O przebijaniu prezerwatyw było już wiele opowieści, ale słyszeliście kiedyś o podmienieniu leków antykoncepcyjnych? Bo mnie się to przytrafiło. Za sprawą byłego już męża.
Człowiek, który od początku zgodnie ze mną twierdził, że nie chce mieć dzieci i macierzyństwo to dla nas koszmar, w wieku 31 lat dostał nagle takiej obsesji na punkcie posiadania dziecka, że po licznych nieudanych próbach namawiania mnie postanowił podmienić mi leki. Dla jasności, mam taki dziwny kaprys, że nie trzymam leków, które zażywam na co dzień w blistrach, tylko przesypuję do specjalnych pojemniczków na leki. Wiecie, takie kółko z nazwami dni tygodnia i przegródkami, żeby codziennie pamiętać, aby wziąć. Już wtedy średnio się nam układało, ale raz na jakiś czas zdarzało nam się kochać, więc leki brałam. I kompletnie nie zauważyłam, że od miesiąca nie biorę tabletek antykoncepcyjnych, tylko witaminy na zdrową cerę. Ale o tym dowiedziałam się już sporo później.
W każdym razie leki były niemalże identyczne, różniły się jedynie lekko wielkością, ale to dostrzegłam dopiero wtedy, gdy prawda wyszła na jaw, a ja sobie porównałam obie tabletki. A dowiedziałam się w ten sposób, że mąż zaczął podejrzanie często pytać o to, co bym zrobiła jak jednak wpadnę, a do tego nagle zaczął się przymilać i skończyły się na ten czas kłótnie. Poczułam, że coś jest nie tak, ale przecież by nie powiedział co zrobił. To wzbudziło moją czujność. Dopiero pewnego ranka (on o 5 wstawał do pracy, ja mogłam zawsze spać do 9) bardzo wcześnie obudziłam się, aby skorzystać z toalety i jakoś tak cicho przemknęłam z sypialni do salonu, że przyłapałam go na gorącym uczynku, bo mnie zwyczajnie nie usłyszał. Zobaczyłam go z tym pudełkiem na leki, ale w końcu sam po czasie przyznał się. I wtedy rozwód był już pewny.
W ciążę na szczęście nie zaszłam. Rozwód wyszedł z jego winy i w zasadzie od roku nie jesteśmy już razem. A wyznanie piszę po to, żeby może ostrzec inne dziewczyny, które są w podobnej sytuacji, w której wtedy byłam ja.
Moja siostra zaginęła 8 lat temu. Wychowywałyśmy się na wsi, ona miała wtedy 18 lat, ja 15. I zacznę od kluczowej rzeczy - siostra uwielbiała nietypowe perfumy. Zawsze zamawiała sobie bardzo drogie, konkretne perfumy o bardzo egzotycznym i wyrazistym zapachu, których nie można było dostać w Polsce i z tego co wiem, nadal ich tu raczej nie sprzedają. Zawsze się wszyscy z niej podśmiewali, że chodzi tak wyperfumowana, że czuć ją z drugiego końca domu. Ogólnie Ola była bardzo żywiołowa, ambitna, miała dużo znajomych w szkole i planowała studia weterynaryjne. Żadnych problemów psychicznych czy powodów, przez które mogłaby chcieć uciec. W rodzinie też było dobrze, co prawda prowadziliśmy typowo wiejskie życie, ale nie było biedy. Samo jej zaginięcie było dosyć dziwne, to były wakacje, dokładnie lipiec. Ola wyszła wieczorem do koleżanki, której dom mieścił się niecały kilometr od naszego. Do przejścia miała prostą drogę, główną we wsi. I nigdy do tej koleżanki nie dotarła. Podczas akcji poszukiwawczej znaleziono tylko jej opaskę na włosy, która leżała przy drodze jaką szła. Nikt też nic nie widział ani nie słyszał, mimo że przy ulicy znajdowało się kilka dużych gospodarstw. Jedynie jeden z sąsiadów opowiadał, że słyszał pisk opon samochodu o tamtej porze, ale to właściwie tyle z ewentualnych śladów. Przez wioskę czasem przejeżdżały jakieś samochody, ale bardzo rzadko, głownie tylko miejscowi się tu poruszali. W każdym razie Ola nigdy się nie odnalazła, rozpłynęła się bez śladu. Oficjalnie nie jest jeszcze uznana za zmarłą, ale policja przyznała, że po takim czasie prawdopodobnie Ola nie żyje, bo wersja o ucieczce i nowym życiu kompletnie by się nie zgadzała.
