#aDXWd

Dokładnie 10 lat temu zgwałcił mnie MENEL.

Miałam 14 lat. Ja - drobna, niska, szczupła blondynka, która po lekcjach cały dzień spędzała czas z grupą znajomych na podwórku. Dokładnie o godzinie 20.15 musiałam być w domu. Rodzice wtedy przedłużyli mi czas,bo wcześniej musiałam być w domu już o 19.30 A jednak 45 min dłuższej gry w piłkę to było coś! Niestety do dziś mają o to do siebie pretensje.

Wracałam sama, bo nikt nie szedł w moją stronę, ale nie bałam się, przecież małe miasteczko, byłam 500 m od domu, codziennie tędy chodziłam jak i wielu innych ludzi. Tego dnia nie szedł nikt.

Pojawił się ON. Myślałam że znowu będzie chciał pożyczyć dwa złote, ale nagle rzucił się na mnie i zaciągnął mnie w krzaki i uderzył w głowę. Ocknęłam się jak był już we mnie.

Pamiętam wszystko. Jego smród, brak zęba, zez, tłuste włosy i ślinę, która na mnie ciekła mu z pyska. Sapał tak strasznie ciężko sapał. Ja już nie płakałam. Jak skończył dodał zdanie, które do dziś dnia pamiętam "W końcu mogłem wsadzić kutasa do ciepłej cipki" i uciekł.

Pobiegłam do domu. Powiedziałam wszystko rodzicom. Z mamą pojechałam na komisariat, a tata poszedł go szukać. Pamiętam, że zabrał siekierę ze sobą.. nie wiem co by się stało gdyby go znalazł przed policją.

Potem potoczyło się wszystko szybko. Miałam robione mnóstwo badań, na szczęście nie zaraził mnie HIV. Rozprawa, on za kratkami, a my wyprowadziliśmy się stamtąd na strzeżone osiedle do większego miasta, żeby nikt nie wytykał mnie palcami.

Słyszałam jak nieraz mama płakała w nocy i mówiła, że mogła po mnie wyjść, że to jej wina itp. Jest mi jej żal, ale nie umiałam jej pomoc, terapeuta chyba też nie. Nie mieszkam już z rodzicami i wydaje mi się, że stan rodziców jest już lepszy.

A co u mnie? 

Wizyty u psychologa pomagają. Już nie mam myśli samobójczych i nie myje się po 15 razy na dzień, ale zostało jedno... Kiedy mijam żuli mam nadzieję, że będą zdychać, nienawidzę ich. Nie jest mi ich żal. Raz byłam świadkiem jak grupa chłopaków biła kilku takich meneli, a ja stałam i się śmiałam, wyobrażałam sobie, że jest wśród nich "MÓJ MENEL" i że zaraz umrze na moich oczach.

#xTYVg

Przytrafił mi się cud.

Mam 22 lata i mimo stosowania zabezpieczenia, zaszłam w ciążę z moim chłopakiem. To był najgorszy moment mojego życia. Te dwie kreski na teście sprawiły, że prawie zemdlałam. Czułam się jakbym była wtedy w jakimś agonalnym stanie. 


Przez dwa kolejne dni nie mogłam jeść, spać ani nawet się uspokoić. Po prostu leżałam i płakałam w łóżku. W moim życiu nie ma i nigdy nie będzie miejsca na żadne dzieci. Pieniędzy na aborcję też nie miałam. 


Trzeciego dnia tej katorgi samoistnie poroniłam. Nie wiem jak, jestem zdrowa, więc przypuszczam, że mógł podziałać na to mój tragiczny stan psychiczny, ale uważam to za cud. Nigdy nie poczułam takiej ulgi, gdy lekarz potwierdził, ze faktycznie poroniłam. 


Nikomu też nie powiedziałam, ze byłam w ciąży. Nawet chłopakowi. Pewnie nigdy nikomu nie powiem, bo nie chce wracać do tego myślami i myślę, że w pełni zrozumieją to tylko kobiety, które mają podejście do macierzyństwa takie same jak ja.

