#iFnbC

Pracowałem jako kontroler biletów w jednej z prywatnych firm. Tego dnia pracowałem razem z Wieśkiem - kanarem z 15-letnim stażem. 

Gdy przechodziliśmy razem przez ulicę Wiesiek znalazł leżący na chodniku portfel. W środku nie było wiele. Jakieś 20 kilka złotych i dowód osobisty. Dla Wieśka, który był bardzo pazerny na pieniądze, było to za mało. Po zabraniu pieniędzy wyjął bloczek z "mandatami" i na podstawie danych z dowodu osobistego wypisał karę za przejazd bez biletu. Dla kilku złotych prowizji wypisał karę osobie, która być może nigdy autobusem nie jechała.

Miałem duże wątpliwości, lecz nie mogłem tego tak zostawić. Następnego dnia poszedłem do kierownika i opowiedziałem o całym zdarzeniu. 

Wiesiek podczas rozmowy z kierownikiem wszystkiego się wyparł. Rozpowiedział potem wszystkim, że jestem donosicielem i jeszcze na dodatek wymyślam na niego niestworzone rzeczy. A kierownik z braku dowodów nic Wieśkowi zrobić nie mógł.
Trzy tygodnie później Wiesiek wyleciał z hukiem. 

Ukaraną osobą okazał się brat jakiegoś wysoko postawionego policjanta. Mimo to dla pozostałych pracowników byłem tylko kapusiem, przez którego Wiesiek został zwolniony. 
Nikt już nie chciał ze mną pracować.

#R1XfK

Gdy miałam naście lat moi rodzice hodowli kaczki. Akurat wykluły się młode, więc tym chętniej zachodziłam karmić kwoki i żółciutkie maleństwa. 

Raz przypadkiem przy głaskaniu kwoki nie zauważyłam jednego kaczątka za sobą i usiadłam na niego tyłkiem. Niestety kaczuszka umarła. Nigdy nie zapomnę reakcji jego matki. Zaczęła głośno nad nim lamentować, trącać go dziobem, biegać w kółko wokół niego. Tej rozpaczy po stracie dziecka nie dało się znieść. Pozostałe dzieci skuliły się w grupce pod lampą nie wiedząc co się dzieje.

Od tego wydarzenia kaczka wyraźnie zmarniała. Nie chciała jeść, pić, ciągle siedziała w kurniku. Nigdy nikomu nie powiedziałam, że to ja wtedy zabiłam jej dziecko, a potem i kwokę, bo i ją po niedługim czasie znaleźliśmy martwą. Prześladuje mnie to do dziś. Po tym wydarzeniu nigdy już nie tknęłam żadnego mięsa.

#X8mfc

Ostatnie wyznanie o "pięknej ale głupiej" sprawiło, że chcę trochę opowiedzieć o sobie...

Moja mama to trochę taka Andżela z osiedla.

Urodziła się w bloku, zamiast do szkoły chodziła na piwko za garaże, w zawodówce zaszła w ciąże, facet ją porzucił i teraz pracuje na czarno, żeby nie płacić alimentów, a ona sama zarabia na kasie w miejscowym monopolowym, gdzie wszyscy znają ją z jej przyjemnej urody, krótkiej, obcisłej sukienki i zadbanych paznokci.

Jest dobrą matką, kocham ją. Nie jest najmądrzejsza, łączy panterkę z różowymi botkami i skórę ma spaloną od solara, ale każda matka dla swojego dziecka jest najcudowniejsza. A ona zawsze o mnie dbała. Wiedziała, że przez błędy swojej młodości spędza życie w zaniedbanej kawalerce, więc postanowiła, że nie pozwoli mi ich popełniać. Dała mi jedno z tych dziwnych, zangielszczonych imion, jakby już wyobrażała sobie, jak w limuzynie objeżdżam Stany Zjednoczone. Oczywiście powód do śmiechu, szczególnie teraz.

Urodziłam się więc na blokowisku, ale od urodzenia byłam zapisywana na dodatkowe zajęcia; francuski, korki z matmy, poezja dla przedszkolaka. Mama dużo dla mnie poświęciła - chodzi też o wygląd, jak aparat na zęby, zresztą, brzydka nigdy nie byłam. Dwa lata temu poszłam na studia, które zamieniły się w studia zaoczne - pochwaliłam się mamie, że udało mi się dostać staż w dużej korporacji, że teraz sama mogę opłacać studia a nawet wysłać jej trochę pieniędzy, żeby mogła kupić tą wymarzoną kanapę ze szwedzkiego sklepu.

Co za sukces! Tyle radości widziałam na jej twarzy, kiedy wróciłam do domu. Udało się - córka wrosła do innego świata.

