Kiedy miałem 6 lat, a mój starszy o dwa lata brat szedł do pierwszej komunii, a z racji że było to 27 lat temu i nie było jeszcze cateringów, to bardzo często mniejsze imprezy typu przyjęcie komunijne organizowało się w własnych domach/mieszkaniach.
Mama postanowiła przygotować z tej okazji m.in. tort. Poszczególne warstwy biszkoptowe przygotowała dzień wcześniej, aby spokojnie ostygły i można je było w dniu komunii nadziać kremem i udekorować. I tu pojawia się moja rola w tej historii.
Obudziłem się w noc poprzedzającą ceremonię i wyżarłem perfidnie dziury w tych biszkoptowych podzespołach tortu. Okno było uchylone, więc wszyscy do tej pory myślą, że to sprawka kota (dziury wyjadłem dość chaotycznie, więc dostało się biednemu kotu).
A brat nie miał tortu.
Moja mama zawsze czytała książki przeznaczone dla mnie jako pierwsza. Wiecie, żeby stwierdzić, czy na pewno są odpowiednie.
Za każdym razem, kiedy dostawałam upragnioną lekturę, mama z ogromną satysfakcją zdradzała mi jej zakończenie.
Tak, mam do niej żal.
Mój prawie 20-letni brat jest wrzodem na tyłku dla wszystkich. Ale od początku.
Kiedy ja i siostra mieliśmy 12 lat, a Maciek 5, ojciec zostawił nas dla innej baby. Alimenty płacił, ale kiedy mama wręcz błagała go, żeby zabrał nas chociaż na weekend, żeby mogła odpocząć, miał milion wymówek albo robił to z wielką łaską. Najczęściej jednak w ostatniej chwili zmieniał plany i miał gdzieś nasze rozczarowanie i złość mamy. A kiedy już brał nas do siebie, musieliśmy chodzić na paluszkach, bo jego lalunia (ponad dziesięć lat młodsza od ojca) miała ataki migreny. Ojcu odwaliło totalnie, kiedy ją poznał.
Mój brat nigdy nie był szczególnie bystry. Mama chodziła z nim po poradniach i psychologach, ale nie stwierdzili upośledzenia. Wszystko trzeba mu było tłumaczyć po tysiąc razy, a i tak nie docierało. Uwielbiał zaczepiać. Po miesiącach rozmów i tłumaczeń, kar, mama się poddała i pozwoliła nam oddawać kiedy zaczyna. Oczywiście pilnowała, żebyśmy nie przesadzali. Kiedy oddałem mu lekko za trzepnięcie w tył głowy, ryczał. I tak za każdym razem, a mama tłumaczyła bez skutku za co dostał. W przedszkolu to samo. Był też nieziemskim guzdrałą. Mama wstawała przed 6, żeby zdążyć na 8 do pracy i szkoły, ale zwykle wychodziliśmy na styk.
Jakoś przebrnął przez podstawówkę i gimnazjum. Niestety zawsze zadawał się z typami, przez których miał kłopoty. Żadne rozmowy i argumenty do niego nie docierały.
Ma talent do majsterkowania, za co mama i wiele innych osób go chwaliło. Poszedł do zawodówki i skończył ją z dobrym wynikiem. Ale potem stwierdził, że on się już namęczył i woli gapić się w telewizor, grać na kompie i szlajać z kumplami. Kursy i szkoła policealna też go nie zainteresowały. Dopiero kiedy mama przestała dawać mu kasę na cokolwiek (ojciec już nie płaci alimentów), łaskawie znalazł pracę. Którą rzucił po miesiącu, bo mu godziny nie pasowały. I tak jeszcze kilka razy. Bo nudna i ciężka robota, głupi szef, niska wypłata itp.
Nie robi nic, żeby podnieść swoje kwalifikacje. Chciał, żebym mu załatwił robotę taką jak moja, bo uważa, że jest lekka i przyjemna (jestem informatykiem), ale nie widzi ile czasu spędziłem i spędzam na nauce.
