Nie umiem pisać o uczuciach, ale postaram się odwzorować to co w tym momencie czuję.
Moja mama zaszła dość późno w ciążę, urodziła jak na pozór zdrowego brata, ale po jakimś czasie okazało się, że ma autyzm. Cała opieka spada na mnie i moją młodszą siostrę, staramy się jak tylko możemy pomóc rodzicom. Całe wakacje będziemy się nim opiekować, bo rodzice pracują żeby zapewnić nam jak najlepszy standard życia. Podzieliłyśmy się i weekendy miałyśmy mieć wolne od opieki nad bratem, ale rodzice cały czas unikają opieki nad nim i to my siedzimy w domu nawet w weekendy.
Siostra się zbuntowała i powiedziała, że rozumie słowa taty o przemęczeniu, starości i braku siły do wszystkiego, ale ona też chce widywać się ze znajomymi, wyjść na spacer czy basen. Za każdym razem gdy tylko chcemy wyjść w domu są awantury, że jesteśmy pasożytami i im nie pomagamy. Mam już 21 lat i boję się wyjść z domu, a jak już wrócę to max do 22, bo tata potrafi znęcać się psychicznie i fizycznie.
Mam dosyć mieszkania z nimi i chcę się usamodzielnić, ale jestem na dziennych studiach medycznych i nie dam rady pracować (próbowałam, ale źle to wpływało na naukę) i jednocześnie utrzymać w dużym mieście. Wspomniałam tylko o akademiku, to wybuchła wielka awantura, tak że prawie wyleciałam z domu. Boję się mówić żeby tylko mieć dach nad głową i coś do jedzenia, ale tak bardzo chcę normalności. Czuję jak jest nam wszystkim ciężko, ale mam dosyć bycia służącą we własnym domu gdzie ojciec tylko siedzi na kanapie i ogląda telewizję, a na mnie wylewa pomyje, bo mu wiecznie za mało, wszystko co robię to źle.
Moja siostra przez to wszystko nabawiła się nerwicy, nie mogę jej nawet dłużej przytulić bo jest nadwrażliwa na dotyk i staje się agresywna. Ja już też jestem na skraju, ale trzymam się, staram. Największe obawy mam przed tym że jak rodzice umrą, bo są już w podeszłym wieku (50+) to cała opieka nad chorym bratem spadnie na mnie. Nienawidzę się za myślenie, że lepiej byłoby gdyby się nie urodził, ale wiem jakie będzie miał dzieciństwo - będzie bity przez ojca tak jak my i będzie przechodził te same rozterki, a do tego jeszcze choroba. Chcę mieć normalne życie, swoją rodzinę, męża, dzieci, dobre wykształcenie, a widzę tylko brak nadziei. Dziękuje, że mogłam to wylać z siebie.
Zdradzam męża.
Myślę, że nie mogę tego specjalnie uzasadnić. To nie tak, że mój partner jest strasznym człowiekiem, bije mnie, nie dostałam rozwodu i w ogóle świat zwalił mi się na głowę - sama nie wiem do końca, dlaczego to robię.
Wzięłam ślub bardzo młodo, bardzo szybko zostałam też matką, nie pracuję, zajmuję się domem. Podejrzewam, że brakuje mi przeżyć i doświadczeń. Do tego mąż pełni w moim życiu rolę bardziej ojca niż partnera, daje mi poczucie bezpieczeństwa, pomaga podejmować decyzje. Jest ode mnie starszy. Seks uprawiamy bardzo rzadko, on zazwyczaj nie ma ochoty, co odbiera mi poczucie atrakcyjności.
Za to mój kochanek jest jak żywcem wzięty z mokrego snu małolaty. Zbliżony do mnie wiekiem, atrakcyjny, zajmuje się muzyką, zabawny, wyluzowany, spotkania z nim dają mi poczucie, że wciąż jestem atrakcyjna i wciąż mogę robić w życiu coś choć trochę interesującego, wciąż mam jakieś możliwości, nie jestem uwiązana do domu i rodziny.
