Za czasów szkolnych, jeszcze w podstawówce, zgłaszałam się na wszystkie możliwe konkursy. Większość z nich wygrywałam. Nie dlatego, że byłam taka zdolna, po prostu MUSIAŁAM wygrywać, więc wkładałam w to wiele wysiłku. W gimnazjum już raczej ich nie organizowano, więc kiedy nadszedł ten moment, kiedy to troje uczniów z mojej szkoły miało zmierzyć się z uczniami innych szkół w jakimś konkursie wiedzy ogólnej, nie mogłam odpuścić. W naszej „reprezentacji” byłam jedyną dziewczyną. Dodam jeszcze, że jestem dosyć nieśmiała i kiedy już gdzieś z kimś jestem, to trzymam się tej osoby, żeby się nie zgubić. No ale tym razem to był błąd...
Pojechaliśmy do szkoły, w której miał odbyć się konkurs. Weszliśmy do szatni, żeby się przebrać (bo przewidziana była także część sportowa) i czekaliśmy na rozpoczęcie. Na początku trochę zdziwiło mnie to, że wszyscy uczestnicy są płci męskiej, no ale pomyślałam, że może po prostu kobiety są mniej ambitne albo coś, więc się przebrałam, ku zdziwieniu chłopaków i przy ich spojrzeniach.
Wszystko jednak wyjaśniło się, kiedy wyszliśmy na salę gimnastyczną, gdzie były i dziewczęta, i chłopcy... Okazało się, że z rozpędu za kolegami trafiłam do szatni męskiej.
Dziwne, że nikt nie zwrócił mi uwagi. ;)
Kiedy miałam około 5 lat, pojechałam z mamą do innego miasta do cioci. Chciałam zabłysnąć i sama kupić sobie bilet. Mama dała mi pieniądze i stała obok mnie. Grzecznie przywitałam się z kierowcą i powiedziałam: „Poproszę bilet do cioci Kasi”. Słyszący to ludzie w śmiech, a ja zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi.
Kilka lat temu byłam na Wyspach. Pracowałam normalnie, żyłam normalnie, nie oszczędzałam jakoś specjalnie, to nie był wyjazd zarobkowy, ale bardziej do życia. Jednak po dwóch latach wróciłam do kraju. Bez oszczędności, bez pracy, do rodzinnego domu. Na zasadzie „znajdę pracę i uciekam”, żeby nie siedzieć na garnuszku.
Razem z moją mamą pracował młody chłopak, no i musiałam mu się spodobać, bo zaczął rozmowę i zapytał, gdzie pracuję, gdzie mieszkam... Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że szukam pracy i mieszkam u rodziców. Bardzo szybko zrzedła mu mina, wycofał się.
Moje życie się toczyło, znalazłam pracę, mężczyznę, który bardzo mnie wspierał. Udało mi się otworzyć firmę, dostać kredyt na rozkręcenie biznesu. Było ciężko, bardzo, ale mężczyzna zawsze mnie wspierał. Z pieniędzmi było na początku ciężko również, ale firma się rozkręciła, stanęliśmy na nogi, mogliśmy sobie pozwolić na droższe restauracje, wyjazdy.
Odwiedziłam mamę w pracy i był ten sam chłopak. W sumie chyba z grzeczności zapytał, co u mnie, ja z grzeczności odpowiedziałam, że mam swoją firmę. Och, jak się rozpromienił... Nagle moja osoba stała się najbardziej interesującą na całym świecie. Wtedy też pomyślałam, że smutne, jak ludzie tak lecą na kasę, ale wpadł mi pomysł do głowy. Zaczęłam udawać, jak mi się cudownie z nim rozmawia, jaki jest interesujący, śmiałam się jak idiotka i widzę, że koleś aż się ślini. Opowiadałam mu, jak wspaniale mi się wiedzie w życiu. Kiedy już był niemal pewny, że wyjdę z nim na kawę, pochwaliłam się, jakiego mam cudownego mężczyznę, który nie pokochał mnie za to, ile mam pieniędzy, a za to, kim jestem.
