#LPFej

Krótki wstęp: Od razu chcę zaznaczyć że nigdy nie byłem homofobem, ale po tej akcji czuję że moje podejście do gejów zmieniło się o 180 stopni, po prostu tak obrzydliwie się w życiu nie czułem.

Sama krzywa historia: Byłem przejazdem w mieście gdzie już nie mieszkam, i musiałem tam przenocować. Wcześniej odezwał się kumpel z którym dawno się nie widziałem i zaprosił na wódkę.


Znamy się od czasów kiedy mieszkaliśmy na tym samym piętrze w akademiku, kumplowaliśmy się bo było sporo wspólnych tematów i zainteresowań, po za tym już w tamte czasy podejrzewałem że jest gejem-nigdy nie miał dziewczyny mimo wieku, zachowania i sposób bycia zdradzały go. Nigdy tego tematu nie poruszałem z nim, więc nie byłem w 100% pewny swojej teorii.

W dzień mojego przyjazdu do miasta poszliśmy pić wódkę w mieście. Wracając do domu dwa razy mnie dziwnie przytulił, jak laska, a po powrocie do domu zaczął się żalić na samotność. Wysłuchałem go, dałem kilka rad. Nie powiedział wcześniej że jest możliwość spania tylko razem na dużej kanapie. Po pijaku czasem zdarzało się spać na domówkach z jednym przyjacielem, ale wiadomo, w ubraniach i w stanie takim że już ciężko było chodzić, więc stwierdziłem że jakoś przemęczę się tej nocy.

On dał mi kołdrę, ja się położyłem obok ściany i momentalnie zasnąłem. Obudziłem się od tego, że jego ręka była na mojej klacie. Na początku pomyślałem że to przypadek i zabrałem mu rękę z powrotem. Za chwilę zaczął mi głaskać kutasa i próbował dojść palcami do odbytu. Drugi raz zabrałem rękę a on dalej. Ja nigdy w życiu tak się wystraszyłem, wziąłem kołdrę i poduszkę, i następnie położyłem się na podłodze. Wstałem o 7, zgarnąłem rzeczy i wyszedłem.

Minęło dwa dni, i od tamtego momentu wciąż mi ta sytuacja siedzi w głowie, czuję maksymalne obrzydzenie. Mam nadzieję że to mi szybko minie, jeśli ktoś ma ochotę skomentować to chętnie poczytam wasze opinie na temat tej historii.

#FbVwc

Dziś, po dość długim czasie niewidzenia się z moim narzeczonym, wreszcie znaleźliśmy moment dla siebie. Oczywiście spożytkowaliśmy go oddając się namiętnej miłości.

Namiętnej? Co ja mówię! Można by rzec, że poszło na ostro! Podarłam Mackowi koszulę i rozdrapałam plecy. Sama zaś skończyłam z potężną malinką na szyi i podbitym okiem. To ostatnie to akurat nie bezpośredni efekt naszych drapieżnych uniesień, ale mały wypadek pod prysznicem, gdzie w procesie wiadomej czynności poślizgnęłam się i wyrżnęłam twarzą w stojaczek na mydło.

Teraz siedzę w tramwaju i jadę na uniwersytet, gdzie pracuję. Będę dawała wykład o aspektach przemocy domowej. Mimo grubego makijażu, moje obrażenia są i tak bardzo widoczne.

#c3n8n

Kiedy jestem chora i mam zatkany nos, zawsze powraca do mnie największa zmora mojego dzieciństwa - wyobrażam sobie, że zostałam porwana i oprawcy zaklejają mi usta taśmą klejącą, a ja umieram z powodu uduszenia się przez brak dopływu powietrza, który utrudnia zatkany nos.

Dlatego ustaliłam sobie, że jak zostanę porwana, to od razu powiem porywaczom, żeby mi nie zaklejali buzi, bo mam katar.

#42v0Z

Zacznę od tego, że mam 23 lata i mam chore serce, co jest dosyć istotne.
Mieszkam i utrzymuję się sama co niby nie powinno być trudne za przeciętną pensje dla jednej osoby. W pracy zawsze uśmiechnięta, spokojna, pomocna i to ja zawsze trzymam zespół w dobrych humorach - normalnie dusza towarzystwa!
Zawsze wszyscy chwalą moje samozaparcie do bycia "fit", dążenia do celów, bo co dzień do pracy i z powrotem chodzę na pieszo - 3 km w jedną stronę. 


Jak pytają po co to mówię, że zbieram na wakacje czy tam coś i w ogóle to spacer nie zaszkodzi a nawet lekarz zalecił dużo ruchu. Nikt jednak nie zna całej prawdy... Mianowicie po opłaceniu wszystkiego, zrobieniu zapasów jedzonka i kupieniu leków (które są strasznie drogie ale bez nich może być ze mną źle) po prostu już nie starcza mi na nic. Nieraz musiałam pożyczać bo nawet na te leki brakło.