Z całą sytuacją czuję się fatalnie. Zawsze byłam osobą wierzącą, marzyłam o rodzinie, dzieciach, oddaniu się ukochanemu mężczyźnie, podczas gdy nieustannie łamię własne zasady i zapewne bardzo krzywdzę męża. Wiem, że moje zachowanie jest absurdalnie nieodpowiedzialne, niedojrzałe i nieetyczne.
Nie wiem, jak mam to zmienić. Wydaje mi się, że za pośrednictwem kochanka realizuję swoje nastoletnie pragnienia, odbijam sobie młodość, która za krótko trwała. Jestem złą osobą, złą żoną i złą matką.
No więc tak. Mam pewien dziwny fetysz, nawet nie jeden. Otóż lubię w dupę. Dosłownie. Lubię wkładać sobie do odbytu różne przedmioty, choć zaczęło się niewinnie.
Podczas czyszczenia uszu, w pewnym momencie napadła mnie myśl. "A gdyby wsadzić sobie patyczek w dupę?" Myśl została wcielona w życie, potem przyszła szczoteczka do zębów, korek, szczotka do kibla (rączka, żeby nie było). Dzisiaj był rekord. W mojej pupci znalazł się tłuczek z moździerza. 10 centymetrów ceramiki, przy pomocy mydła weszło mi gładziutko w rzyć. Dziwne, prawda?
To nie koniec. Jest inny. Uwielbiam włosy na nogach. I pod pachami. Ale tylko u płci męskiej. Możliwe że jest to spowodowane małymi kompleksami, bo dosyć bujnego owłosienia jeszcze nie posiadam. Lato to dla mnie raj (choć nie do końca, ale o tym później), krótkie spodenki odsłaniające te owłosione łydki.
Mieszkam w jednym z miast Europy gdzie do tej pory rządzi IRA, więc sytuacje z podkładaniem bomb w domach czy samochodach, oraz napaście są na porządku dziennym. Jednak przez te kilka lat jak tu mieszkam nic złego mi się nie przytrafiło. Aż do czasu.
Kilka tygodni temu czekając w niedzielny poranek na autobus do pracy i spoglądając kątem oka na wypadek, który miał miejsce tuż obok, podszedł do mnie chłopaczek mający około 20 lat. Nie zwracałam na niego większej uwagi, zajęta przeglądaniem Facebooka i zabijaniem nudy. Usiadł obok na ławce, w przeciągu kilku sekund przykładając mi naostrzony śrubokręt do prawej strony brzucha zaczął grozić mi śmiercią.
Zdążyłam tylko zerwać się z ławki, podjechał czarny samochód, wyskoczyło z niego dwóch typów mierzących po prawie dwa metry wzrostu, napakowanych jakby lubili się w sterydach. Podeszli do chłopaczka rzucając go na ziemię (w tym momencie całe życie stanęło mi przed oczami a w głowie jedynie myśli, że pewnie porachunki gangów), chłopaczek zaczął się szarpać, a jeden z napakowanych koksów podniósł go jak piórko i rzucił na maskę samochodu. Dopiero jak go zakuli w kajdanki podeszli do mnie, żeby się wylegitymować, że są z policji i dowiedzieć się co się stało. Okazało się, że akurat go szukali, bo miał coś wspólnego z wcześniejszym wypadkiem.
Przechodząc do sedna.
Fizycznie nie ucierpiałam, jednak z moją psychiką już tak kolorowo nie jest. Pamiętam dokładnie twarz mojego oprawcy, w co był ubrany, wszystkie znaki szczególne. Nawet kolor i markę śrubokrętu jaki miał. Zaczęłam bać się wychodzić z domu, miewam napady histerii i stany lękowe. Przez to wszystko podjęłam decyzję o przeprowadzce, po konsultacji z lekarzem dostałam psychotropy i leki uspokajające. Do przeprowadzki zostało jeszcze trochę czasu, a ja boję się, że nie dam rady tego przetrwać.
Nieraz się słyszy takie historie, jednak nie zwraca się na nie uwagi dopóki nas nie dotyczą, mówiąc, że ofiara sama jest sobie wina. W moim przypadku nie byłam winna niczemu, nie sprowokowałam w żaden sposób.