Większego rozczarowania w życiu nie widziałam. Ach, ta nutka satysfakcji... :)
Jestem uznawany za pechowca. Oto przykłady:
- poszedłem na wesele, miesiąc później państwo młodzi wzięli rozwód,
- miałem miejsce w pociągu w wagonie 17, to był jedyny wagon, którego nie było,
- kiedy pierwszy raz przyszedłem do pracy, zaczęło psuć się ksero, które wcześniej nie sprawiało problemu,
- jechałem pierwszy raz samochodem z kolegą, dostał mandat,
- jechałem pociągiem z Warszawy, zepsuł się,
- kiedy oglądałem film, karnisz na firanki spadł mi na głowę,
- kiedy chciałem wyprasować koszulę, wywaliło korki i spalił się przedłużacz,
- kiedy wyszedłem na balkon, to gołąb, który leciał, nagle spadł na podłogę i zdechł,
- kiedy chciałem wysuszyć ręce w łazience, to suszarka się zepsuła,
- kolega dodał mnie na snapie i właśnie wtedy zepsuł mu się telefon, w dodatku bardzo długo czekał, aż go naprawią,
- kiedy pierwszy raz byłem u babci i otworzyłem drzwi, to do mieszkania wpadł ptak i nie mógł wylecieć,
- kiedy przyprowadziłem dziewczynę do domu, to babcia powiedziała, że jestem dla niej za brzydki.
Mój chłopak wstał w poniedziałek na mega kacu i narzekał, że umrze w pracy. Wymyślił, że wypije piwo przed pracą. Powiedziałam mu, że jest nienormalny i że go zwolnią. Odparł, że piwo to nie alkohol i przelał sobie piwo z puszki do termosu na kawę.
Tak dobrze poszło mu na spotkaniu, że tego samego dnia dostał premię.
Dwa miesiące temu urodził się nasz synek, którego karmiłam piersią, jak to robi większość mam. Początkowo mój mąż miał o tym dobre zdanie i jeszcze jak byłam w ciąży, rozmawialiśmy o tym, razem podejmując decyzję, że przez pierwsze miesiące życia mały będzie ssał mleko z piersi.
Pewnego dnia małżonek jadł w salonie śniadanie, a ja siedziałam tuż obok niego i karmiłam naszego syna. Momentalnie zauważyłam kwaśną minę męża. Niby na początku mówił, że nie smakuje mu posiłek, że źle się poczuł, ale potem odwracał wzrok w czasie, gdy mały dostawał jeść. Normalnie zbierało mu się na wymioty, widać było, że się brzydzi. Wypytywałam go, co jest nie tak, ale milczał. Od tamtej chwili starałam się karmić syna, gdy nie było męża w pobliżu, nawet zaczęłam dawać dziecku butelkę, ale mąż nadal myślał o tych sytuacjach.
Minęło już sporo czasu i mimo że synek przyzwyczaił się do butelki, to i tak małżonek nie może zapomnieć o tych „nie za fajnych” chwilach, a co najgorsze – odsunął się ode mnie. Nie ma mowy o tym, żebyśmy uprawiali seks, ponieważ brzydzi go widok mojego biustu.
To już zaczyna być bardzo męczące i można powiedzieć, że przez to mamy siebie wzajemnie dość. Namawiam go na wizytę u psychologa, ale on reaguje złością i nie mogę go nakłonić. Cóż, mam nadzieję, że uda nam się to pokonać.
Moja kuzynka jest niepełnosprawna. Dzięki rehabilitacji wstała z wózka i jest w stanie przez większość czasu poruszać się o kulach. Ma psa asystenta, który chodzi z nią wszędzie i bardzo jej pomaga. Ma on kamizelkę z napisem „Pies asystent, nie przeszkadzaj, pracuję”. Jednak nie wszyscy respektują ten napis. Podchodzą i bez pozwolenia głaszczą psa, rozpraszając go. Niektórzy mają pretensję, że kuzynka nieco ostrzej zwróci im uwagę. W sumie nie dziwię się jej. Wczoraj byłam z nią w centrum handlowym i w ciągu trzech godzin psa zaczepiły cztery osoby. Przy ostatniej nawet mi puściły nerwy.