To nieprawda. Wiedziałam, że studia dużo kosztują, a mama zarabia mało, więc faktycznie weszłam do świata biznesu - jako kochanka tych, co są tam na szczycie. Dziwka, prostytutka, pani do towarzystwa, może trochę wyżej klasy, ale to tylko wymówka. Poszłam jeszcze gorszą drogą, nic nie zmieniły dodatkowe zajęcia, pieniądze wkładane w edukacje, pouczania. Wybrałam łatwą ścieżkę.

Napisałabym - okej, skończę studia, skończę i z tym. Ale nie wiem, czy to prawda. Praca po studiach szybko nie da mi tych pieniędzy, drogich restauracji i fajnych ubrań. Nie da mi hajsu na fryzjera dla mamy, na odpłacenie jej za te lata przeżyte dla mnie.

Lubię swoje studia, są związane z biznesem, ale nie fascynują mnie, nie wyobrażam sobie, jak miałabym je wdrożyć w życie. A tak - korzystam z urody, oszczędzam na boku, nie wysilam się za bardzo, przebywam w miejscach, o których nigdy nie myślałam, zwisając z trzepaka w obszarpanych spodniach.

Może moja godność miałaby się lepiej, gdybym się wstydziła, żałowała, posypywała włosy popiołem i płakała w poduszkę. Ale nie jest mi żal, nie jest mi smutno. Podoba mi się. I tylko czasem przez głowię przelatuje mi myśl, czy to tak aby na pewno powinno być...

#sAzjc

Był rok 2000, na święta dostałam od rodziców cudowne sanki - nie takie zwykłe, tylko zaprojektowane i pięknie pomalowane przez mojego Tatę, z dobrym siedziskiem i materiałową podpórką pod plecy. W mojej rodzinie wtedy się nie przelewało, za to zawsze dostawałam od rodziców takie właśnie cudowne, własnoręcznie robione prezenty.

Jako dosyć samodzielna 7-latka, w czasie ferii codziennie sama szłam te kilka ulic do domu kultury na półkolonie, ciągnąć za sobą moje ukochane sanki, które bardzo się podobały wszystkim dzieciakom.

Na moje nieszczęście, sanki upatrzyli sobie także dwaj nastoletni bracia z bloku obok.

Pewnego dnia, wracając po południu z domu kultury i będąc już niemalże pod moim blokiem, poczułam, jak ktoś obejmuje moją szyję swoim ramieniem, a drugą ręką wpycha mi brudny śnieg do buzi. Potem zostałam rzucona na ziemię, kopnięta w brzuch przez drugiego chłopaka i zostawiona w takim stanie. Jakoś udało mi się, mimo potoku łez, dotrzeć do mieszkania, już bez moich sanek, które zostały mi zabrane.

Rodzice byli już w domu i kiedy zobaczyli mnie zapłakaną i dowiedzieli się, co mi się stało, wpadli w złość, szczególnie mój Tato - jest on na co dzień bardzo spokojnym człowiekiem, ale tamtego dnia wyglądał, jakby dostał ataku furii. Jako że nie miałam problemu ze zidentyfikowaniem geniuszy zła, którzy mnie tak potraktowali, Tato szybko udał się do ich mieszkania.

O tym, co się tam wydarzyło, dowiedziałam się dopiero po latach: owi chłopacy byli synami dosyć znanego w okolicy lekarza. Kiedy mój wściekły Tata zaczął mu opowiadać, co jego synowie mi zrobili (a dowód, w postaci sanek, został szybko zlokalizowany w ich piwnicy), pan doktor wpadł w taki szał, że grubym paskiem natłukł tym dwóm nastolatkom na tyłek. Mój Tata nawet próbował go powstrzymać, bo u nas w domu nigdy nie stosowało się kar cielesnych, ale pan doktor nie miał problemu z przełożeniem dwóch chłopaków w wieku gimnazjalnym przez kolano. To nie był koniec kary - po kilku dnia doktor zadzwonił do moich rodziców referując, że synowie zostali wysłani na wolontariat do hospicjum.

Z mojej ówczesnej perspektywy całe zajście nie skończyło się dla mnie, o dziwo, żadną traumą. Rodzice zadziałali bardzo szybko i wysłali mnie na lekcje taekwondo, które stało się moją pasją i pozwoliło mi pokonać strach. Sanki oczywiście też odzyskałam.

Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że wczoraj odwiedzając moja bardzo chorą ciocię w hospicjum natknęliśmy się na jednego z moich ówczesnych oprawców - jest obecnie pielęgniarzem. Nie, nie rozmawiałam z nim, ale cieszę się, że ta kara, którą nałożył na niego wtedy jego ojciec, zaowocowała tym, że dzisiaj wykonuje tak ciężką, ale potrzebną, pracę. Cieszę się, że "wyszedł na ludzi".
A wszystko przez to, że kiedyś postanowił ukraść moje sanki...

#5ieJ0

Jestem celebrytką osiedlową. 