Rodzina i znajomi nie są w stanie zrozumieć co czuję, twierdzą, że przesadzam bo przecież nic się takiego nie stało, a ja po prostu sobie nie radzę, szukając pomocy gdziekolwiek natrafiam na krytykę i szyderczy śmiech. I jedyne o czym marzę to żeby się to wszystko już skończyło, że może byłoby lepiej gdyby ten przypadkowy chłopaczek z przystanku mnie zabił, gdyby policja nie przyjechała na czas, gdyby przyjechali chwilę później.
A teraz prośba do was drodzy anonimowi, jeśli kiedykolwiek ktoś z waszego otoczenia będzie w podobnej sytuacji, postarajcie się pomóc tej osobie na tyle ile to możliwe, zanim będzie za późno.
Często wyobrażam sobie jadąc autem, że samochód przede mną ma wypadek, wjeżdża na pobocze, w rów, dachuje, a ja biegnę na ratunek, wyciągam kierowcę z płonącego auta, ratuję mu życie i zostaję bohaterem.
Od kilku lat jestem samotny, byłem wydawało by się, że w idealnym związku 5 lat. Kochaliśmy się, planowaliśmy ślub, wszystko szło dobrze.
Do czasu, firma w której pracował mój ojciec ogłosiła bankructwo, zostałem jedynym żywicielem rodziny. Wspierała mnie wtedy, mówiła, że przejdziemy przez to wspólnie, zaproponowała nawet, że możemy sprzedać pierścionek zaręczynowy bo nie potrzebuje tak drogiego, odmówiłem. 2 miesiące było wszystko dobrze, zaczęło się poprawiać i układać po nowemu.
W końcu nadeszło lato, mieliśmy jechać na kilka dni wypocząć, po taniości, ale i tak się cieszyła. 2 dni przed wyjazdem, dowiedziałem się, że moja ciotka ma raka piersi i musi przejść operację, była już wtedy starczą osobą i lekarze dawali jej małą szansę, że się uda. Ciotka praktycznie mnie wychowywała, mieszka na drugim końcu Polski, więc nie mogłem jej często odwiedzać.
Postanowiłem, że jadę do niej bo może być to ostatnia szansa, ukochana również wtedy mnie wspierała, mówiła, że rozumie, że innym razem pojedziemy na urlop, nie chciała ze mną jechać bo szpitale źle się jej kojarzą, spędziła pół roku leżąc w jednym, więc nie zdziwiło mnie to. Operacja się udała ciocia po dziś dzień jest okazem zdrowia.
Po powrocie, moja ukochana zaczęła być jakby oschła. Byłem przekonany, że to z powodu nie udanego wyjazdu. Tydzień później zerwała ze mną bez słowa, mój świat się zawalił, nie wiedziałem co się dzieje. Próbowałem walczyć o nią, starać się ją odzyskać, na próżno. Zacząłem winić o to ojca, bo wcześniej było wszystko super, obwiniałem ciotkę, bo przez nią nie pojechaliśmy na urlop. Myślałem że gdyby to się nie wydarzyło dalej bylibyśmy razem, że po prostu nie chciała ciągle problemów. Po miesiącu przypadkiem w barze natknęłam się na jej przyjaciółkę, była już dobrze wstawiona ale mnie poznała i podeszła pogadać.
Trochę pogadaliśmy, dowiedziałem się, że moja była jest z innym, że jest szczęśliwa, troszkę się ucieszyłem bo nigdy jej nie życzyłem źle, ale dowiedziałem się również, że mnie zdradzała od 2 miesięcy to nie był koniec. Powiedziała mi, że moja ex usunęła ciążę w której była ze mną, o której do tej pory nie wiedziałem. Zadzwoniłem do byłej umówiłem się na kawę i zapytałem czy to prawda, potwierdziła, wzięła jakieś tabletki z skutkiem ubocznym poronnym. Pierwszy raz chciałem kogoś zabić, może gdybym dał radę się wtedy ruszyć, zrobiłbym to.