#5qWtV

W latach 90 byłam 5-latką i umiałam już względnie czytać oraz pisać, a moim największym odkryciem była encyklopedia oraz słowniki. Któregoś dnia, pod toaletką mamy, znalazłam buteleczkę pełną przeźroczystego płynu. Odcyfrowałam napis "Top coat". Czyli prezent od cioci z Anglii, to na pewno. Słowik zdradził mi, co znaczą poszczególne słowa: wierzch płaszcz. Próba na skórze wykazała, że to coś tworzy twardą skorupkę. Do dziś pamiętam, jak zachwycona doszłam do wniosku, że to mikstura do robienia płaszczy nieprzemakalnymi, jak mój, przeciwdeszczowy.

Mama miała piękny, jasnobeżowy, turecki kożuszek z zamszu, mięciutki jak puch. Zawsze o nim mówiła, że nie założy jeśli pada/może padać, bo by przemókł i się zniszczył. Już pewnie wiecie, co postanowiłam zrobić by pomóc mamie. W mojej małej główce zrodziło się przekonanie, że ciocia przysłała to jej, by sama go sobie pomalowała. Starczyło tylko na kawałek rękawa. Bardzo się zdziwiłam i coś mi zaświtało, że chyba moje rozumowanie było błędne, bo coś tego mało jak na cały płaszcz, ale po prostu schowałam buteleczkę po lakierze i udawałam Greka.

Mama jak zobaczyła co stało się z jej kożuszkiem, po prostu siadła i się rozpłakała rzewnymi łzami. Nie skojarzyła zaginięcia buteleczki z plamami na rękawie, oskarżając tatę o niechlujstwo w obchodzeniu się ze swoimi lakierami. Rodzice mieli o to ciche dni przez kilka miesięcy, aż tata kupił jej na milczące przeprosiny nowy, dla świętego spokoju "przyznając" się w ten sposób do winy.

Mnie nigdy nikt o tą zbrodnię nawet nie podejrzewał, a na sugestię ojca, że może to ja coś zmalowałam, niemal wydrapała mu oczy bo "takie mądre, spokojnie, dobre dziecko nie mogłoby czegoś takiego zrobić, no i skąd by lakier wzięło?!!!" a on potem stwierdził, że miała całkowitą rację. Z czasem chyba nawet zaczął wierzyć, że to on jakimś cudem ten płaszczyk wybrudził.

Milczałam latami, bo się bałam i było mi nieziemsko wstyd. Tata zmarł na zawał i w końcu przyznałam się mamie, jak to było, by oczyścić go w jej oczach. Uderzyła mnie w twarz i zerwała kontakt. Nie rozmawiamy ze sobą od trzech lat, mimo moich usilnych prób odzyskania go. Czasami... czasami prawda chyba jednak nie wyzwala.

#uaxho

Od 4 lat jestem pracownikiem zoo i powiem szczerze, że ta praca bywa strasznie męcząca. Nie ze względu na samą pracę, ale przez ludzi, którzy to zoo odwiedzają. Nie widziałam jeszcze takiego wyznania, wiec pomyślałam, że podzielę się kilkoma historiami. Może ludziom otworzy to oczy na pewne sprawy.

• Na początek coś pozornie lajtowego, czyli ludzie, którzy proszą lub żądają od pracowników rzeczy takich jak: "może pani jakoś wypędzić tego tygrysa, żeby wyszedł z kryjówki, bo mój mały Maciuś go nie widzi?", "moja córka chce zdjęcie z surykatką na rękach, zapłaciliśmy za bilety, więc proszę nam pozwolić!". O ile możemy zbyć takich ludzi, to i tak najczęściej kończy się to rzucaniem przedmiotami w zwierzęta, żeby się ruszyły albo składaniem skarg. 