Od kilku lat mieszkam w mieście, jednak ostatnio pojechałam na wieś odwiedzić rodziców. Po obiedzie postanowiłam przejść się na spacer po wsi, powspominać dawne czasy, nacieszyć czystym powietrzem itd., jednak spotkało mnie coś dziwnego. Idąc dróżką obok rzeki w pewnym momencie poczułam silny zapach perfum, niemalże identyczny jak zapach Oli. Chwilowo wpadłam w panikę, wręcz byłam pewna, że czuję Olę. Ten zapach zawsze miałam w pamięci. W amoku zaczęłam się rozglądać i wołać ją... Gdy już się uspokoiłam, po prostu wróciłam do domu. Wiem, że to nie mogła być ona, może sobie uroiłam ten zapach, albo jakieś rośliny z pobliskich łąk i sadów wydzielają podobny. Może też powrót do wspomnień tak na mnie zadziałał. Jednak naprawdę to przeżyłam. Następnego dnia poszłam tam ponownie z tatą, ale już nic nie poczułam, więc raczej była to wyobraźnia lub po prostu jakieś rośliny. Mimo tego trochę to mną wstrząsnęło, wróciły wspomnienia z tamtych dni i ponownie nasilił się ból po stracie siostry. Chciałam tylko się wygadać, tęsknię za Olą.
Firma informatyczna. Ja - z wykształcenia informatyk, koleżanka - z wykształcenia pielęgniarka (w dziale testerów mamy rozmaite zawody wyuczone).
Rozmawiam sobie z "koleżanką" na temat związany z naszą pracą. Za wuja wafla nie idzie jej przekonać, podaje bzdurne argumenty co do naszej dysputy. Dodam, że kilka dni wcześniej dyskutowaliśmy na temat około medyczny i ona mnie zgasiła argumentem "To ja a nie ty mam wykształcenie medyczne i wiem lepiej". Przyznałem jej rację - w sumie iks lat to studiowała, to może faktycznie się mylę i ona ma rację. Tym razem zastosowałem ten sam manewr "To ja studiowałem informatykę, w dodatku na kierunku sieci komputerowe (a dyskusja była o tym, jak działa nasza sieć w firmie), więc wiem lepiej". Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem "Ty szowinistyczna świnio!". Tak jakby płeć miała znaczenie w dyskusji. I wkurzona odeszła.
O zgrozo, jeszcze tego samego dnia wylądowałem na dywaniku u szefowej (są psiapsiółkami) i zostałem ostrzeżony, że mogę zostać oskarżony o mobbing na tle płci. Ja wystrachany pod niebiosa wyjaśniłem słowo po słowie co i jak, że nie wspomniałem w dyskusji o żadnej płci i że ona mnie tak samo potraktowała parę dni temu. Nie wiem co ta idiotka naopowiadała, ale szefowa najwyraźniej mi uwierzyła (znany jestem z tego, że jestem bardzo spokojny i nawet sprośnego żartu nie opowiem przy ludziach). Powiedziała, żebym zapomniał o sprawie, a ona pogada z koleżanką.
Ja pierd..e. To ja mało zawału nie dostałem i nie trafiłem przed komisję do spraw mobbingu, bo ta idiotka strzeliła focha? Chory układ.
Przemawia do was zimny sk*****, który nie pomógł kobiecie, gdy ta doświadczała przemocy domowej, ale od początku...
Od klasy 3 byłem prześladowany przez dziewczynę, która chodziła wówczas do klasy 5, wiodła prym w swoim "gangu szkolnym". Nie wiem co ona sobie we mnie upatrzyła, ale wymyślała ze swoją grupą co rusz nowe pomysły, aby mi dokuczyć, od posklejania zeszytów i książek, przez wymuszanie kasy pod groźbą pobicia, po kradzieże. Interwencje u nauczycieli tylko pogarszały sprawę, byłem uznawany za "konfidenta" i "pipę", która daje się bić przez dziewczynę. Ta gehenna trwała do końca jej gimnazjum (dodam, że szkoła wówczas była zespołem szkół z podstawówką i gimnazjum). Od kiedy poszedłem do liceum postanowiłem, że nigdy nie będę czyjąś ofiarą. Zapisałem się na siłownię i boks, dziś jestem gościem, do którego lepiej nie podchodzić, ale o gołębim sercu, który z chęcią pomoże komukolwiek.
