Sytuacja miała miejsce około dwa lata temu.
Dla rozjaśnienia sytuacji, mój ojczym jest Amerykaninem, moja matka Polką. Mieszkamy w USA od 7 lat, przeprowadziliśmy się tu, jak tylko moja matka poślubiła ojczyma. Mieszkamy w jednym ze stanów, gdzie dostęp do broni jest prostszy.
Jedliśmy wtedy spokojnie śniadanie całą rodziną, ja, matka, ojczym i młodszy braciszek. Usłyszeliśmy, jak do tylnych drzwi ktoś próbuje się dobrać. Włamywacze prawdopodobieństwo myśleli, że wszyscy jesteśmy poza domem, bo oszczędzamy na świetle i podczas dnia prawie w ogóle go nie włączamy. Brat chciał pobiec zobaczyć, kto tam jest, ale ojczym go zatrzymał i kazał naszej trójce schować się w takim jakby schowku - pomieszczeniu, gdzie trzymaliśmy różne rzeczy po prostu - i zadzwonić na policję, co mama zrobiła prawie od razu. Nie wiem dokładnie, co się potem działo, ale słyszałam kilka strzałów - posiadamy broń do obrony w domu.
Policja przyjechała po jakimś czasie. Ojczym zabił dwójkę włamywaczy, jednego z nich postrzelił, w szpitalu go odratowali. Ojciec dostał kulkę w bok, ale wyszedł z tego.
Sytuacja czasami śni mi się po nocach, przerażenie w oczach mamy i to, jak mocniej nas przytulała, kiedy było słychać strzały. Ja również cholernie się bałam. Musiałam trzymać dłoń na ustach brata, bo głośno płakał.
Nie umiem patrzeć na ojczyma tak samo od tego czasu. Kocham go, wiem, że zrobił to, żeby nas ochronić, ale nigdy nie podejrzewałam, że mógłby zabić człowieka. Jestem totalną przeciwniczką broni, ale jestem tylko nastolatką, to co ja mogę powiedzieć?
W pracy mamy taki dosyć specyficzny kibelek, powiedzmy, że jest hmm... "wąski". Jeżeli nie chcemy go zatkać na amen, musimy albo robić małe bobki, albo na rzadko. A ja mam ten problem, że nie dam rady ani tak, ani tak...
Nikt nie wie, że rozdrabniam swoje klocki końcówką mopa.
Podczas wieczornego spaceru dwóch Sebków podeszło do mnie i zapytało o ogień. Kiedy wręczyłem zapalniczkę jednemu z nich, obaj poderwali się do biegu i zniknęli za zakrętem.
Tak, zostałem okradziony na jakieś 2 zł.
Trzy lata temu wracając ze szkoły zostałam napadnięta. Była to zima, a więc po południu było ciemno. Napastnik zaciągnął mnie do takiego zamykanego śmietnika, tam zrobił swoje, zostawił mnie na tym zimnie i po prostu poszedł. Ostatnimi siłami zadzwoniłam do rodziców, powiedziałam gdzie jestem. Wtedy byłam wdzięczna losowi, że żyję i nic więcej mi ten człowiek nie zrobił. W trakcie szarpaniny udało mi się ściągnąć na chwilę jego kominiarkę, zapamiętałam twarz. Jednak policja nie znalazła tego faceta. Ja żyłam dalej, choć bałam się wychodzić z domu, miałam koszmary, musiałam chodzić na terapię. Było mi ciężko, ale czas leczył rany. Stopniowo zaczęłam godzić się z tym, co mi się stało, nie mogłam cofnąć czasu.
Teraz zaczęłam studia. Poznałam na nich chłopaka. Zakochaliśmy się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Wojtek jest cudowny, kochany, świetnie się ze sobą dogadujemy.
Przyszły święta, a my postanowiliśmy spędzić je razem. Najpierw byliśmy u mojej rodziny, potem u jego. Wszystko było pięknie, do czasu...
Jego ojciec. Rozpoznałam go od razu. To ten facet mnie wykorzystał 3 lata temu. Jestem tego pewna na 100%. Nie wiem, czy mnie rozpoznał, raczej nie, a przynajmniej nic na to nie wskazywało. Nikomu o tym nie mówiłam i nie wiem co zrobić z tą sytuacją, myślałam nawet, aby z moim obecnym chłopakiem zerwać, ale przecież on nie ma nic z tym nic wspólnego. Czuję się jak w jakimś filmie.