• Zoo to chyba ukochane miejsce madek. Ostatnio znaleźliśmy brudnego pampersa wrzuconego na wybieg. Cud, że zwierzęta się do tego nie dobrały, bo wrzucanie śmieci na wybiegi to standard, tak samo późniejsze problemy ze zwierzętami, które potem zjadają np reklamówki, opakowania po jedzeniu, papierki itd. Ale wracając do madek, śmiecenie już pominę, ale wsadzanie dzieci na barierki, gdzie wystarczy, że omskie się ręka i dziecko może spaść? Ludzie nie myślą, a tablice ostrzegawcze ignorują. Hit z ostatnich dni to sytuacja, gdy dziecko chciało, aby ryś za szybą się poruszył, więc zaczęło mocno uderzać w nią. Jego madka stojąc centralnie na przeciwko informacji o zakazie pukania w szyby, zamiast zwrócić uwagę dziecku, dołączyła do niego. Później tłumaczyła, że chciała tylko filmik nagrać...

• Jedno z rzadszych zjawisk, ale najgorszych. Czyli pijani ludzie lub tacy bez rozumu, którzy chcą się popisać. A konkretniej to próby wchodzenia na wybiegi. W niektórych miejscach barierki są dość niskie, np na wybiegu dla surykatek. Zdarza się, że ktoś chce zabłysnąć lub stracił rozum i próbuje przejść przez taką barierkę. 

• I ponownie niebezpieczne, tylko tym razem dla zwierząt. A chodzi mi o ludzi, którzy celowo próbują krzywdzić zwierzęta. Byłam świadkiem, gdy jakiś facet skorzystał z tego, że jelenie czasem podchodzą do barierek i oblał jedno zwierzę piwem. Bardzo często zdarza się, że ludzie próbują karmić zwierzęta np goframi, lodami czy słodyczami z pobliskich stoisk, mimo setek znaków o zakazie dokarmiania. Kilka lat temu mieliśmy dziwny przypadek, że ktoś na wybieg antylop wrzucał bułki, w których były szpilki. Sprawca na szczęście został złapany, a tłumaczył, że zrobił to dla żartu.

Mogłabym opisać jeszcze znacznie więcej, ale mam limit znaków. Więc myślę, że tyle wystarczy, a ludzie, którzy pasują do choć jednego z opisów, może zastanowią się nad sobą następnym razem, zanim przejdą do czynów. Ludziom na ogół nic się dzieje, w razie czego zdążamy pomóc, ale wiele było już przypadków, że zwierzęta w zoo giną przez turystów.

Nie zdajecie sobie sprawy, że nawet głupia reklamówka po pączku, którą zje zwierze, może je zabić. Najczęstszą przyczyną takich śmierci jest to, że ludziom nie chce się podejść do śmietnika.

#ivVvD

Poznałam mojego męża 3 lata temu. Bardzo imponowało mi to jak się opiekuję i troszczy o swoją mamę. Niestety to, co wzięłam za oznakę odpowiedzialności okazało się być znamieniem nieodciętej pępowiny z mamusią. Po ślubie zamieszkaliśmy w tym samym mieście.

Codziennie do niego dzwoniła, codziennie chciała by ją odwiedzał, a kiedy nie przychodził dzwoniła, że źle się czuje i ma natychmiast do niej iść. Jak już zaczął widzieć co jego rodzicielka odstawia zaczęło się robić „grubiej”. Dzwoniły do niego koleżanki z reprymendą, że matka się źle czuje a on ma ją gdzieś i zajmuje się ciężarną żoną zamiast mamusią.

Dodam może, że teściowa to kobieta w wieku 55 lat, sprawna, pracująca. Nasze życie było koszmarem, co z tego, że między nami wszystko się układało skoro ciągle między nami stała matka? Mąż nie potrafił się odciąć. W końcu nie wytrzymałam i spakowałam mu walizki. Po tygodniu mieszkania z mamą wrócił do mnie i błagał o wybaczenie. Uciął z nią kontakt do minimum, przez pół roku było wszystko idealnie. 2 tygodnie temu zadzwoniła do niego matka z informacją, że ma raka. Nie wierzę w to.