Wyznanie właściwe...
Jakiś czas temu, gdy robiłem zakupy, byłem świadkiem pewnej kłótni między parą, mianowicie kłócił się z wyglądu typowy osiedlowy Seba z pewną dziewczyną, też można byłoby przypisać wygląd Karyny. W pewnym momencie Seba dał jej z liścia tak, że się przewróciła. Wtedy pomyślałem "O nie, skoro on taki damski bokser, to może niech spróbuje do mnie wyskoczyć..." i oczywiście podszedłem do nich i z miejsca dałem mu przysłowiowego "lepa na ryj". Tak jak myślałem, do słabszych kozak, a z równym sobie p****. Przyjrzałem się z bliska dziewczynie, widać było siniaki na jej ciele, czyli ofiara przemocy domowej, chciałem jej pomóc, ale gdy spojrzała się na mnie... tak patrzę, skądś ją kojarzę. Wtedy wspomnienia ze szkoły do mnie wróciły. TAK, W OFIERZE PRZEMOCY DOMOWEJ ROZPOZNAŁEM SWOJĄ OPRAWCZYNIĘ Z LAT SZKOLNYCH. Wtedy chęć jej pomocy od razu minęła, zaś do Seby powiedziałem "Gościu, nie wiem kim ty jesteś, ale... baw się dobrze", po czym odszedłem ze swoimi zakupami.
Przypadkiem dowiedziałem się, gdzie oni mieszkają, więc podpytałem się sąsiadów o tę parę. Potwierdzili, że mają niebieską kartę, co najmniej raz na 2 tygodnie przyjeżdża policja, ale ilekroć się nie zjawią, ona broni swojego Seby. Czyli tak jak myślałem, typowa ofiara przemocy, chociaż w tej kwestii mam względnie czyste sumienie. Nawet gdybym faktycznie jej pomógł, zaraz by do niego wróciła.
Pewnie pomyślicie, że jestem zwyczajnym draniem, który przyzwala na przemoc. Owszem, nie jestem dumny z tego powodu, ale odpowiedzcie sami na pytanie, czy chcielibyście pomóc osobie, przez którą swoje też wycierpieliście?
A co do Ciebie, kobieto, mogę napisać, że los się na tobie zemścił :)
Jestem w ostatniej klasie najlepszego liceum w mieście. Rodzice od zawsze oczekiwali ode mnie najlepszych wyników. 4? A czemu nie 5? 5? A czemu nie 6? 6? Okej. Żadnej pochwały, kocham cię, nic. Po prostu teraz jest „jak być powinno”. Było i nadal jest mi ciężko, jednak jestem wdzięczna mamie za opłacanie mi wszystkich korków i dodatkowych zajęć, bo od początku byłam dość ambitna i dzięki temu wszystkiemu mam przynajmniej duże szanse dostać się na studia tam, gdzie bym chciała.
Mam też siostrę w 2 (!) klasie szkoły podstawowej. O ile moja mama ma do niej identyczne podejście jak do mnie - opłacę ci korki, zawiozę na dodatkowe zajęcia, tylko przynoś szóstki - tak na tatę po prostu brak mi słów.
Pewnego dnia siostra przyniosła ze szkoły uwagę. No stało się, mi też się kilka razy zdarzyło. Mama westchnęła i poszła do siebie. Młoda do pokoju i zajęła się swoimi sprawami, nawet się zbytnio nie przejęła. Mam pokój naprzeciwko niej i obie miałyśmy otwarte drzwi. Do niej przyszedł ojciec, zaczął ją pocieszać (widziałam po minie, że też była zdezorientowana), że ma się nie przejmować mamą, nie przejmować ocenami, nie przejmować nauką. A dlaczego? Dlatego, że jest taka śliczna, że szybko znajdzie sobie księcia na białym koniu i jej pracą będzie bycie mamusią!! Modliłam się, żeby to był żart, ale niestety tak nie było. Był to pierwszy i nie ostatni taki incydent i młoda chyba niestety już uwierzyła w słowa ojca, bo gdy ostatnio zapytałam, czy przepytać ją z zadanego wierszyka odpowiedziała „nie trzeba, umiem już, zresztą nie muszę się tym przejmować, bo przecież mogę być mamusią”.
