#6MVJy

Będzie o tym, jak po 3 latach rzuciłam palenie. W ohydnych okolicznościach.

Przez kilka dni miałam porządne rozwolnienie. Wodniste, czasem zielone, normalnie kosmos w tyłku. Brałam tabletki i przez jakieś 3-4 godziny funkcjonowałam bez latania do toalety. Jako palacz nie mogłam się obejść bez papieroska, tak że późno w nocy poszłam na balkon zapalić. Papieros odpalony, ja zadowolona, bo głód nikotynowy znika, aż nagle czuję, jak coś chce natychmiast wyjść. No ale to nie pierwszy raz, a zwieracze mam dobre, nie raz, nie dwa dupa próbowała mnie oszukać i nigdy jej nie wyszło, to co będę gasić i lecieć. No i to był błąd. Zesrałam się w gacie. Papieros dawno zgaszony, a ja nie mogłam się ruszyć... Aż nagle poczułam, że to wszystko zaczyna spływać mi po nogach. Co gorsza w pokoju śpi narzeczony, więc ja dreptam do kibelka, krople po drodze na podłodze zostają, ale dotarłam do celu. Umyłam się, wyprałam majtki i umyłam podłogę.
Od tamtego czasu papieros kojarzył mi się z tą sytuacją i zamiast czuć się "zrelaksowana", czułam wstyd i obrzydzenie.

Każdy mi gratuluje rzucenia i pyta jak to zrobić, a ja mówię, że to przez moją silną wolę. Nikt do dzisiaj nie wie, jaka jest prawdziwa przyczyna. I pewnie nigdy się nie dowie.

#ldGXA

Czytając historię #Wex6j poczułam że muszę się komuś wyżalić.

Również boję się niepełnosprawnych. Do pewnego czasu był to nieuzasadniony lęk. Po prostu jak widziałam kogoś niepełnosprawnego, to oddalałam się. Do czasu.

Mając może 12, góra 13 lat, pojechałam jak co roku na kolonie. W naszym hotelu były również inne kolonie, oprócz tej mojej chyba jeszcze ze trzy inne. I właśnie jedną z nich była kolonią dla dzieci upośledzonych, głównie psychicznie. Już sama ich obecność mnie stresowała. Drugiego dnia tak się złożyło, że nasze kolonie miały w tym samym czasie śniadanie. Sam posiłek jakoś przetrwałam i nawet się uspokoiłam, bo mieliśmy zaraz wychodzić i wrócić dopiero wieczorem. Jako dziecko uwielbiające herbatę stwierdziłam, że zrobię sobie jeszcze jedną zanim wyjedziemy, więc skierowałam się do bufetu, gdzie były takie wielkie termosy z gorącą wodą do zaparzenia kawy lub herbaty. I kiedy radośnie wybierałam herbatę, usłyszałam za plecami dziki wrzask niczym u rannego dzikiego zwierzęcia, a potem poczułam silne pchnięcie w plecy i kopniaka. Zaatakował mnie chłopiec z tej kolonii dla upośledzonych. Nim dobiegły do nas opiekunki, zdążył mnie mocno skopać, podrapać do krwi w kilku miejscach i opluć.

I można by pomyśleć, że skończyło się dobrze. Że opiekunki nas rozdzieliły i wszystko między sobą wyjaśniły. Otóż nie do końca. Opiekunka tego chłopca zwalała winę na mnie. MNIE! Że to moja wina, że zostałam zaatakowana i powinnam przeprosić Piotrusia, że się przeze mnie zdenerwował. Wiecie co go zdenerwowało? To że śmiałam ubrać się w koszulkę na ramiączkach i krótkie spodenki i Piotruś widział moją białą skórę obsypaną pieprzykami! Że Piotrusia denerwuje wszystko, co wygląda inaczej!

Po tej akcji do końca kolonii bałam się chodzić na posiłki i w ogóle wychodzić z pokoju, bo za każdym razem jak tylko mnie ten chłopak widział, to biegł z dzikim wrzątkiem w moja stronę i musiałam uciekać. Skończyło się to na tym, że przez dwa tygodnie chodziłam po ośrodku w obstawie swych najwyższych kolegów, bo tylko tak się czułam bezpiecznie.

#JwNZ3

W najbliższą sobotę wychodzę za mąż. Moja matka od momentu, gdy mój związek zaczął wyglądać na bardziej przyszłościowy, nie dopuszczała do siebie myśli, że ślub jest możliwy. Początkowo nieśmiałe, a z czasem coraz bardziej konkretne rozmowy o planach na przyszłość kwitowała słowami "jeszcze ci się zmieni", "nie żartuj", "nieprawda, zawsze będziesz ze mną". Początkowo sądziłam, że chodzi jej o niektóre cechy mojego wybranka - np. to, że pracuje podczas studiów, co uważa za głupotę, chociaż w jego branży kogoś po studiach bez doświadczenia nie chcą, albo że zagłosował w wyborach na inną partię niż ona. Z czasem zdałam sobie sprawę, że to nie o to chodzi, tylko... ona naprawdę jest święcie przekonana, że do ślubu nie dojdzie.