Nie widział żadnych wyników badań, ma nie mówić nikomu z rodziny. Sprawa śmierdzi na odległość. Niestety znowu zaczęły się codziennie telefony i to takie z histerycznym płaczem „synku dlaczego mnie porzuciłeś?”.
Nie mam dużej siły na trójkącik ja-mąż-mamusia :|.

#jre9J

Mam dużego labradora. Mój pies nie darzy mnie szczególną sympatią, w sumie tylko mnie, resztę rodziny lubi. Potrafi się do nich przytulić, a do mnie jeszcze nigdy nie przyszedł.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia wskoczył mi na kolana i zaczął się przytulać. Niby wszystko fajnie, szkoda tylko, że chwilę wcześniej wrócił z podwórka, gdzie wytaplał się w jakieś padlinie...

#fjYfD

Jakieś trzy miesiące temu opisywałem wam moje problemy z narzeczoną, która nie chce mieć dzieci i że rozważałem przez to odejście (dla zainteresowanych 83kOJ). Kilkoro z was prosiło mnie, żebym napisał, jak to się skończyło, ale tego sam się nie spodziewałem. Przepraszam za ewentualny chaos, to było 3 miesiące temu.

Rozmowa była trudna, bałem się jej jak diabli, bo jak mówiłem w poprzedniej historii, nadal narzeczoną bardzo kocham. Żadne rozmowy nie przynosiły skutku, więc nie myślałem, że jeśli powiem, że chcę odejść to coś zmieni. Nie chciałem też wymuszać na niej czegokolwiek. Jak się pewnie domyślacie (lub nie), kiedy powiedziałem, że chcę odejść ona powiedziała, że będzie matką, tylko żebym nie odchodził. Tego też nie chciałem. Najpierw była panika z jej strony, udało mi się ją uspokoić i w końcu po prawie dwóch latach wykręcania się powiedziała mi wszystko.

Nie wspominałem tego w poprzedniej historii, bo nie myślałem, że to ważne. Otóż moje dziewczę pochodzi z rozbitej rodziny. Jej ojciec zostawił ich jakiś czas po tym, jak urodził mu się najmłodszy syn, który urodził się chory (obecnie funkcjonuje bardzo dobrze), bo go to "przerosło". Nie chcę się wdawać w szczegóły, w końcu to anonimowe, w każdym razie jej ojciec bardzo inteligentnie powiedział mojej obecnej narzeczonej kiedy była jeszcze dzieckiem, że to przez nich zostawił matkę, którą bardzo kochał, bo dzieci wszystko zniszczyły (?!). 


Wiedziałem, że jej relacje z ojcem są kiepskie, w sumie nie widziałem go od wielu lat, nawet nie pamiętam, jak wygląda. Ona sobie ubzdurała, że jak coś będzie nie tak z dziećmi, to ją też zostawię... A ona chce mieć dzieci, tylko się boi. Dlatego było mi tak trudno uwierzyć, że ona "po prostu nie chce mieć dzieci". Zwyczajnie widziałem jak zajmuje się bratankiem, jak chętnie się z nim bawi, jak dobrze sobie radziła kiedy moje rodzeństwo było jeszcze małe. Przez to ciągle ją wypytywałem o co naprawdę chodzi.

Poszliśmy na terapię, jest dużo lepiej, choć to dopiero początek, to efekty naprawdę już widać. Teraz to się wręcz napaliła, wciąż planuje jak urządzi dziecku sypialnię, jakie zabawki kupimy. Tylko jeszcze czasami ma takie "napady" strachu. Wtedy płacze, przytula się do mnie i pyta, czy na pewno jej nie zostawię, jeśli coś pójdzie nie tak, bo jej mama nie dawała sobie rady (fakt, nie ma dziadków, jej matka była całkiem sama z tym wszystkim, dodatków zbyt dużych wtedy nie było, więc klepali często biedę, alimenty nie starczyły na wszystko, np. leki dla brata były drogie). W sumie mam wrażenie, że jest dużo szczęśliwsza. Najpierw bałem się, że kłamie, żebym przy niej został, ale wygląda na to, że nie (nawet rozmawiałem na ten temat z psychoterapeutą).