Mimo że minęło już tyle lat nie potrafię nikomu zaufać, nikomu i tym nie mówiłem, na co dzień zakładam maskę z uśmiechem, a po powrocie do domu myślę czy nie skończyć ze sobą, ale zawsze wtedy widzę twarz przyjaciela i jego głupkowaty uśmiech, kiedyś pożyczyłem mu kasę i powiedział mi "dobrze że cię mam, ratujesz mi życie" nawet nie wie ile razy on uratował mnie przed moją głupotą.
Mój były był okropnym kierowcą. W ciągu roku odkąd cudem zdał prawo jazdy, miał 7 wypadków. Stłuczki, bo nie wyhamował, czołówka, bo wyprzedzał na ciągłej, raz nawet przeskoczył autem nocą rów przydrożny i wylądował na polu. Jednocześnie potrafił tak zamotać, że wychodziło na to, że wypadek nie był z jego winy.
Mimo ilości wypadków, które spowodował i był tego świadomy, nie zraził się i wciąż uważał, że świetnie prowadzi. Trasę, którą normalnie jedzie się 40 minut, pokonywał z palcem w tyłku w 15. Miał chłop niezłego farta, bo wielu nieszczęść uniknął na centymetry. Bawił się samochodem. Gdy był wkurzony, potrafił celowo nagle jadąc 150/h skręcić w stronę pobocza i w ostatniej chwili wyhamować, jechać prosto na słup czy drzewo lub driftowac w ciągu dnia na ruchliwym skrzyżowaniu. Raz o mało nie potrącił policjanta, który wybiegł przed maskę aby go zatrzymać. Byłam w szoku, że skończyło się tylko na mandacie. Wielokrotnie gdy musiałam gdzieś z nim jechać, żegnałam się z życiem. A on... cieszył się z tego. Nie dla niego nudna, przepisowa jazda, przecież on jest świetnym kierowcą, bo szaleje po ulicach, a jeszcze żyje!
Teraz już na szczęście nie mamy żadnego kontaktu. Jednak co jakiś czas wchodzę na jego profil na Facebooku zastanawiając się, czy tym razem zastane tam status „im memoriam”, czy to jeszcze przed nim...
Gdy niecałe 20 lat temu szłam do 4 klasy, byłam bardzo podekscytowana, że mam się uczyć informatyki. Komputer w domu co prawda miałam, jako jedna z nielicznych w klasie, ale miałam tam Painta, Worda, pasjansa, kilka gier edukacyjnych, jakieś encyklopedie (i gry, i encyklopedie były spoko, do dzisiaj pamiętam, jak była tam objaśniona zasada działania silnika spalinowego) i ze dwie platformówki. Z Internetu mogłam czasami korzystać przez 15 min po 18.
Wydawało mi się, że po tych lekcjach to już prawie hakerem będę...
Pierwszy semestr nie mieliśmy w sali komputerów, a drugi semestr siedzieliśmy na czacie, który podał nam koleś od informatyki.
W wieku 19 lat stałam się praktycznie bezdomna. Kiedy miałam 16 lat, moi rodzice się rozwiedli, od wielu lat między nimi się nie układało, każde z nich zaczęło żyć swoim życiem.
Po rozwodzie przeprowadziłam się z mamą do jej nowego faceta. Z ojcem straciłam kontakt i automatycznie z rodziną z jego strony, ponieważ oni obwiniali moją mamę o rozpad małżeństwa, ojciec ma teraz nową żonę i dziecko. Bardzo ciężko mi było odnaleźć się w nowej sytuacji, mama była zajęta nowym związkiem, a tata nową rodziną, dodatkowo nowa szkoła i nowe otoczenie. Bardzo źle układa mi się relacja z chłopakiem mojej mamy. Stale mnie krytykował, kontrolował, próbował być moim ojcem, tylko jakoś mu to nie wychodziło. Wieczne zakazy i nakazy, dlaczego taka słaba ocena, dlaczego zamierzasz iść na takie studia, dlaczego tak późno wracasz... Było to dla mnie nie do zniesienia. Rozmawiałam o tym z mamą, ale ona mówiła, że R. zwyczajnie martwi się o mnie i moją przyszłość, tylko nie potrafi tego okazać we właściwy sposób. Ja tak tego nie widziałam, on wcale nie próbował mnie poznać, polubić, zrozumieć moich zainteresowań. Bardzo mnie to bolało, moja samoocena była bardzo niska, nie miałam motywacji do niczego, czułam się nieakceptowana.
