#bVRwf

Nie cierpię swojego młodszego rodzeństwa.

Moi rodzice są w średnim wieku, mam starsze rodzeństwo i myśleliśmy, że więcej nas już w domu nie będzie. Okazało się jednak, że byliśmy w błędzie, moi rodzice od zawsze wiedzieli, że nie chcę mieć młodszego brata ani siostry, nawet kiedy mama była w ciąży, ale nie było tego jeszcze widać, zapytała, czy chciałabym mieć rodzeństwo, a ja zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie. No ale trudno, stało się.

Nie cierpię młodszego rodzeństwa, bo jest to małe, rozwrzeszczane dziecko, któremu wszystko wolno, bo jest jeszcze małe (ale chodzi i próbuje mówić). Muszę się nim cały czas zajmować, nawet jeśli wracam ze szkoły o 17, a na następny dzień mam trzy sprawdziany. Tłumaczenie, że przecież to nie moje dziecko zostaje zbite odpowiedzią „ale twoje rodzeństwo”. Nie mam odwagi ani śmiałości powiedzieć, że go nie chcę i nigdy nie chciałam, bo to jednak moi rodzice. Ostatnio zbiło mi okulary (mam mocną wadę wzroku, przez co muszę je nosić w szkole, żeby widzieć cokolwiek z tablicy), po prostu leżały sobie na stole, bo bolały mnie oczy. Oczywiście kiedy rodzice się dowiedzieli, powiedzieli, że to nie ich problem, że go nie upilnowałam i sama mam sobie zarobić na nowe szkiełka. Kiedy mówię im, że nie chcę go pilnować, bo jestem zmęczona albo muszę się uczyć, to pytają czym, skoro i tak nic nie robię. Oczywiście uczenie się to nic.

Nie wiem już co robić, nie chcę nikomu o tym mówić, żeby rodzice nie mieli problemów, albo żebym ja nie miała problemu od nich, a rozmowy z nimi nic nie dają. To nawet nie są rozmowy, tylko krzyczenie na mnie, że nic nie robię, a dzieckiem się zająć nie chcę.

#346rr

Jako że próbuję się odchudzać, a nie potrafię sobie wyobrazić dnia bez wizyty w Maku, opracowałem nową dietę. Zawsze kupuję tam pierwszy posiłek (a co, najwięcej kalorii trzeba dostarczyć sobie z rana - a na szczęście wstaję późno, więc daję radę wszamać śniadanko, gdy już jest klasyczna oferta, bo śniadaniowa jest fe), a potem do końca dnia sama sałata czy jakieś zmiksowane owoce kupione w formie gotowca.
Jak na razie chudnę, a kiedy znajomi pytają, co to za genialna dieta, to zmieniam temat. :D

#1zoGA

Wybrałam się kiedyś na randkę z chłopakiem, który pochodzi ze Śląska. Ważne jest to, że ja pochodzę z innego regionu Polski, więc śląski język czy gwara jaką się posługują nie były mi zbytnio znane.

Poszliśmy do przytulnej restauracji.
On nawet niczego sobie - miły, sympatyczny, z poczuciem humoru. W pewnej chwili pomyślałam sobie, że nawet jest w pewnym sensie w moim guście.
Kwiatki, winko, kolacja przy świecach. Idealnie!
Czar prysł, kiedy w owej restauracji mój prawie ideał z szerokim uśmiechem na twarzy powiedział mi:
- TY ŻEŚ DZIOUCHA JEST DUPNO!!!

Pierwsze co przyszło mi do głowy, to strzelić mu w pysk i wyjść.. i tak zrobiłam.
Dopiero później, kiedy byłam już w domu, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki się wyżalić i opowiedzieć jej o całej sytuacji. Dopiero ona mnie uświadomiła, co to znaczy DUPNO DZIOUCHA.
Na pewno nie jest to ktoś, kto ma gruby tyłek.