Pracowałam rok w osiedlowym sklepie, przez co poznałam większość sąsiadów. Wcześniej mieszkałam tu już 2 lata, a nikt mi nie odpowiadał "dzień dobry". 
Teraz ludzie zaczepiają mnie na ulicy, by sobie pogadać, często też przepuszczano mnie w kolejce w supermarkecie, dzieci mówiły mi "cześć" albo się kłaniały, bezdomni zawsze pytali mnie jak dzień, bo to z nimi rozmawiałam zawsze najszczerzej. 

Czasem miałam wrażenie, że robię za terapeutę, bo ludzie dzielili się ze mną swoimi ciężkimi sekretami takimi jak zabieg u ginekologa, śmierć żony, trudy opieki nad chorą córką. Raz przyszedł pan po 50., może starszy, który od początku mnie nie lubił. Tego dnia był jednak miły. Już miał odejść od lady, gdy powiedział: "Miałem swoją pierwszą miłość. Jechała wczoraj z mężem i dziećmi samochodem. Zderzyli się z tirem. Wszyscy nie żyją, tylko ona w stanie ciężkim jest w szpitalu". Zamurowało mnie, a on odszedł z czerwonymi oczyma od nadchodzącego płaczu. Naprawdę nic mną w tej pracy nie wstrząsnęło jak to co mi powiedział ten dziadek. 
Często płakałam przez historie klientów. Innym razem koleżanka z pracy w ramach ciekawostki powiedziała, że mój ulubiony bezdomny się powiesił. W domu ryczałam jak powalona, a na drugi dzień wypytałam jego kolegę kiedy i gdzie będzie pogrzeb. On żył! To nie ten bezdomny! Pewnego razu obok sklepu był wypadek. Zginął bardzo lubiany sąsiad. Nie zliczę ile osób płakało mi w rękaw z jego powodu. Ja tego faceta nawet nie znałam, przynajmniej tak myślę. 

Ta praca wyczerpała mnie psychicznie. Z zewnątrz byłam miła, dawałam się wygadać, a w środku wszystko przeżywałam. Znienawidziłam ludzi. 
Zaczęłam mieć koszmary, w których próbuję zamknąć sklep i iść do domu, ale oni wszyscy napierają na drzwi i próbują wedrzeć się do środka, bo muszą mi o czymś powiedzieć.

#61Ofl

Skończyłam dobre studia, pracuję w dużej korporacji, która nawet chce mnie wysłać na rok do oddziału w Singapurze.

Tylko cóż z tego, skoro moją wymarzoną pracą jest... sprzątanie. Tak, uwielbiam sprzątać, podczas studenckich wakacji radośnie dorabiałam jako pokojówka. Obecnie moją "pasję" realizuję przez weekendowe akcje czyszczenia mieszkania na błysk i sprzątanie miejsc publicznych w ramach wolontariatu.

Z jednej strony doceniam aspekt finansowy mojej nudnej biurowej pracy, z drugiej jednak byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie, gdybym mogła realizować się w pełni jako sprzątaczka.

Powstrzymuje mnie jednak myśl, że zrobiłabym tym przykrość rodzicom, którzy odbierali sobie jedzenie z ust byleby zapewnić mi jak najlepszą edukacje.

Tak więc pozostaję mi robienie bałaganu na sobotnie sprzątanie.

#yNlnK

Pracuję w niedużej firmie, która właśnie przenosi swoją siedzibę. Okazało się, że nowe biuro wymaga jeszcze kilku prac remontowych, a równocześnie właściciel poprzedniego lokalu nie zgodził się na przedłużenie naszego pobytu. Podczas spotkania zaproponowałem wynajęcie magazynu, w którym moglibyśmy przechować część sprzętu. Pomysł przeszedł. Zrobiłem małe rozeznanie wśród znajomych i udało mi się znaleźć kontakt do osoby, która za niewielką opłatą zgodziła się wynająć odpowiednie pomieszczenie. Właścicielka udzieliła mi bardzo dokładnych informacji, przekazała klucze i poinformowała, że w każdej chwili możemy zacząć przenosić nasze graty. Większość rzeczy omówiliśmy telefonicznie i uzgodniliśmy, że umowę spiszemy przy okazji kilka dni później. W ciągu tygodnia zdążyliśmy przenieść połowę biurowego sprzętu, włącznie z drukarką 3D, telewizorami i kilkoma komputerami stacjonarnymi. Przez cały ten czas nie udawało mi się złapać z właścicielką, ale specjalnie się tym nie przejąłem - w końcu to zaufana, polecona osoba.

Po wolnym weekendzie odwiedziłem magazyn. Zostały w nim w zasadzie tylko meble. Od kilku godzin bezskutecznie próbuję skontaktować się z najemcą, kumpel twierdzi, że to niemożliwe, bo jego firma wielokrotnie korzystała z usług tej pani. Cóż, zgadnijcie, kto zaraz straci pracę.
Dodaj anonimowe wyznanie