Tylko po prostu z jednej strony wstyd mi się przyznać bo boje się reakcji ludzi, że dorosła kobieta, a nie potrafi zarządzać swoim życiem i pieniędzmi. A druga strona medalu to obawa przed współczuciem i robieniem ze mnie ofiary... Jestem sama więc nawet nie miałam komu się wygadac z moich rozterek :(.

#R4BeT

Wraz z korpokolegą Ryśkiem zaszyliśmy się w pracowniczej kuchni na standardowe ploteczki. Chłop był trochę zrozpaczony, bo w następną środę koniecznie musiał mieć wolne z powodu jakiś ważnych (jak mi powiedział) spraw, a jednocześnie wiedział, że jego szef za nic mu na to nie pozwoli, bo, mówiąc korpomową; "backlogi, fackupy i asapy" - czyli jednym słowem, dużo pracy.

Ale wiadomo, jesień, na zewnątrz chłód, łatwo o chorobę. Postanowił więc raz, wyjątkowo, wziąć udawane L4. Żeby uniknąć podejrzeń, trochę wcześniej zaczął w pracy narzekać na samopoczucie, coś tam zakaszlał, coś tam pociągnął nosem, we wtorek poszedł do lekarza i zwolnienie gotowe. SMS-owo poinformował swój zespół, że to zwykła grypa.

Trzy dni później siedziałam rano w swoim akwarium (jak ja to nazywam, bo jest to mały pokoik, prawie całkiem przeszklony, połączony z gabinetem menadżera), kiedy mój szef, Franio, wszedł do środka w białej, lekarskiej maseczce.
- O nie, jakieś choróbsko? - zapytałam (w korporacjach niezależnie od stanowiska nie używa się form "pan" i "pani").
- Jeszcze nie! Bogu dzięki! Ale już coś mnie w gardle skrobie, nie słyszałaś, EPIDEMIA jest! A ja nie mogę być chory!

Postanowiłam więc zobaczyć, co też się dzieje na piętrze. Okazało się, że pustych miejsc jest niezwykle dużo, chociaż dochodziła już dziesiąta.

Oto co odkryłam - wkrótce po odejściu mojego korpokolegi na "L4" jedna dziewczyna zaczęła narzekać, że TO chyba na nią przeszło. Ta kobieta to typ osoby, który bierze zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące z zadziwiającą systematycznością; ale to nic, fala ruszyła. Po chwili wszyscy narzekali na Ryśka, że to on przychodził chory, a L4 wziął dopiero po jakimś czasie. Coraz więcej ludzi złapało "Ryśkową grypę", zaczynali pić uzdrawiające napoje z paracetamolem i chodzić w białych maseczkach.

W poniedziałek, kiedy Rysiek wrócił, co najmniej jedna czwarta osób była już na L4 z powodu tej grypy. Co więcej, kolega nawet dostał specjalny opierdziel od przełożonego, że bardzo doceniają jego zaangażowanie, ale absolutnie nie może chodzić do pracy chory.

I tak oto kolega "wybił" sporą część zespołu za pomocą nigdy nieistniejącej grypy, a wszystko dlatego, że - jak się później okazało - kończył się sezon w jego ulubionej grze online, a on naprawdę musiał go skończyć z dobrym wynikiem.

#uUBCi

Mam takie małe dziwactwo, polegające na ciągłym przeglądaniu osób zaginionych. Robię to kilka razy dziennie, zapamiętuję imiona, nazwiska, wiek. Czasami przyglądam się zdjęciom bardzo długo. I nie tylko z Polski, z całego świata. Liczę chyba na to, że idąc ulicą kogoś rozpoznam i będę w stanie pomóc rodzinie odnaleźć kogoś im bliskiego.

#Bj3El

Odkąd pamiętam ojciec miał problemy z alkoholem. Uważałem kiedyś, że to normalne, że wypije, pokrzyczy i się go boję bo przecież to ojciec. W dni, kiedy był trzeźwy dbał o czystość w domu, gotował. Jak w normalnej rodzinie. Jednak gdy wypił w domu było piekło. Często bałem się wracać do domu po szkole. Robił różne awantury. Obrażał, klnął na mnie, brata i mamę, dochodziło do przemocy fizycznej. 

W końcu od niego odeszliśmy choć nie było to łatwe. Przez lata utrzymywaliśmy kontakt, spotykaliśmy się. Bywało różnie. Czasami godzinami potrafił przez telefon wygrażać mi czy mamie. Jednak zawsze nam pomagał i chciał pomóc.
Pewnego dnia po prostu coś się zmieniło w nim, stał się w końcu tatą, którego przez wszystkie lata mi brakowało. Po prostu usiadł i zapytał jak mi się układa i powiedział, że zawsze mogę na niego liczyć. To była zwyczajna rozmowa taty i syna.