#RMyCZ

Pojawiło się ostatnio parę historii na temat imion, to zdradzę własne - mam na imię Sambor (od razu mówię, nie szukajcie mnie na fejsie, bo nie mam, tak że przynajmniej trochę anonimowości zachowam :D). Wszystko było cacy, ludzie reagowali w stylu „o, ale rzadkie imię”, a potem znajomość toczyła się normalnie. No, dopóki w pewnym popularnym serialu nie pojawił się lekarz o takim nazwisku. Od tamtej pory zawsze jest „ha, ha, to jak ten lekarz z serialu, ale on miał takie nazwisko, a ty masz imię? serio?”. I ciągle dostaję od różnych ludzi ksywki w stylu „Doktorek”. Już mnie to męczy…

#PZ9mg

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą, nielubiącą projektów grupowych.
Ze względu na fakt, że dobrze się uczyłam, każdy chciał być ze mną w grupie.

W gimnazjum nauczyciel z historii wymyślił akademię o II wojnie światowej, którą przygotować miały trzecie klasy (co roku był inny temat).
Grupy po pięć osób miały przygotować prezentację, np: obrona Westerplatte, bitwa nad rzeką Bzurą czy bitwa o Anglię, byłam w grupie z Maćkiem, Antkiem, Kamilem i Olą.
Chłopaki byli zagrożeni jedynką na koniec roku z historii, a Ola to trójkowa uczennica. Nauczyciel obiecał, że jeśli prezentacje będą dokładne, uczestnikom podniesie oceny z przedmiotu. Teoretycznie chłopakom powinno zależeć na zrobieniu naprawdę dobrej pracy.

Ja miałam znaleźć wszystkie informacje i ciekawostki na temat naszego zagadnienia, chłopcy wydrukować kilka zdjęć z internetu, a Ola to wszystko fajnie "przykleić" na planszę.
I jak zwykle, okazało się ostatniego dnia, że chłopcy nie mieli czasu na wydrukowanie zdjęć, a Ola nie może przyjść do mnie po artykuły i inne rzeczy, które znalazłam na temat naszej pracy i nie "sklei" tego w całość.

Standardowo ja zrobiłabym całą pracę sama, a na drugi dzień przedstawiłabym ją nauczycielowi z grupą. Nie tym razem.

Do szkoły przyniosłam teczkę z moją częścią pracy i przedstawiłam ją nauczycielowi.
Jako że wykonałam część pracy, nauczyciel postawił mi 5, Ola i chłopaki dostali po jedynce, co skutkowało, że Maciek, Antek i Kamil nie zdali.

Na szczęście to był koniec roku, a do liceum poszłam do innego miasta, bo nie miałabym życia w gimnazjum.
Ale nie żałuję.

Anonimowe?

Wiedziałam, że jeśli przyniosę tylko moją część pracy, to nauczyciel ze względu na to, że mnie lubił i tak postawi mi dobrą ocenę.

#YaGqa

W moim domu rodzinnym zawsze panowała zasada, że to mężczyzna rządzi, a kobieta ma być uległa, posłuszna i na każde zawołanie swego pana. Moich rodziców tak wychowano, więc owe zasady próbowali także wpoić mi i mojej siostrze. No niestety, ani mi, ani jej nigdy to nie pasowało, buntowałyśmy się, bo to co nam wpajano było dla nas irracjonalne. Np. sytuacje, gdy ojciec leżał na kanapie przed TV, a nam i matce rozkazał posprzątać cały dom. Albo gdy mieli problemy finansowe i ojciec uznał, że jego nowa konsola jest ważniejszym wydatkiem niż leczenie zęba mamy.

Moja matka zawsze godziła się na to wszystko. Ojciec był dla niej jak wyrocznia, żadnej decyzji nie potrafiła podjąć bez niego. Zresztą nawet nie mogła. To wszystko miało smutne zakończenie, bo gdy dorosłyśmy z siostrą i każda poszła na swoje, ojciec zabronił matce się z nami kontaktować. Przypuszczamy, że chodziło to, że był zły, że "zerwałyśmy się ze smyczy" oraz zazdrosny, że powodzi nam się lepiej niż jemu, a przecież jesteśmy kobietami.