Brak słów.
15 lat temu, kiedy miałam 10 lat, a rodzice byli w trakcie rozwodu, ojciec postanowił wysłać mnie na letnie kolonie organizowane przez jego zakład pracy, na które jechała też M.,13-letnia córka jego nowej partnerki. Nie byłoby to takie straszne, gdyby nie fakt, że żebyśmy mogły jechać razem, zapisał mnie na kolonie młodzieżowe. Jak to zrobił i kto na to pozwolił - nie wiem do dziś.
Byłam najmłodsza. Do 4-osobowego pokoju trafiłyśmy z 15-, 16-latkami. Do tej pory pamiętam strach, kiedy siedziałam skulona w zamkniętej łazience, a zza drzwi słyszałam drwiący śmiech i groźby, że wypróbują na moich włosach na głowie swoje depilatory jak tylko wyjdę. Że ogolą mi głowę, jeśli wyjdę z łazienki, kiedy one kogoś do siebie zaproszą... Jak śmiały się z moich dziecięcych ubrań i rzeczy. Jak chowały mi radyjko i słuchawki, które miałam przy sobie, żeby je wieczorami zagłuszyć. Nie pamiętam, gdzie była wtedy M., chyba uciekała z pokoju, albo miała gdzieś w ośrodku koleżanki. Opiekunki początkowo nie chciały w to wierzyć, zbywały mnie, że przecież dziewczynki się droczą. A ja bałam się zasnąć, wejść do pokoju po powrocie z wycieczki. Za każdym razem, kiedy dzwoniłam do domu z automatu, błagałam mamę, żeby po mnie przyjechali (wiedziałam, że tylko ojciec ma auto i prawo jazdy, a odległość była duża). On tylko telefonicznie wymusił zmianę pokoju, dostałam z M. 2-osobowy. Moje "koleżanki" jednak i tak umilały mi pobyt swoimi groźbami. Wciąż codziennie dzwoniłam z płaczem do domu. W połowie 2-tygodniowego wyjazdu rodzice po mnie przyjechali i zabrali do domu. Wiem od matki, że ojciec nie odzywał się do niej przez całą drogę, bo uważał, że przesadzam, a ona wierzy w moje opowieści, a w dodatku zapłacił przecież za 2 tygodnie i nikt mu nie odda za to, z czego nie skorzystałam...
Na kolejne kolonie pojechałam dopiero pod koniec gimnazjum... ze swoimi znajomymi.
Bez morału. Dobrze po tylu latach się z tego oczyścić.
Od zawsze moim marzeniem było posiadanie rodziny. Chciałam gotować obiady, piec ciasta, dbać o to przysłowiowe domowe ognisko. Od trzynastego roku życia wieczorami, gdy jest mi z jakiegoś powodu smutno i źle, uciekam w świat wyobraźni: mam tam męża, który patrzy na mnie zawsze z miłością i całuje wierzch dłoni, małe mieszkanko, którego rozkład i wystrój znam na pamięć, fajną pracę, z której odbiera mnie on i idziemy na obiad do przytulnej knajpki. Wyobrażam sobie zwykłe sytuacje, takie jak zakup płynu do kibla w sklepie... ale ważne, że we dwoje.
Myślę o rzeczach, które pewnie każdy z Was przeżywa codziennie i nie robi z tego wydarzenia życia, ale dla mnie są nieosiągalne. Mam 30 lat, nikt nigdy mnie nie chciał, nikt nigdy nie spojrzał na mnie jak na kobietę. Nigdy nie szłam ulicą trzymając się za rękę z mężczyzną. Jestem przeźroczysta, niewidzialna. Ostatnio z tej tęsknoty zaczęłam perfumować swoje ubrania po domu męskimi perfumami - wyobrażam sobie, że to jego. Nie ma tu zakończenia, chciałam tylko opisać jakim przegrywem jestem.