I najgorsze jest to, że gdy się już zmienił i stał się tatą to parę dni później zmarł.

#XGemb

Zawsze przed zaśnięciem wyobrażam sobie, że morduję ludzi. Mam tak już od bardzo długiego czasu. Jakoś tak mnie to uspokaja i pozwala zasnąć. Nie potrafię wyobrazić sobie nic innego przed snem. Zawsze mam ubrany długi płaszcz i chodzę po centrum miasta. Czasem są to ludzie znajomi, którzy nadepnęli mi na odcisk, a czasem zupełnie nieznajomi. Myślę, że byłoby fajnie robić to zawodowo i żyć z tego.

Na co dzień ludzie mnie drażnią i życzę im czasem bardzo źle. Nie mogę się doczekać by w mojej wyobraźni coś im zrobić. Jednakże z drugiej strony medalu, gdy przyjdzie co do czego, potrafię pomóc kiedy ktoś mnie poprosi.

Ostatnio została zakupiona rzecz. Owy długi płaszcz rodem z Matrixa. Czy powinno być to martwiące? Raczej nie, po prostu lubię sobie to wyobrażać.

#wVUgd

Z moją babcią miałam raczej słaby kontakt, bo zmarła kiedy byłam jeszcze mała i mieszkała daleko od nas, ale do dziś mam w głowie bardzo silne wspomnienie z nią związane. To było jakoś na początku szkoły, mogłam mieć z siedem, osiem lat. Bawiłam się na placu zabaw razem z innymi dziećmi, babcia była obok na ławce i mnie pilnowała. W pewnym momencie wstała i bez jednego słowa wzięła mnie za rękę i wyprowadziła z placu. 


Miała przy tym taką minę, że bałam się odezwać. W domu, kiedy mama wróciła z pracy, zamknęła się z nią w kuchni i długo rozmawiały. Mama parę razy podniosła głos, a potem usłyszałam płacz. Byłam mocno wystraszona i nie mogłam wytrzymać, tak mnie zżerała ciekawość, że bez pukania weszłam do kuchni i spytałam, dlaczego przez babcię mama płacze. Mama powiedziała do babci, żeby nic nie mówiła, ale ona już sobie przygotowała wypowiedź. 

- Kiedy byłam taka mała jak ty, mieszkaliśmy na wsi. Wszyscy wszystkich znali, nikt nie bał się sąsiada, obok którego mieszkało się tyle lat. Niedaleko nas, za mostem, mieszkał pewien człowiek, na którego wołali Chudy Józio. Był w wieku mojego dziadka, niewiele mówił, ale dla każdego był miły. Uwielbiał dzieci. Przed mszą, siadał sobie na ławce pod kościołem i zapraszał do siebie dzieci, żeby siedziały mu na kolanach i opowiadały mu historie ze szkoły. Czasami zagadywał do nich, gdy wracały do domu, częstował cukierkami, gdy go odwiedzały. Sprawiał wrażenie bardzo dobrego, skromnego człowieka. 


Do głowy nikomu nie przyszło, że może robić coś złego. Zresztą kto kiedy słyszał o czymś takim jak "zły dotyk"? Bywało, że moje koleżanki, które go odwiedzały, nie robiły tego później. Gdy je pytałam dlaczego, mówiły, że trochę za długo je głaszcze po buzi i przytula. Nie wiedziały, czy to jest złe, ale nie lubiły tego. Rodzice uznali, że dzieci są nieśmiałe, i wręcz siłą zmuszali swoje pociechy, by do niego podchodziły po mszy i zanosiły mu do domu bułki albo chleb, bo w ich opinii był bardzo biedny i niezaradny. Pewnego dnia szłam do sąsiadki po mleko od krowy i Józio stał przy płocie. Zaprosił mnie do ogrodu, żebym mu pomogła zerwać z drzewa śliwki. Najpierw się zawahałam, ale posłuchałam go i weszłam na drabinę. Pamiętam jakby to było wczoraj, gdy mnie podtrzymywał, dotykając nóg pod spódniczką, jak sapał mi do ucha, gdy mu zrywałam te cholerne śliwki. 


Powiedziałam, że muszę iść po to mleko i uciekałam, aż się kurzyło.
Kiedy bawiłaś się na placu, zobaczyłam człowieka, który wyglądał jak Józio. Cichy, niepozorny staruszek, którego się nigdy nie podejrzewa o nawet jedno złe słowo na kogoś innego. Wróciły wspomnienia. Nie mogłam pozwolić, by i tobie coś się stało.
Do teraz, gdy o tym pomyślę, przechodzą mnie ciarki. W końcu każdy z nas może mieć za sąsiada takiego Józia.
Dodaj anonimowe wyznanie