#I5m4b
Mama powiedziała, że zaraz wraca i kazała mi przypilnować weki. Miałam tylko przykręcić gaz, gdyby gotowały się za mocno, a jakby to nie pomogło, to go całkiem wyłączyć.
Jak to zwykle bywa coś tam się przedłużyło i mamy długo nie było. Weki mocno się gotowały, zmniejszyłam gaz (tak, że nadal się gotowały, ale słabiej) i wtedy zauważyłam, że w garnku zostało mało wody (bo cześć już po prostu wyparowała). Postanowiłam więc, że jej doleję (chociaż mama nic o tym nie wspominała).
Dolałam więc do tego wszystkiego zimnej wody z kranu. Nie wiedziałam, że nie powinnam. Nie miałam pojęcia co się stanie. Słoiki dosłownie eksplodowały. Szkło było wszędzie (w tym na mnie, powbijane też).
Pamiętam, że chwilę później do domu wszedł tata. Miał tego dnia wrócić dużo później, ale różne zbiegi okoliczności sprawiły, że wrócił wcześniej. Przeznaczenie? Przypadek? Nie wiem, ale jego szybka i przytomna reakcja prawdopodobnie uratowała mi wzrok.
Nie dotykał mi twarzy i mnie też nie pozwolił tego robić. Okręcił mnie ręcznikiem, wsadził do samochodu i popędziliśmy na pogotowie.
Dzisiaj mam już prawie 30 lat. Mieszkam w mieście i nikt tutaj nie wie co się wtedy wydarzyło. Nikomu nie mówiłam, bo po co? Nie ma sensu. Zresztą nie lubię do tego wracać. Wszystko ze mną w porządku, tylko że jednak nie.
Boję się dźwięku gotującej się wody (już nawet nie samego wrzątku, tylko tego dźwięku). Kiedyś miałam nawet problem, żeby zaparzyć sobie kawę, czy herbatę, bo od czajnika biło gorąco (czyli może jednak wrzątku też się boję?), no i ten dźwięk, który słychać było jeszcze chwilę temu. Koszmar! Problemem jest nawet (a może szczególnie) gotująca się zupa. Kiedy to słyszę to ogarnia mnie ogromny niepokój, a czasem panika i na czoło wstępuje mi pot. Lata mijają, a praktycznie nic się nie poprawia.
Nigdy nie byłam u psychologa. Jako dziecko nikt mnie nie zaprowadził, bo w tamtych czasach tego się po prostu nie robiło (a już szczególnie na wsi). Nikomu to nawet do głowy nie przyszło. Jako dorosła też nie poszłam. Nie wiem w sumie czemu, chyba mi głupio powiedzieć, że boję się dźwięku gotującej się wody. To nawet głupio brzmi! Obawiam się zbagatelizowania sprawy i wyśmiania, bo niektórzy mają naprawdę dużo większe i poważniejsze problemy życiowe i jakoś sobie radzą, a ja tak średnio. Wstyd mi.
Niby wiem, że nie powinno się z nikim porównywać, bo każdy inaczej reaguje na trudności ale ciężko mi jednak tego nie robić.
Możesz iść do psychologa teraz, nawet po latach, może Ci pomoże. Brawa dla Twojego taty za szybką reakcję.
I za zimną krew, opanowanie, zachowanie zdrowego rozsądku. Niejedna osoba w takiej sytuacji, przez panikę, zaczęłaby pewnie kombinować z wyjmowaniem tego szkła i oczyszczaniem z niego skóry na własną rękę, dopiero później myślałaby o lekarzu.
Każdy ma swoją psychikę i różnie radzi sobie z problemami. Dla jednego taka sytuacja byłaby niczym i sam by sobie z nią poradził, a znowu dla drugiego jest na tyle trudna, że nie może z nią normalnie funkcjonować. Jeśli uważasz, że dla Ciebie jest to za dużo pójdź do psychologa, albo porozmawiaj z zaufaną osobą. Życzę powodzenia w przełamaniu strachu
Psycholog jest dokladnie od tego aby pomagal ludziom z problemami a takowym jest u Ciebie gotowana woda. Nie sadze aby to bylo glupie, strach jak strach jeden sie boi pajakow inny wysokosci a Ty wody. Sprobuj kto nie podejmuje walki nie moze wygrać :)
Dla mnie ten lęk ma więcej sensu niż strach przed pająkami - człowiek przeżył największy w swoim życiu strach i podświadomie połączył go z tym co się działo tuż przed.