Jestem mamą ponad 2-letniej dziewczynki. Dziewczynki, która jest totalnym wulkanem energii. Mąż całymi dniami w pracy, ja też pracuję jak tylko mogę, bez żłobka, opiekunki i pomocy rodziców, którzy również pracują.
Nie wychowuję córki bezstresowo, wiem, że to też taki wiek, bunt dwulatka, testowanie na ile może sobie pozwolić, ale jest zwyczajnie nieusłuchana i często niegrzeczna, choć odkąd zaczęła więcej rozumieć stawialiśmy z mężem granice i uczyliśmy zasad. Wiem, że wielu z Was powie "to tylko dziecko, ono nie rozumie". Nieprawda. Przynajmniej moje dziecko rozumie bardzo dużo, chłonie jak gąbka, wie, że źle robi, ale jest tak uparta, że brnie dalej. Ja też jestem uparta, nieczuła na jej wymuszane krzyki. Chcę ją wychować na dobrego człowieka, z empatią podchodzącego do innych ludzi, żeby uczyła się szanować czyjąś pracę i pieniądze, żeby wiedziała, że nie spadają z nieba. Wiem, że do tego długa droga. Jednak nie o tym chciałam tu mówić.
Jak już wspomniałam, całymi dniami jestem z małą sama, chcąc nie chcąc zakupy muszę zrobić z nią, nie mam opcji, żeby ją z kimś zostawić. Niestety dziadkowie kilka razy pozwolili jej jeździć w sklepie tym małym koszykiem i teraz na zrobienie z nią zakupów mam dwie opcje:
1. Na siłę krzyczące i wyrywające się dziecko muszę wsadzić do tego dużego koszyka z miejscem dla dziecka. Ryzyko: potrafi się drzeć całe zakupy. Domyślacie się jakie są spojrzenia ludzi i komentarze: krzywdzę dziecko, znęcam się nad nią, powinni mi zabrać prawa rodzicielskie, albo odwrotnie - rozwydrzony bachor
2. Pozwolić jej jeździć koszykiem po sklepie, wtedy biega po sklepie, prośby, krzyki żeby wróciła nie działają, jakbym się nie starała i nie próbowała. Daję dwa ostrzeżenie, za trzecim zabieram wózek, wtedy jest płacz, rzucanie się na podłogę. Nie reaguję, odchodzę z koszykiem. Ludzie reagują jak w opcji numer 1. Córce po chwili przechodzi, przeprasza i na chwilę jest spokój. Za drugim razem powtórka z rozrywki, za trzecim po prostu wychodzę ze sklepu z wrzeszczącym dzieckiem - zmachana, spocona i zła. Za każdym razem jest tak samo. Ludzie patrzą się na mnie, jakbym robiła jej krzywdę.
Wszędzie czytam o tym, jak to rodzice pozwalają dziecku na wszystko w sklepach, dziecko biega i robi co chce. Z drugiej strony jak nakrzyczę na dziecko (bo w naszym przypadku tłumaczyć będę chyba do śmierci, bo absolutnie wtedy nie zwraca uwagi), to ludzie zwracają mi uwagę jaką to złą matką jestem, bo przecież to tylko dziecko i ono nie rozumie. Co gorsza mówią to do mojego dziecka i mówią: chodź, zabiorę cię od tej złej matki.
Więc teraz powiedzcie mi, co mam zrobić, żeby wszyscy byli zadowoleni? Jestem konsekwentna - źle, pozwoliłabym jej biegać po sklepie - też źle. Robienie zakupów dopiero jak skończy 18 lat nie wchodzi w grę.
Moja rodzina się mnie wyrzekła, bo jestem gejem. Kazali mi się wynosić z domu i więcej na oczy nie pokazywać. To miało miejsce jakieś 10 lat temu, wtedy miałem 19 lat i pracowałem, wiec po prostu bez problemu się z tego domu wyniosłem i wynająłem pokój. Przez kolejne lata nie miałem żadnego kontaktu z rodziną, a w tym czasie przez ogromne szczęście i ciężką pracę udało mi się osiągnąć sukces finansowy. Otworzyłem dwie restauracje i zacząłem bardzo dobrze zarabiać. Dodatkowo mój partner jest lekarzem, więc mogę uczciwie przyznać, że pieniędzy zarabiamy sporo, nie chcąc się chwalić, ale to kluczowe dla wyznania - widać po nas majętność.