Właśnie wróciłam z kolejnego kursu przewożenia moich rzeczy do mieszkania, do którego się wprowadzimy po powiedzeniu sobie "tak". Ona wymyśliła, że żartuję, i że po prostu się wyprowadzam - nie wiem, skąd bym miała na to pieniądze, bo studiuję i pracuję na tylko część etatu, i by wystarczyło tylko na opłacenie małej części rachunków (mieszkanie w dużym mieście pozdrawia), oraz że niedługo zmienię zdanie i wrócę do mojej kochanej mamusi. Nie wiem, jakim cudem może ignorować fakt, że w mojej szafie wisi suknia i welon, co chwilę dzwonię do różnych osób związanych ze ślubem i weselem (począwszy od księdza na kwiaciarni kończąc) i to, że głównie o tym rozmawiam z ojcem i siostrą.

Cóż, czekam do soboty. Nie wiem, co chce ugrać - czy rzuci się na mnie, jak będę szła do ołtarza, błagając, żebym jej nie zostawiała, czy się w ogóle nie pojawi w kościele, a może w końcu to zaakceptuje. Jedno jest pewne, ma mocno nierówno pod sufitem, a ja nie wiem, co tak właściwie z tym zrobić.

#W0Ept

Parę lat temu, kiedy to kończyłam podstawówkę, poszłam z moją kumpelą na wagary. Gdy chodzenie po parku i jedzeniu smakołyków nam się znudziło, postanowiłyśmy podzwonić do ludzi i gadać różne teksty. Po paru takich próbach dodzwoniłam się do pewnej pani i od razu wyskoczyłam z tekstem "Witam, tu radio takie a takie, wygrała pani 10 tys złotych, jak się pani z tym czuje?".

Gdy usłyszałam po drugiej stronie głos staruszki szczęśliwej z tego, że coś wygrała, zamarłam.. od razu się rozłączyłam. Czułam się źle z tym, że ta pani została oszukana Do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, chciałabym, aby ten telefon nie został wykonany. Oszukałam tę panią i jeszcze przez wiele lat nie wybaczę sobie tego.

#L0vpw

Moja siostra umarła na białaczkę. Była starsza o osiem lat, właściwie od kiedy pamiętam była chora. Pamiętam ciągłe przesiadywanie rodziców na zmianę w szpitalu, kiedy ja też potrzebowałam ich uwagi. Zamiast się ze mną bawić, oni skakali wokół niej albo siedzieli z nią w szpitalu. Wyzdrowiała, ale wciąż cały świat kręcił się wokół niej. Bo a to żeby się nie zaziębiła, a to kontrole…

Gdy miała 15 lat, nastąpił nawrót. Ja miałam wtedy 7. Okazało się, że jedyna dla niej szansa to przeszczep szpiku. Przeszczep, którego tylko ja mogłam być dawcą. Polskie prawodawstwo pozwala na taki przeszczep wyjątkowo (to bodaj jedyna sytuacja, w której dawcą może być dziecko - szpik oraz rodzeństwo), pod warunkiem tego, że zgodzą się zarówno rodzice, jak i to dziecko.

A ja się nie zgodziłam. Wszystko kręci się wokół niej i teraz jeszcze ja mam się dla niej nacierpieć? Nie, nie ma szans. Rodzice prosili, naciskali, ale etyka lekarska i prawo nie pozwalały na zmuszenie mnie do tego.

Siostra zmarła kilka miesięcy po mojej odmowie.
Dzisiaj nie potrafię z tym żyć.

#V2GZV

Mam prawo jazdy od roku. Robiłam je dwa lata, dokupiłam sporo godzin. Jak widać miałam trochę czasu, aby się oswoić z prowadzeniem auta.

No właśnie nie... Boję się prowadzić, wiem, że ten kto siedzi obok nie ma hamulca, jak było na naukach. Nigdy nie spowodowałam wypadku, nie porysowałam samochodu. Kilka razy ktoś mnie wytrąbił - miałam takie wyrzuty sumienia, jakbym zrobiła komuś krzywdę. Mam wrażenie, że nie będę w stanie zareagować w sytuacji niebezpieczeństwa albo że zapomnę spojrzeć w lusterko i spowoduję wypadek.

Prawo jazdy było moim marzeniem... Nie wiem, czy kiedyś będę w stanie swobodnie prowadzić, bez trzęsących rąk i totalnej paniki.

#8xLUU

Dzwonek do furtki. Odbieram domofon - świadkowie Jehowy. On i ona.

