#7GwkI
Miałem sąsiadów. Taka rodzinka 2+4. Często u nich bywałem, bo dzieliliśmy razem strych (stare budownictwo). Pamiętam, że synowie moich sąsiadów ciągle pytali kiedy obiad, kolacja albo czy mogą sobie wziąć suchego chleba. Przykro się tego słuchało. Któregoś dnia znów się musiałem przewinąć przez ich mieszkanie i usłyszałem, że chłopaki na obiad dostaną ziemniaki okraszone cebulą. Serce mi pękło, szybko pobiegłem do domu i przyniosłem dla dzieciaków 4 duże kotlety mielone i dałem je matce chłopaków. Poszedłem na strych, zrobiłem co miałem zrobić i wszedłem by oddać klucze. Moim oczom ukazał się taki obraz: tata ma na talerzu dwa moje kotlety, mama jednego, a chłopaki jednego na czterech. Serce pękło mi tego dnia po raz drugi.
Dziś jestem ojcem i często pytam po trzy razy gdy chcę zjeść np. ostatni owoc albo cukierka. Mam nienormowane godziny pracy i spóźniam się na obiad, ale nigdy nie zjadłem zanim nie zapytałem czy wszyscy jedli? Wszyscy normalni rodzice przede wszystkim dbają o zaspokojenie podstawowych potrzeb potomstwa, a tu takie coś. Zastanawiam się co kieruje takimi ludźmi i robią sobie dzieci na potęgę, a potem nie mają im co dać jeść?
Dziś to już są panowie nie chłopcy, ale często zastanawiam się co myślą o swoich rodzicach i dzieciństwie, i jak traktują swoje dzieci.
Normalny człowiek by sobie od ust odjął, a dziecko by nakarmił, a tu proszę tatuś dwa kotlety, a matka jeden, a dzieciom tyle co nic. Aż nóż się w kieszeni otwiera, gdy się coś takiego czyta.
.A jak nie czuję się w roli ojca bądź matki to nie robi dzieci, proste.
Niestety teraz dużo jest takich sytuacji bo 500+ i inne zapomogi. Patologia to wykorzystuje.
I żeby nie było, sam nie pobieram 500+, ale nie mam nic przeciw, jest to dość dobry pomysł aby wspomóc rodziny, ale do cholery jasnej, system w jaki sposób to działa woła o pomstę do nieba....
To jest bardzo smutne, że są takie osoby. Niestety teraz by dostali 500+ i pewnie na dzieci byłaby z tego dodatku taka sama proporcja jak z tych kotletów.
Zabrałabym te kotlety. A dzieciaki zaprosiłabym do siebie na obiad, raz na jakiś czas.
Natomiast obawiam się, że jeśli sąsiadka skapnęłaby się, że ktoś dzieci dokarmia to całkiem przestałaby im jeść dawać.
Moja babcia pochodzi ze wsi, urodziła się w 1936r., jako „środkowa” z czwórki dzieci. Często opowiada „tamtych” czasach (trochę o stylu życia, o biedzie i warunkach, o wojnie). Zasada była taka, że jej ojciec i brat jedli pierwsi, a to co zostało jadły: matka, moja babcia i jej dwie siostry. Babcia często mówi, że to był przejaw szacunku do ojca, tak musiało być i koniec i babcia w to wierzy. Może to wyznanie to jeszcze jakieś pokłosie takiego... stylu życia (nie wiem, czy to odpowiednie określenie).
Rozumiem cię doskonale, moja babcia opowiadała podobne historie. Z tym że z jej opowieści wynikało, że mężczyźni jedli tak, by zawsze i dla kobiet coś pozostało.
Podejrzewam, że chodziło o to, że panowie ciężko pracowali w polu no i mężczyźni ogółem potrzebuja więcej kalorii
Mój dziadek urodził się w czasie wojny. Też pochodził ze wsi, na której do dzisiaj jest koniec świata, ale zupełnie inaczej się zachowywał. Zawsze czekał aż zjedzą, albo nałożą sobie, wszyscy i wtedy dopiero nakładał sobie. Zawsze. Święta czy zwykły dzień. Zawsze czekał aż wszyscy się najedzą, a dopiero wtedy on jadł.
Mój dziadek nie je obiadu dopóki ja nie zjem bym mogła nałożyć sobie ile tylko chcę. Plus gdy skończę dopytuje się czy na pewno nie jestem już głodna
Nigdy tego nie zrozumiem ... nie ważne jakie to czasy i jakie zwyczaje, ale do mnie to zwykle chamstwo i dyskryminacja. Oczywiście, jeżeli mężczyzna ciężko pracuje fixycznie itp. to powinien dostać większą porcje, ale nigdy nie powinno być to tylko ze względu na szacunek "bo to ojciec". Nie, na szacunek każdy sobie musi zasłużyć odwzajemniajac sie tym samym. To jest chore, ze kobiety i dzieci musiały sie bać i jedynie służyć, "bo trzeba mieć respekt przed mężczyzną, w końcu głowa rodzinny". O ile coś takiego w ogóle rodziną można nazwać. Niestety nawet pokolenie naszych rodziców, wciąż po części dalej uważa, ze taka "hierarchia" jest słuszna.