Ostatnio ma duży problem - ukradł mamie tysiąc złotych i kazała mu się wyprowadzić. Ja go do siebie nie wezmę, nie chcę pasożyta, poza tym moja żona jest w ciąży i lekarz kazał jej bardzo na siebie uważać. Siostra niedawno dostała co najmniej półroczną delegację za granicę i też mu nie pomoże. Ojciec na pewno mu nie pomoże, więc Maciej mieszka u kumpla.
W zasadzie to mam gdzieś co zrobi, byle nie pasożytował na matce. I trochę szkoda, że nie chciała zgłosić kradzieży na policję.
Jak ja nie lubię pytań typu "kiedy znajdziesz sobie faceta?!" I nie, nie jestem młodym podlotkiem, mam swoją historię.
Jestem rozwiedziona, mam swoją dzieci. Wyszłam za mąż z miłości, jak się jednak okazało dość szybko - miłość była wyłącznie jednostronna. Od tego czasu minęło już kilka dobrych lat, a ja dalej jestem sama. Dlaczego? Problem jest złożony.
Jestem samodzielną, pracującą kobietą, która stara się jak może wychować swoje dzieci na porządnych ludzi. Pracuję, więc jestem niezależna. Mam swoje, chociaż małe, mieszkanie. Mam hobby - uwielbiam wycieczki i z namiętnością chodzę po górach. Biegam, chodzę na siłownię, uprawiam jogę. Moje dzieci mają swoje zainteresowania, trenują sporty, jedno jest uzdolnione artystycznie. I jestem w stanie to wszystko ogarnąć sama, znajdując czas na kosmetyczkę, fryzjera czy czytanie książek. Jestem inteligentna, podobno nie jestem też brzydka. :)
W czym problem? W myśleniu o kobietach w mojej sytuacji życiowej. W momencie, w którym stwierdzam uczciwie, że jestem rozwiedziona i z dziećmi, od razu mężczyźni się ode mnie odsuwają. Nie szukam sponsora, który weźmie mnie z dziećmi na swojego garba - potrafię o siebie zadbać sama i wychodzi mi to dobrze. Nie imponują mi bogaci faceci, bo pieniądze to nie powód, dla którego miałabym się z kimś związać. Szukam kogoś, kto wypełniłby lukę w moim życiu. Kogoś, z kim mogę pozwiedzać świat, poczytać książkę albo zamówić pizzę i pograć w planszówki z dzieciakami po ciężkim tygodniu w pracy. Dla większości mężczyzn (i nie tylko) jestem jednak kolejną madką, która szuka sponsora dla siebie i swoich dzieci. Smutne, ale prawdziwe.
Moja współlokatorka niechętnie przyznała mi się, że spotyka się z moim byłym i zapytała, czy miałabym coś przeciwko temu, żeby czasem wpadł do naszego mieszkania. Oczywiście zgodziłam się i to był ogromny błąd. Były w zasadzie z nami mieszka, a oprócz tego okazało się, że są nierozłączni... DOSŁOWNIE nierozłączni. Nie mogą się od siebie odkleić nawet podczas robienia herbaty. Doszło do tego, że czasami wręcz muszę lawirować między meblami a obściskującą się parą, żeby przygotować sobie jakieś jedzenie. Poprosiłam, żeby przenosili swoje amory do pokoju. Zarzucili mi, że jestem zazdrosna i nie mogę patrzeć na ich miłość i szczęście.
Mój ukochany w końcu mi się oświadczył! Pierścionek wymagał zmniejszenia, ale umówiłam się z narzeczonym, że zabierzemy go do jubilera, gdy już pochwalę się nim przed przyjaciółkami, z którymi miałam zobaczyć się kilka dni później.
Wyszłyśmy do knajpy, trochę wypiłyśmy i pogawędziłyśmy. Postanowiłam pójść do łazienki i zupełnie zapomniałam o tym, żeby uważać na za duży pierścionek, który... wylądował w toalecie z automatycznym spłukiwaniem.
Spłuczka działała bez zarzutu.