- Dzień dobry, chcieliśmy porozmawiać, czy Bóg zsyła cierpienie i dlaczego inni cierpią.
- Chwileczkę - odpowiadam.
Kończę rozmowę i wyjeżdżam przed dom cały na biało. Oczom świadków ukazuje się gość na wózku inwalidzkim bez nóg, bo te stracił w wypadku. Widzę, że świadków zamurowało. Tak totalnie, więc się odezwałem:
- Tak, Bóg zsyła cierpienie, ale nie cierpią inni, tylko ja. I cierpię także za was.
No i nastała ta niezręczna, dłuuuuga cisza. W końcu on się odezwał:
- Śliczny piesek, do widzenia.

Ciekaw jestem kiedy znów do mnie zawitają...

#0GHvX

Ostatnio zaprosiłem do siebie znajomych z pracy. Moja dziewczyna zrobiła kolację, ja przygotowałem planszówki i w efekcie spędziliśmy miły wieczór. No… prawie miły.

W pewnym momencie powiedziałem do mojej koleżanki, że dobrze się z nią pracuje i jest świetnym analitykiem. W tym samym momencie moja dziewczyna wstała, wydarła się, żebym sobie zatem zamieszkał z koleżanką, po czym trzasnęła drzwiami i wyszła z domu.

Naprawdę wstyd mi pokazywać się teraz w robocie po tej scenie, a na dodatek moja dziewczyna nadal się do mnie nie odzywa. Serio? Co ja zrobiłem źle?

#uGi2L

Moi rodzice uchodzą wśród części rodziny i sąsiadów za biedne starsze małżeństwo, od których niedobry syn się odwrócił.

Wszystko zaczęło się w wakacje, połowie lat osiemdziesiątych, miałem wtedy sześć lat. Ania, moja starsza siostra, miała siedemnaście. Mimo dużej różnicy wieku, byliśmy sobie bardzo bliscy. Mieszkaliśmy parę kilometrów od dość popularnej turystycznej miejscowości. Pewnego razu Ania wybrała się na dyskotekę do tamtego miasteczka. Trochę posprzeczała się z chłopakiem i pieszo zdecydowała się wrócić do domu. Po drodze nikogo więcej nie było. Zatrzymał się obok niej samochód, wysiadło z niego trzech facetów i skrzywdziło moją siostrę. Najprawdopodobniej byli to turyści.

W nocy obudziła mnie straszna awantura. W kuchni zobaczyłem zapłakaną, krwawiącą i poobijaną siostrę. Ojciec natychmiast odesłał mnie do pokoju, ale i tak podsłuchiwałem. Mimo że miałem sześć lat, do dziś to pamiętam. Rodzice wrzeszczeli na siostrę, że wstyd im przyniosła, co ludzie powiedzą, żaden facet jej teraz nie zechce itp. Oczywiście nie było opcji, żeby zgłosili sprawę na milicję.

Nasza wioska jest mała, wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a wtedy ksiądz był najważniejszą osobą, niemal wyrocznią. Z samego rana rodzice zaciągnęli Anię do spowiedzi, ksiądz poruszył sprawę na najbliższym kazaniu. Ania prawie nie wychodziła z pokoju, znajomi albo się nie odzywali, albo nasi rodzice ich odprawiali. Często siedziałem przy niej, przytulałem, nie bardzo rozumiałem czemu jest tak strasznie smutna i często płacze, czemu rodzice są na nią tacy źli. Pewnego dnia, na początku września ojciec pojechał do pracy, mnie matka miała odprowadzić do przedszkola i zrobić zakupy. Na do widzenia siostra mocno mnie przytuliła i kazała pamiętać, że bardzo mnie kocha. Po powrocie do domu matka znalazła ją powieszoną. Dość długo byłem zły na Anię, że mnie zostawiła, ale im byłem starszy, tym więcej rozumiałem. Tuż przed wyprowadzką z domu wygarnąłem wszystko rodzicom. Ojciec kazał mi się wynosić i nie wracać, aż będę gotowy przeprosić. Z chęcią to zrobiłem. Matka jak zwykle nie protestowała, słowo męża to dla niej prawo.

Udało mi się ułożyć życie. Mam wspaniałą żonę i dwóch synów. Żona wie o wszystkim, namówiła mnie na kilka wizyt u psychologa, dobrze mi to zrobiło. Z rodzicami nie utrzymywałem kontaktu, poinformowałem, że się ożeniłem i mam dzieci. Niedawno odezwała się do mnie ciotka. Ojciec miał ostry udar, rodzice potrzebują pomocy. Pojechałem zobaczyć w jak żałosnym jest stanie. Matka płakała i prosiła o pomoc w opiece i leczeniu. Odmówiłem. Może i jestem wyrodny, ale nie chcę po tym wszystkim i pomagać. Kiedy ktoś ma o to pretensje, otwarcie mówię czemu. Ciotka uważa, że to były inne czasy i muszę ich zrozumieć, bo przecież to moi rodzice. Nie zmienię zdania.
Dodaj anonimowe wyznanie