Czy tak trudno zrozumieć, że za każdym razem gdy pies się rozproszy, właścicielka musi tracić czas na jego uspokajanie? Tym bardziej gdy do psa podlatuje rozwrzeszczane dziecko, a jego rodzic nie reaguje, „no bo przecież to łagodny piesek i nie ugryzie”. Może i tak, ale smycz trzyma osoba poruszająca się o kulach, dla której mocniejsze szarpnięcie psa skończy się upadkiem i poważnymi obrażeniami.
Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką (była to mniej więcej pierwsza klasa szkoły podstawowej), często chodziłam do lekarza, bo choruję na astmę. Moją uwagę zawsze przykuwały plakaty wiszące na tablicach korkowych w przychodni. Jako że byłam dość utalentowanym dzieckiem jak na ten wiek i potrafiłam dość płynnie czytać, owe plakaty niezmiernie mnie interesowały i zawsze zastanawiałam się, co oznaczają słowa na nich napisane. Jeden w szczególności przypadł mi do gustu: „Jeśli Twoje dziecko często odczuwa nudności, uważaj, bo może być to początek poważnej choroby”.
Co mogą oznaczać te całe nudności? Siedziałam na krześle i analizowałam to słowo, zastanawiałam się, z czym je powiązać. Wreszcie do tego doszłam! To było takie oczywiste — chodziło przecież o nudę. Od tamtej pory zawsze jak się nudziłam, mówiłam mamie, że mam nudności. Praktycznie za każdym razem kończyło się to wizytą u lekarza rodzinnego. W gabinecie pytał mojej mamy, czy wymiotuję i kiedy odczuwam nudności. Mama zgodnie z prawdą odpowiadała, że nie wymiotuję, a odczuwam przykre dolegliwości praktycznie codziennie po szkole i wieczorem, a czasem nawet w czasie lekcji. Zmartwieni rodzice i lekarz wysłali mnie w końcu do szpitala na specjalistyczne badania. Tam okazało się, że mam dość poważne schorzenie układu pokarmowego — mimo tego, że w rzeczywistości nie odczuwałam żadnych dolegliwości. A jako że badania były dla mnie bardzo nieprzyjemne, tak samo jak leczenie, zdecydowałam, że już nigdy nie powiem nikomu, że mam nudności.
Pewnego dnia przyszła do nas koleżanka mojej mamy razem z córeczką, z którą bardzo lubiłam się bawić. Jakież było zdziwienie mojej rodzicielki, kiedy przez przypadek usłyszała, jak poprawiam moją towarzyszkę zabaw: „Nie mówi się, że ci się nudzi, tylko że masz nudności, pamiętaj! Myślę, że musisz o tym powiedzieć mamie, pewnie jesteś chora tak jak ja!”.
Niestety do tej pory nie wiem, czy faktycznie byłam chora, czy był to wymysł lekarzy, którzy już sami nie wiedzieli, co mi dolega ;)
Od pewnego czasu zauważyłam, że najlepiej się czuję, spędzając czas sama. Rower, kino, rolki, spacery, dobra książka, a nawet kilkudniowy wyjazd. Potrafię się dobrze bawić i nie odczuwam jakiegoś braku. Kilka razy się zawiodłam na ludziach i dlatego nie szukam już towarzystwa na siłę.
Z mężem dobraliśmy się idealnie. Jemu nie rosną włosy, żadne, nigdzie. A ja od lat walczę z hirsutyzmem, czyli nadmiernym owłosieniem. Nawet nie wiecie, jak ja mu zazdroszczę tych gładkich nóg...
Dodaj anonimowe wyznanie