Zostałem wychowany przez typową rodzinę z PRL-u. Ojciec po pracy resztę dnia spędzał z piwkiem w dłoni przez telewizorem lub komputerem, wyzywając wszystkich dookoła, że ma być cisza i spokój, bo on ogląda. Mama po pracy drugi etat w domu i praktycznie wszystko na jej głowie. Jak przyjadą goście, to flaszka na stół, bo przy flaszeczce lepiej się rozmawia, picie do rzygania (czasem do 6-7 rano) i urlop na telefon. Jak ja albo któryś z moich braci coś zmajstrował i nie dało się określić winnego, to wszyscy zostawali ukarani.
Do moich dwudziestych urodzin myślałem, że to jest normalne, dopóki nie poznałem pewnej dziewczyny i zobaczyłem, jak u niej w domu wyglądają relacje miedzy ludźmi. Nie wiedziałem, że ludzie mogą po prostu być dla siebie mili, rozmawiać ze sobą, podejść do siebie i się przytulić bez powodu, zamiast mijać się w domu bez słowa. Było widać u nich miłość, której mi przez całe życie brakowało. Zacząłem pracować nad sobą.
Dzisiaj boli mnie dalej to, co się dzieje w moim domu. Mam brata, który z rodziną mieszka z nami i jest prawdziwym tyranem. Jak tylko skończył 18 lat, zaczął brać chwilówki, nie miał jak ich spłacać, więc rodzice spłacali za niego. Kilka lat później, jak rodzice nie mieli już pieniędzy na spłacanie, okłamywali nas, że nie ma pieniędzy na życie i mamy więcej dokładać od siebie, a kasa szła na spłacanie kredytów brata, który bawił się za te pieniądze w najlepsze. Byliśmy wściekli jak dowiedzieliśmy się prawdy, a brat śmiał nam się w twarz.
Brat sprowadził do domu psa, jednego z tych groźnych ras, bo pies ma być tak samo groźny jak on. Jak się okazało, ten pies jest przesympatycznym stworzeniem i nie zrobi w życiu nikomu krzywdy, oprócz kotów. Brat to wykorzystuje i regularnie spuszcza go ze smyczy na spacerze, żeby dorwał jakiegoś. Nie karmi go, bo on zje resztki z talerza, nie sprząta po nim, bo to nawóz i samo wsiąknie. Potem sprowadził kobietę i spłodził dzieci. Żonę wyzywa codziennie, podnosi na nią rękę. Żona też niespecjalnie chce się dziećmi zajmować, woli robić karierę w social mediach jako niezależna i prawdziwa kobieta, dziećmi więc zajmują się głównie moja mama i moja babcia, ''bo dzieciaczki nie są niczemu winne''. Pieniędzy na rodzinę brat nie daje, bo lepiej sobie kupić szósty samochód. Dziećmi się nie zajmuje, za to bije je, wyzywa i obwinia wszystkich dookoła, że źle jego dzieci wychowują. Ojciec nic mu nie mówi, bo ma być spokój, nam nie każe interweniować, bo ma być spokój. Ojciec boi się odezwać, bał się mi pomóc, kiedy usłyszałem jak była brata woła pomocy, bo ją gwałcił w pokoju obok i musiałem sam z nim walczyć. Jak zadzwoniłem na policję, to tata im powiedział, że ja na brata z pięściami wyskoczyłem. Nie boi się za to zwyzywać mamę, bo ta coś próbuje robić. I nie boi się bić swoich 3-letnich wnuków, bo za głośno się śmieją.
Nienawidzę jego i brata.
Lata 90., wizyta u dentysty, siedzę, czekam na swoją kolej, przede mną starsza kobitka (czeka ze mną z pół godziny).
Nudy, zaczynam przeglądać gazety i zobaczyłem Playboya, a że w środku bywały zakładki z perfumami (a takowych planowałem zakup), zacząłem przeglądać numer, wąchając co kilka stron zakładkę z próbką perfum. Po chwili spojrzałem na kobitkę, która zaczerwieniła się, wstała i wyszła z poczekalni.
Troszkę później do mnie dotarło, że wcale nie musiała wiedzieć o próbkach perfum w środku. Ale na pewno widziała okładkę z gołą babą i mnie wąchającego poszczególne strony.
Czuję się głupia.
