka, wiedząc, że jestem jedną z osób najlepiej uczących się, powiedziała, że mam dać szansę innym i odeszła.
Nie wiedziałam o co jej chodzi, więc chciałam jak najszybciej rozwiązać egzamin, oddać go i wyjść do łazienki.

Dopiero potem zauważyłam, że kilka osób podaje coś między sobą, aż w końcu dotarło to do mnie. A okazała się to karteczką z odpowiedziami.

Tak więc, podsumowując, nie chciano mnie wypuścić do toalety, bo za dobrze się uczyłam.

#RG3Iz

Od miesiąca mieszka z nami moja 24-letnia siostra. Od miesiąca jest wdową, jej mąż zmarł na raka po 2 latach małżeństwa, trzy miesiące po diagnozie. Jest jej bardzo ciężko, cały czas siedzi w łóżku, praktycznie z niego nie wychodząc. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, staram się jak mogę jakoś ją wspierać, chociażby zwykłą rozmową i towarzystwem.

Wczoraj usłyszałam w nocy, jak coś ogląda i płacze. Przyszłam do jej pokoju - oglądała film ze swojego ślubu, a obok leżał test ciążowy, pozytywny. Płakała, bo maluszek nie pozna swojego taty, ale były to też łzy szczęścia, bo właśnie ten maluszek będzie żywym dowodem ich miłości.

#vk6G1

Moje osiedlowe pijaczki to dość poczciwe chłopaki, za flaszkę czy piwo pokój odmalują, meble wniosą, pomogą przy załadunku itp., ogólnie nieszkodliwi i całkiem spoko, choć alkoholu nie unikają.

Niedawno do bloku wprowadziła się paniusia. Paniusia jest zbyt dumna, by na "dzień dobry" pijaczków odpowiedzieć, ba, nie wszyscy sąsiedzi zasługują na ten zaszczyt. Jednym słowem baba niezbyt miła.

Ostatnio cieplej, więc pijaczki piwkują na ławeczce przy bloku, ja palę w oknie i sobie gadamy. Paniusia wracała akurat z psem do klatki, a pies chyba charakter od pani zapożyczył, bo zaczął jazgotać na chłopaków jak durny. Któryś z nich rzucił "Weź go pani uspokój", na co paniusia oburzona rzuciła "On tak reaguje na alkohol".

I w tym momencie padł tekst, który mnie rozłożył na łopatki: "No to po uj mu pić dawałaś?".

#5nDBM

Moja dziewczyna jest strasznie aspołeczna i ciągle siedzi w domu. Nigdy nie mogę jej namówić na jakiekolwiek wyjście, żeby się spotkać ze znajomymi czy cokolwiek. Ostatnio dowiedziałem się, że kiedy jestem w pracy, to mnie zdradza. I nie, nie wychodzi z domu - zdradza mnie z kimś przez internet. Przyznała mi się, że czasem nawet kiedy robiłem coś w domu w innym pokoju, to ona zabawiała się z nim przez kamerkę.

#6VLyo

Jestem ochroniarzem dużej fabryki i pracuję ciągle na nocki. I ratuję jeże.

Na moich zmianach niewiele się dzieje. Tak niewiele, że jestem w stanie poświęcić wiele uwagi ulicy, średnio aktywnej nocą, która jest zaraz przy głównej bramie i którą jeżdżą najczęściej wszelakie dostawczaki - od małych furgonetek po wielkie ciężarówki. Przy krawężniku bardzo często zbiera się woda, bo też bardzo często wybijają zawory z hydrantów - starych, z "mojej" fabryki. Przy robieniu rundek wokoło obiektu, czasem zauważam te czarne kropki, które albo zamierzają przejść przez ulicę, albo na niej właśnie się znajdują, albo najczęściej przypełzły się napić wody.