I żeby nie było, nie wyśmiewam się z ludzi bojących się nie wiadomo czemu. Po prostu w tej sytuacji sama pewnie bałabym się gotującej wody.
Głowa do góry i pozbądź się blokującego wstydu. Różni ludzie mają różne fobie na skutek przeżytych traum- dźwięk gotującej się wody, jedna piosenka, ślimaki (znam osobiście), nierówny chodnik. Wizyta u psychologa Ci ulży, a właśnie o to w tym chodzi. Nikt nie będzie na Ciebie krzywo patrzył, a na pewno nie dobry psycholog. Trzymam kciuki!
Pielęgnujesz swoją fobie. Tak jak można dbać o ciało tak samo można dbać o psychikę. Walcz z tym jeżeli nie chcesz iść do psychologa. Poza tym on jest jak trener, pokaże Ci co masz robić ale nie pstryknie palcami i nie dokona cudów. Dużo podróżuje na własna rękę, kiedyś na pewnej wyspie musiałam spać w głęboko położonej piwnicy bez okien. Kiedy wróciłam do pl odkryłam ze dostaje dosłownie ataków paniki w ciasnych pomieszczeniach. Byłam na siebie wściekła. Rozumiem ze ludzie maja fobie. Ale ja ich mieć nie będę. Jak tylko nadarzyła się okazja, wchodziłam do ciasnych miejsc, np. Winda, sportowe auto. I tłumaczyłam sobie ze przecież nie ma zagrożenia. Robiłam tak dotąd aż mi nie minęło. Udało się, czasem jeszcze zdarza mi się w samolocie ale odwracam swoją uwagę czymś innym. Da się z tym walczyć. Jak z nadwaga. Ale trzeba chcieć! Nie umiesz sama, idź do specjalisty.
Potężna arachnofobia. Taka, że nie mogłam patrzeć nawet na obrazki pająków czy choćby rysunki ołówkiem. Mdłości, drgawki, odruchy wymiotne.
W końcu stwierdziłam - dość tego do jasnej cholery! Nie będzie pająk pluł mi w twarz... ;)
Poszłam na wystawę pająków, wyjaśniłam sprawę opiekunowi wystawy i poprosiłam, by dał mi ptasznika do potrzymania. Jak będę gotowa oczywiście, bo nie chcę rzucić istotką o ścianę.
Zajęło mi to 2 godziny. Prawie godzinę, by w ogóle móc PATRZEĆ.
Trzęsłam się, płakałam, prawie porzygałam ze strachu. Ale ptasznika do ręki wzięłam. Nawet dwa. Jednego położyłam sobie na twarz.
Okazało się, że są niesamowicie delikatne i leciutkie jak piórko. A wyglądają na ciężkie kloce.
Da się samemu wyjść z fobii. Jak człowiek ma już serdecznie dość ograniczania siebie własnym strachem, to i bez pomocy psychologa sobie poradzi. Jak słusznie napisałaś - trzeba chcieć!
Nie masz nic innego niż zespół stresu pourazowego. Z tym już się chodzi do psychologa/psychiatry.
to dobrze, ze jednak ci sie nic nie stalo, ze widzisz
idz do psychologa na terapie leku, desensetyzacje, nikt nie bedzie cie ocenial
Kup sobie czajnik elektryczny - zapłacisz ze dwie/trzy stówy. Szybszy, bezpieczniejszy, praktyczniejszy.
Ale po co aż tak drogi? XD
Tak, jak pisze derp. Autorka boi się również (a może przede wszystkim) samego dźwięku gotującej się wody. W czajniku elektrycznym woda wyraźnie bulgocze, nie trzeba specjalnie nasłuchiwać, by to usłyszeć. We wszystkich elektrycznych, które miałam, bulgotanie było słuchać o wiele bardziej, niż w zwykłym czajniku.
@StaryTapczan
Słychać, ale elektryczny sam się wyłącza po zagotowaniu, więc autorka może wyjść z kuchni i wrócić, gdy bulgotanie się uspokoi.
Widziałam to zeznanie kiedyś, bez dramatycznego końca jak to źle autorce, anonimowe zmienia wyznania, albo znowu ktoś skopiowal
Może próbuj się jakoś przełamywać małymi kroczkami, od właśnie zaparzania kawy i herbaty, przez gotowanie ryżu, zup, az po normalne funkcjonowanie. Ewentualnie spróbuj z psychologiem.
Powodzenia i pozdrawiam