Szacunek powinien być wtedy, gdy się na niego zasłuży. U mnie w domu nikt nie kwestionował, że to ojciec jest głową rodziny, bo najciężej pracował. Tak samo szanowało się mamę - za jej pracę w domu. Nikt nie wybrzydzał jak gotowała, czasami mówiło się, że coś mogłaby poprawić i tyle.
Teraz czasy się zmieniły i mama na stare lata musiała wrócić do pracy, bo już nie bardzo można się utrzymywać z jednej pensji. Mama bardzo to przeżyła, bo nie ma już tyle siły co kiedyś na zajmowanie się domem. Ja czasami odwiedzam rodziców i pomagam im w pracy, ale ten raz na miesiąc jest jak nic.
Ja miałem podobną sytuację w liceum. Poszedłem wieczorem na trening. Kiedy wróciłem nie było już barszczu, który ugotowała moja mama, ponieważ zjadł go mój ojciec. Niby nic takiego, ale tak się najadl, że brzuch go bolał z przejedzenia, a ja poszedłem spać bez kolacji.
Rzeczywiście podobna sytuacja, raz nie dostałeś kolacji, a tamci głodowali prawie codziennie...Biedny Ty ;P
Masakra strasznie przykre
Plottwist: dzieci nie chciały jeść kotletów, więc rodzice podzielili między nie jednego, żeby chociaż spróbowały i przekonały się, czy to na pewno takie niedobre.
Coś w tym jest :) Chciałabym wręcz, żeby tu o to chodziło! Ale niestety, niestety... większe jest prawdopodobieństwo, że tu jednak dzieciaki były pokrzywdzone. Smutne czasy.
Eleczka - niestety masz rację, ale nadal jest spora szansa, że sprawa wyglądała inaczej niż to wygląda na pierwszy rzut oka.
Przyznam, że sama pochodzę z rodziny, która momentami klepała biedę, i byłam tak przyzwyczajona do ubogiego jedzenia (rzędu makaron zalany rosołem z kostki czy inne specjały, na samą myśl o których robi mi się teraz słabo), że inne rzeczy wydawały mi się po prostu nieapetyczne.
WillaWianki - przykro słyszeć o takich sprawach. Chciałabym, żeby nikogo to nie spotykało.
Sytuacja jest bardzo prosta. W dawnych czasach gdy nie było żadnych emerytur ani innych świadczeń socjalnych, rodzice musieli swoje dziecko wychować, ale też zadbać o nie. Dlaczego? Dlatego że z racji że nie było emerytur to dzieci miały utrzymywać rodziców na stare lata, więc w interesie rodziców leżało by dziecko wychować i przy okazji nie zrazić do siebie, nauczyć szacunku itd. Obecnie utrzymanie na starość zapewnia emerytura, więc rodzic nie ma interesu w dbaniu i dzieci. Potężna więź ekonomiczna jaka spajała rodziny została zerwana. Ja tak myślę ale może się mylę, jak tak to poprawcie
@Antrykot "więź ekonomiczna" to dupa a nie więź. Takim postrzeganiem przyjmijmy, że dzieci służą tylko do pracy w gospodarstwie i jako polisa emerytalna, nie ma tu żadnych więzi, uczuć, nawet szacunku tylko tresura
Trochę mnie śmieszy ten komentarz. Tak jakby ludzie robili sobie dzieci tylko i wyłącznie jako zabezpieczenie na stare lata. Może kiedyś tak bywało i nadal pewnie znajda się tacy „rodzice”, ale nie po to robi się dzieci. Przeważnie ma się je bo się chce, bo się je kocha i chce się mieć rodzinę...a nie by sobie robić z nich polisę na przyszłość ;P Moim zdaniem „więź emocjonalna” jest najważniejsza, a nie „ekonomiczna”
Miałam w podstawówce koleżankę, która często do mnie przychodziła. I równie często jadła razem z nami obiad, bo w domu nie raz i nie dwa jedyne co dostawała, to marna kanapka na cały dzień, bo jej matka dbała tylko o 'głowę rodziny' mając w poważaniu dzieci.
Tez widzialam taki przypadek. Kebaby zamawiane jak dzieci nie bylonw domu. Tylko dla rodzicow. Katastrofa