Ostatnio po latach odezwała się do mnie matka, była miła, zainteresowana nagle moim życiem, jakby zupełnie zapomniała o wydarzeniu sprzed 10 lat. Chciała się nawet spotkać. Obawiałem się, ale ostatecznie do tego doszło. Przeprosiła mnie za tamte wydarzenia, powiedziała, że chce odnowić kontakt i żyć ze mną jak normalna rodzina. Z początku byłem bardzo szczęśliwy, zawsze brakowało mi rodziny. Naprawdę chciałem naprawić tę relację, jednak dość szybko okazało się, że oni mieli nieco inne zamiary. Wyszło na to, że po ledwie tygodniu normalnej relacji z rodziną, moja matka oznajmiła, że moja siostra ma niepełnosprawne dziecko, które wymaga bardzo drogiego leczenia i ja, jako ten bogaty członek rodziny, mam bez wahania to zasponsorować. Nie zdążyłem nawet za wiele powiedzieć, to była rozmowa telefoniczna, więc oznajmiłem tylko, że całe oszczędności jakie mam poszły na budowę nowego domu. Chciałem nawet dodać, że mogę tylko trochę wesprzeć finansowo, ale nie zdążyłem, bo po słowach o budowie domu matka rozłączyła się, krzycząc na końcu, że jestem niewdzięczny i skończę w piekle.
Później wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że siostra podejrzała na Facebooku jak wygląda moje życie, że mam pieniądze, i powiedziała to rodzicom. Wtedy stwierdzili, że to idealny pomysł, aby pod pretekstem naprawy relacji wyciągnąć ode mnie kasę na leczenie tego dziecka. Wiem to, bo sama siostra odezwała się do mnie po telefonie od matki, ponownie pytając o pieniądze, a gdy odmówiłem z racji podejrzeń po zachowaniu mamy, sama mi to wyjaśniła, aby zadać mi większy ból świadomością, że nawet przez chwile nikt nie pomyślał o mnie na poważnie, a jedynie o moich pieniądzach.
Przyznam, że naprawdę mnie to zabolało. Potrzebowałem czasu, żeby pozbierać się psychicznie. Naprawdę uwierzyłem w tę poprawę relacji. Ostatecznie skończyło się tak, że nie dałem im ani grosza, zablokowałem na portalach i raz na zawsze uciąłem kontakt. Nadal wewnątrz jest mi po prostu przykro, że tacy ludzie są moją rodziną. Pogodziłem się już z tym, ale chyba zawsze w głębi będę czuć ten smutek i odrzucenie. I na koniec powiem, że domyślam się, że wiele osób potępi mnie, że nie dałem pieniędzy na leczenie dziecka, ale proszę, zastanówcie się najpierw, czy wy pomoglibyście ludziom, którzy tak was skrzywdzili.
Jestem adoptowana. Dowiedziałam się o tym w 1 klasie liceum. Od zawsze rodzice mnie sprawdzali, mówili co mam robić, kontrolowali moje życie. Mam 23 lata, pracuję. Jestem na ukończeniu studiów. Chcę iść do dużego miasta, tam kontynuować naukę i pracować, chcę się przeprowadzić. Problem jest w tym, że nie potrafię z rodzicami rozmawiać, nie umiem im mówić o swoich emocjach, uczuciach, problemach. Dlaczego? Zawsze jak z nimi rozmawiam, kończy się to kłótnią. Według nich powinnam być z nimi, bo mi uratowali życie, więc muszę im się odwdzięczyć za to, będąc z nimi w domu i ich słuchając. Ale ja nie chcę. Mam już dość robienia tego, co oni chcą. Chcę zacząć żyć własnym życiem, tak jak ja sobie wymarzyłam. Nie wiem jak im o tym powiedzieć, boję się, że nie będą chcieli mnie znać, a mi już psychika siada.
Dodaj anonimowe wyznanie