Dlatego gdy zdałam maturę wyprowadziłam się z od nich i straciłam kontakt z moją mamą. Znalazłam pracę i wynajęłam pokój. Od października poszłam na studia zaoczne. Z pracą i studiami jakoś sobie radzę, ale przykre jest to, że nie mam właściwie dokąd jechać na święta, nie mam do kogo zadzwonić, ani mama, ani tata nie interesują się tym, co u mnie słychać, w ogóle ich nie obchodzę, nie mam kogo zapytać o radę, czuje się jak z domu dziecka. Nie mam niczego, oprócz wynajętego pokoju, nie mam oszczędności, nie mam swojego domu rodzinnego, a gdy ktoś mnie pyta skąd jestem, praktycznie nie wiem co odpowiedzieć.
Przed maturą próbowałam odnowić kontakt z moją babcią ze strony ojca, pojechałam do niej i później tego żałowałam. Nawet mnie nie wpuściła do domu. Wykrzyczała mi w drzwiach, że przyjechałam tylko po to, żeby wyłudzić pieniądze, żebym wracała do matki i nigdy więcej nie przyjeżdżała. No i więcej nie przyjechałam... Bardzo boję się o moją przyszłość, martwię się tym, że gdybym zachorowała, nikt by mi nie pomógł, nikt mnie nie wesprze w trudnej chwili...
Całe życie nie będę mieszkać w wynajętym pokoju. Bardzo się boję, że kiedyś po prostu wyląduję na ulicy.
Zawsze miałam bardzo niską samoocenę. Byłam cicha i zdystansowana. Jestem wysoka i w głowie miałam obraz siebie jako jakiejś dziwnej, pokracznej istoty, która nie wie co zrobić z za długimi kończynami.
Kiedy jakiś chłopak próbował do mnie zagadać (a wbrew pozorom, to się zdarzało), to byłam pewna, że założył się z kolegami, żeby mnie w jakiś sposób upokorzyć czy też wyśmiać. No bo po co ktoś miałby się na poważnie interesować takim zerem jak ja? Zawsze więc go spławiałam i jeszcze bardziej się dystansowałam i zamykałam w sobie. W ten sposób się chroniłam.
Teraz już od kilku lat chodzę na terapię. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej. To wszystko nie jest takie proste, ale robię postępy. Psychicznie jestem już w zupełnie innym miejscu niż wtedy.
Niedawno spotkałam jednego z moich dawnych adoratorów. Porozmawialiśmy chwilę zupełnie normalnie. Dowiedziałam się od niego, że wtedy naprawdę mu się podobałam i próbował mnie poderwać. "Wysoka, szczupła blondynka ze zgrabnymi nogami i długimi włosami. Czego tu nie lubić"? - jego słowa. Niestety olałam go, więc stwierdził, że nie jestem zainteresowana. Jego kilku kolegów też potem próbowało u mnie swoich sił, ale postąpiłam z nimi tak samo. Zaczęła się więc za mną ciągnąć opinia wyniosłej księżniczki, która ma się za lepszą od innych i wszystkich traktuje z góry.
Szok. Ja miałam się mieć za lepszą od innych? To ja się zawsze miałam za gorszą, za tę najgorszą.
Niesamowite, jak potrafimy sobie skomplikować, a nawet zniszczyć życie przez coś, co istnieje tylko w naszych głowach. Po prostu aż nie mogę w to uwierzyć. Tyle lat zmarnowałam.
Nie będę nikogo tutaj pouczać. Morału też nie ma. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to nie jesteśmy z tym chłopakiem parą. Ta rozmowa z nim po prostu pomogła mi zrozumieć, że w życiu naprawdę często nie wszystko jest takie, jakim się nam wydaje. Niby to oczywiste, ale w sumie to wcale nie.
Jutro znowu idę na moją terapię. Jeszcze kawał drogi przede mną, ale na szczęście, sporo też już za mną.
Dodaj anonimowe wyznanie