Apeli nie lubicie, ale taka moja rada. Szczerość w związku to bardzo ważna sprawa, nie zapominajcie o tym.

#I5m4b

Był środek sierpnia. Miałam 12 lat i mieszkaliśmy wtedy na wsi. Mama robiła przetwory z wiśni, właśnie gotowała weki (jeśli ktoś nie wie na czym to polega, to wkłada się do dużego garnka słoiki z owocami, wlewa w to wody i całość gotuje przez jakiś czas). Przyszła babcia i poprosiła mamę, żeby z nią na chwilę poszła do ogrodu, za domem, w czymś tam jej pomóc. 

Mama powiedziała, że zaraz wraca i kazała mi przypilnować weki. Miałam tylko przykręcić gaz, gdyby gotowały się za mocno, a jakby to nie pomogło, to go całkiem wyłączyć.

Jak to zwykle bywa coś tam się przedłużyło i mamy długo nie było. Weki mocno się gotowały, zmniejszyłam gaz (tak, że nadal się gotowały, ale słabiej) i wtedy zauważyłam, że w garnku zostało mało wody (bo cześć już po prostu wyparowała). Postanowiłam więc, że jej doleję (chociaż mama nic o tym nie wspominała).

Dolałam więc do tego wszystkiego zimnej wody z kranu. Nie wiedziałam, że nie powinnam. Nie miałam pojęcia co się stanie. Słoiki dosłownie eksplodowały. Szkło było wszędzie (w tym na mnie, powbijane też).

Pamiętam, że chwilę później do domu wszedł tata. Miał tego dnia wrócić dużo później, ale różne zbiegi okoliczności sprawiły, że wrócił wcześniej. Przeznaczenie? Przypadek? Nie wiem, ale jego szybka i przytomna reakcja prawdopodobnie uratowała mi wzrok. 

Nie dotykał mi twarzy i mnie też nie pozwolił tego robić. Okręcił mnie ręcznikiem, wsadził do samochodu i popędziliśmy na pogotowie.

Dzisiaj mam już prawie 30 lat. Mieszkam w mieście i nikt tutaj nie wie co się wtedy wydarzyło. Nikomu nie mówiłam, bo po co? Nie ma sensu. Zresztą nie lubię do tego wracać. Wszystko ze mną w porządku, tylko że jednak nie.

Boję się dźwięku gotującej się wody (już nawet nie samego wrzątku, tylko tego dźwięku). Kiedyś miałam nawet problem, żeby zaparzyć sobie kawę, czy herbatę, bo od czajnika biło gorąco (czyli może jednak wrzątku też się boję?), no i ten dźwięk, który słychać było jeszcze chwilę temu. Koszmar! Problemem jest nawet (a może szczególnie) gotująca się zupa. Kiedy to słyszę to ogarnia mnie ogromny niepokój, a czasem panika i na czoło wstępuje mi pot. Lata mijają, a praktycznie nic się nie poprawia.

Nigdy nie byłam u psychologa. Jako dziecko nikt mnie nie zaprowadził, bo w tamtych czasach tego się po prostu nie robiło (a już szczególnie na wsi). Nikomu to nawet do głowy nie przyszło. Jako dorosła też nie poszłam. Nie wiem w sumie czemu, chyba mi głupio powiedzieć, że boję się dźwięku gotującej się wody. To nawet głupio brzmi! Obawiam się zbagatelizowania sprawy i wyśmiania, bo niektórzy mają naprawdę dużo większe i poważniejsze problemy życiowe i jakoś sobie radzą, a ja tak średnio. Wstyd mi.

Niby wiem, że nie powinno się z nikim porównywać, bo każdy inaczej reaguje na trudności ale ciężko mi jednak tego nie robić.
Dodaj anonimowe wyznanie