Kiedy mogę, prędko opuszczam teren fabryki, biegnę i dosłownie przerzucam jeże na taki jakby mikro-chodnik, pokryty trawą. Młode jeże chcą uciekać, więc je zaganiam w bezpieczniejsze miejsca, a te już większe - wsuwam pod nie rękę, i na niej zanoszę na trawnik.
Każdemu jeżowi grożę, że jak zobaczę go martwego za parę chwil, to będę bardzo zły. I wiecie co, od paru dobrych miesięcy nie widziałem na tej ulicy rozjechanego jeżyka.

PS Czy poleca ktoś jakieś solidne, nie za drogie rękawice ochronne? Bo te moje zimowe narciarskie są już trochę zużyte. :)

#pteFO

Jak komentarze ludzi mogą zniszczyć życie.

Byłam w 4 miesiącu ciąży, wracałam z narzeczonym samochodem jedną z głównych ulic dużego miasta, chwila po 22. Ruszając spod świateł rozmawialiśmy o mile spędzonym wieczorze przy pysznej kolacji, kiedy nagle spomiędzy samochodów zaparkowanych przy ulicy wybiegł mężczyzna... nie zdążyłam nawet zacząć hamować. Przeleciał przez maskę, przednią szybę (która wleciała do środka i poraniła mi twarz i ręce) i dach. Pamiętam tylko, że zadzwoniłam pod 112, dalsze losy pamiętam jak przez mgłę.
Była z nim kobieta, która zeznała, że wypili po 2 piwka, gdzie po 3 godzinach od wypadku wydmuchała prawie 2,5 promila!
Mężczyzna zmarł na miejscu, uderzył głową o krawężnik.

Nie potrafiłam sobie z.tym poradzić, w końcu zabiłam człowieka, jednocześnie nosząc nowe życie w moim brzuchu.
Ale wiecie co? Nie to mnie pogrążyło, a komentarze ludzi, których nawet tam nie było. Artykuł, który pojawił się w internecie niczego nie wyjaśniał. A komentarze były takie: ''Jechała pewnie 120 po mieście'', "Tak to jest, jak się pisze SMS-a albo gada przez telefon'', ''Pijana wracała z imprezy'', ''Kobieta za kierownicą... kto jej dał prawo jazdy'' itp.
To tylko te bardziej uprzejme skierowane w moją stronę, w które zaczęłam wierzyć. Ponad miesiąc nie wychodziłam z łóżka ani z domu. Dopiero pomoc bliskich i psycholog wytłumaczyli mi, że był to wypadek i pech.

Uważajcie, co piszecie w internecie, bo nie wiecie ile krzywdy można wyrządzić jednym komentarzem.

#bZNIm

Byłam jeszcze nastolatką, ale na tyle "dorosłą", by mieć pierwszego chłopaka na poważnie. Miałam do niego około 40 kilometrów, tak więc pojechałam w odwiedziny autobusem. Rodzice chłopaka mieli niewielkie mieszkanie. Salon razem z kuchnią, a z kuchni wejście do małej łazienki. Wszystkie pomieszczenia blisko siebie. Z łazienki słychać było każde pierdnięcie, gdyż kratki na dole nie było, a była tylko dziura na jej miejsce. Niestety przycisnęło mnie tak, że musiałam iść się wypróżnić. W kuchni mama chłopaka, zaś w salonie tata i starsza siostra. Wstydziłam się bardzo "chlupnięcia", tak więc co zrobiłam? Złapałam odchody w papier, zawinęłam w reklamówkę i włożyłam do torebki. Uniknęłam zawstydzenia. :)

Zapomniałam o "niespodziance" w torebce. Przypomniały mi o niej dziwne spojrzenia kobiety siedzącej obok mnie w autobusie. Kierowca włączył ogrzewanie, a z mej torebki zaczęły wydobywać się niezbyt perfumeryjne zapaszki. Dojechałam jednak jakoś do domu, a niespodziankę w reklamówce natychmiast wyrzuciłam do ubikacji. To była najbardziej gówniana podróż w moim życiu, i do dziś nikomu do tego się nie przyznaję.
Dodaj anonimowe wyznanie