I tak przez dobre kilka lat nie miałyśmy żadnego kontaktu z rodzicami. Aż pewnego dnia u progu moich drzwi stanęła matka. Wyglądała jak wrak człowieka. W skrócie opowiedziała, że odkąd nas nie ma w domu, ojciec wyżywa się na niej, bije ją i znęca się psychicznie. Na moje pytanie czemu tak późno przejrzała na oczy, ta stwierdziła, że kilka miesięcy temu zdiagnozowano u niej raka, a ojciec nie pozwala jej się leczyć i ona już nie daje rady. Cóż, mogłabym zakończyć to wyznanie mówiąc, że uratowałam mamę przed ojcem zwyrodnialcem, ale nie do końca tak było. Mama zmarła kilka miesięcy po tym, odkąd się u mnie zatrzymała, a ojciec na pogrzebie podczas przemowy bez cienia skrępowania ogłosił, że dobrze się stało, bo matka była nieposłuszna wobec niego. Dlatego jedyne co mogę dodać na koniec, to,abyście uważały na mężczyzn z takimi poglądami jak mój ojciec. To nigdy się dobrze nie kończy.

#KkeYZ

Ostatnio na jednym z programów tv był program, w którym była mowa o stymulowaniu prostaty. Polega to na tym, że wkładamy palec do tyłka mężczyzny, wyginając lekko palec w stronę pleców, szukamy chropowatego miejsca, po czym stymulujemy je np. okrężnymi ruchami.

Siedząc wieczorem z moim narzeczonym, namówiłam go, żeby spróbować. Podobno jest to bardzo przyjemne dla mężczyzny. Wzięłam się za robotę, wkładam palec, szukam chropowatego miejsca... Jest! A więc kręcę kółeczka wokół, a ten bardziej zniesmaczony niż zadowolony stwierdził, że musi iść się wysrać. Powtarzałam, żeby się zrelaksował, przecież miało być tak przyjemnie, byłam pewna, że trafiłam odpowiednio, przecież czułam to chropowate miejsce...

Gdy wyciągnęłam palec okazało się, że stymulowałam jego kupę, którą miałam na całym palcu i głęboko pod paznokciem.

#LyKe8

Kilka lat temu przyszło mi zmienić dane osobowe, zarówno imię, jak i nazwisko. Od tego czasu używam nowych danych nie zdradzając nikomu, że kiedykolwiek nazywałam się inaczej.

Wraz ze zmianą danych spodziewałam się zerwania kontaktu z bliskimi, jednak nie potrafiłam tego zrobić. Szczególnie przez pierwszy rok zdarzało mi się potrzebować ich pomocy finansowej, no i jestem do nich jednak trochę przywiązana, co skutkuje tym, że z niektórymi członkami rodziny mam pewien sporadyczny kontakt. Z pewnych powodów nie chcę im podawać moich nowych danych, więc od 2016 roku mam dwie tożsamości, starając się, by osoby znające mnie jako X nie dowiedziały się o Y i vice versa. Z tego powodu dalej trzymam stary dowód osobisty, a na Facebooku mam dwa profile.

Nie jest to specjalnie trudne, kiedy mieszka się w zupełnie innym mieście niż większość życia, a to wszystko bardzo mnie bawi, mimo że nie podoba mi się, że zostałam zmuszona prowadzić taki tryb życia.
Obie "tożsamości" zna tylko jedna osoba.

#fxNNv

Pracuję w sklepie spożywczym i czasem ludzie mnie naprawdę zadziwiają swoim tokiem myślenia.

Kiedyś musiałam iść do pracy w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia.
Przychodzi kobieta i mówi do mnie:
- Jak to tak można pracować, przecież są święta...
A potem rozgląda się i prosi o 2 kg ziemniaków.

#wb62z

Pracuję w markecie budowlanym. Często odwiedzają nas zaopatrzeniowcy dużych firm budowlanych, z którymi nawiązujemy koleżeńskie relacje. Ostatnio odwiedził nas jeden ze "stałych klientów", przywitał się ze mną kiwnięciem. Po chwili zapytał, czy mamy jeszcze jakieś pędzle. Trochę mnie to zdziwiło, biorąc pod uwagę fakt, że stał obok ogromnej ściany wypełnionej pędzlami i wałkami. Potwierdziłem, a przy okazji zacząłem podśmiewać się, że "latka lecą, wzrok nie ten". Odpowiedziałem jeszcze na kilka jego pytań, aż w którymś momencie spiorunował mnie wzrokiem. Stanąłem jak wryty... po czym zorientowałem się, że ma w uchu słuchawkę bluetooth i wszystkie pytania były kierowane nie do mnie, a prawdopodobnie do jednego z jego pracowników.
Dodaj anonimowe wyznanie