Jestem w naprawdę dobrym liceum z wysokim poziomem, więc mam jakąś, powiedzmy, "wiedzę książkową", niby jestem w stanie coś tam napisać, policzyć, ale ja czuję się głupsza od rówieśników. Gdy z nimi rozmawiam, to mam poczucie, że oni wyciągają dużo mądrzejsze wnioski o otaczającym ich świecie, że są po prostu bardziej inteligentni. Nie wiem, czy wy też tak macie, ale ja cały czas mam poczucie, że jestem głupsza, że nie nadążam za poziomem.
Jest taki rodzaj przemocy, którego nie widać. Czy to emocjonalna, fizyczna, czy psychiczna, ekonomiczna, jakakolwiek - jest ukryta przed innymi. Opowiem wam swoją historię.
Przemoc stosowali moi rodzice, zazwyczaj bili, a potem ubliżali. Jak byłam nastolatką nie wiedziałam, czemu tak źle jest mi w towarzystwie mamy. Była narycstką, ale skąd mogłam to wiedzieć? Obwinianie, oczernianie wśród znajomych, ograniczanie kontaktów, czytanie pamiętników, ośmieszanie, mszczenie się, a nawet głodzenie. I te wieczne awantury... Odeszłam szybko z domu, aby wpaść w sidła męża - byłam tak zaatakowana miłością i tak zakompleksiona, że uwierzyłam, że to mój wybawca, choć był stary, brzydki, nie miał pracy... Cóż, miłość. Gdy zaczął się nade mną pastwić, odkryłam, że trawi go nieleczona od dawna choroba psychiczna. Z obawy o swoje zdrowie psychiczne, fizyczne i życie uciekłam.
Ledwie złapałam oddech, wpakowałam się w związek z narcyzem ukrytym. Udawał ofiarę losu, niby potrzebował mnie, a ja tak go rozumiałam... Do tego młody, przystojny, silny, dziwiłam się, jakim cudem nikogo nie ma.
Jest taka przemoc, która nazywa się dziedzictwo. Piętno. Skaza. Nosisz ją w sobie, aż pewnego dnia odkrywasz, że nie kochasz siebie i zaczynasz o siebie walczyć.
Mój mąż znęca się nade mną i wykorzystuje mnie. Kiedy śpię obok niego, brzydzę się jego zapachu. Robię wszystko, by był spokojny, choć kilka razy w tygodniu i tak mnie wyzywa. Przez niego w ubiegłym roku trzykrotnie trafiłam na SOR. Boję się go. Nie mam domu, nie mam też już pracy, bo depresja mnie jej pozbawiła. Lekarz mówi, że wyniki sugerują nowotwór i chce mnie położyć do szpitala, mąż śmieje się, że nie powinnam już brać suplementów, bo chemia je ze mnie i tak wypłucze. Powiedział, że mój stan go bawi.
Ogólnie takich historii jak moja jest wiele. Ofiara broni sprawcy, bo nie ma się gdzie podziać. Sprawca wie, że ofiara nie ucieknie, a jak ucieknie, to wróci...
Ale nie wie jednego...
Że my, te niby ofiary, mamy siłę, godność, inteligencję, marzenia i determinację, by żyć....I że w psychologii są narzędzia, dzięki którym wiemy jak się ocalić.
I tu najbardziej anonimowa część:
Założyłam mu już dwie niebieskie karty. Zgromadziłam dziesiątki nagrań, zdjęć, dokumentów, obdukcję, a lekarz, który leczy mnie teraz z powodu przemocy i depresji, wydał opinię kilka lat wstecz na temat mojego męża. No tak się złożyło... Prócz tego uzbierałam sporą sumkę, mogę spokojnie przeżyć rok bez troski, bez jego wsparcia, do tego założyłam firmę i jak tylko ją rozwinę, odejdę. Odejdę nie uciekając, bez dramatu, rozwiodę się, podzielę majątek, zanim zacznę mieć zyski. Będę żyła z uśmiechem patrząc, jak on upada.
Nie jestem zła. Zaufałam komuś, a ten ktoś szukał osoby, nad którą w swoim mniemaniu ma przewagę, którą chciał od siebie uzależnić. Żyję dla dnia, gdy zobaczę jego klęskę.
Dodaj anonimowe wyznanie