Kilka dni temu wybrałam się ze znajomymi na drinka. Wspólni znajomi zaprosili z kolei innych znajomych i takim sposobem zebrała się nas spora grupa.
Jak to po większym spożyciu, na tapetę zeszły tematy lekko polityczne, klimatyczne itp. I tak od słowa do słowa ktoś zapytał co sądzimy i znanej aktywistce Grecie Thunberg. Sądzę, że jesteśmy rozsądnymi i dorosłymi ludźmi, postanowiłam powiedzieć co niej myślę, oczywiście starając się nikogo nie obrazić, mówię tak: jestem oczywiście za próbą polepszenia klimatu, poprawą jakości powietrza, ale uważam, że nagłaśnianie sprawy przez dziecko to lekka przesada. Przecież to nie ona pisze sobie te wystąpienia, nie ona prowadzi swoje profile na internecie, jeździ po świecie z całą obstawą, więc co z niej za wielka obrończyni? Powinna chodzić do szkoły i się uczyć, a nie tylko jeździć i czytać co jej ktoś każe.
Na to wstaje Kasia (niespełna 20-latka, najmłodsza z towarzystwa) i zaczyna jechać po mnie jak po burej suce różnymi epitetami, jaka to ja jestem zacofana, że Greta to przyszłość świata, wielka postać i powinniśmy się do niej przyłączyć.
Każdy na sali aż zaniemówił przez te krzyki, a jej chłopak zaczął ją uspokajać. W tym momencie Kasia go odepchnęła, a na moja prośbę by usiadła, rzuciła we mnie szklanką z sokiem, rozcinając mi tym samym policzek.
W tym momencie ochrona uspokoiła Kasię, barman wezwał policję, która powiedziała, że jeśli chcę, to mogę wnieść sprawę do sądu.
Obecnie ja jestem po szyciu policzka, a Kasia na komendzie. Nie odpuszczę, poczekamy na rozprawę.
Mam 20 lat. 2 lata temu zmarł mój brat. Pół roku temu moja mama dowiedziała się, że ma nowotwór. 2 tygodnie temu zmarł mój tata.
Siedzę w domu, ryczę w poduszkę, nie mogę się z tym pogodzić. Ciężkie dla psychiki. Cięższe jeszcze bardziej, kiedy ludzie kopią cię prosto w serce, mimo że wiedzą, jaka tragedia ci się stała.
Myślałem, że widziałem już jacy bezlitośni są ludzie, ale dopiero teraz widzę, że nie ma granic.
Moi znajomi obrazili się na mnie, zaczęli obgadywać, bo „nie chcę z nimi wychodzić”, stałem się wrogiem i ponurakiem.
Moja ciotka (siostra mojego zmarłego taty) wyzwała nas, że jesteśmy egoistami, że świat nie kręci się wokół nas i nie będzie się nami interesować.
Przyjeżdżając do rodzeństwa mojej dziewczyny usłyszałem „a co ty taki ponury jesteś, co ci się dzieje”.
Moi dziadkowie (z obu stron) w ogóle się nami nie interesują. Nie przyjechali do nas ani razu.
Straciłem ojca, brata... może niedługo stracę mamę. Lecz wierzę, ze Bóg czuwa nade mną i nie zostawi mnie samego na tym świecie.
Mojej mamie zostałem tylko ja i parę koleżanek. Chemia, radioterapia... Nikt nawet nie zadzwonił.
Może to zależy od psychiki, ale mi jest ciężko, jeżeli żadna dosyć bliska mi osoba nie okazuje mi wsparcia. Nie oczekuję litości, wystarczą słowa „będzie dobrze, dasz sobie radę, możesz na mnie liczyć”.
Nie pamiętam od kiedy, ale jak byłam nastolatką, tak około lat 14, zorientowałam się, że mój ojczym nie traktuje mnie jak córki, a jak dziewczynę.
Najpierw niewybredne komentarze na temat jak ładnie wyglądam, potem starał się spędzać ze mną coraz więcej czasu, ukradkowe spojrzenia, dotknięcia dłoni...
Pewnego razu, gdy odwoził mnie do domu babci, przyparł mnie do fotela i wepchnął mi język do ust - ble!
Nie wiedziałam co robić i będąc na działce mamy i jego, napisałam pamiętnik w zeszycie. Wiedziałam, że gdy wyjdę nad rzekę, mama będzie ogarniać pokoje, więc specjalnie zostawiłam go na wierzchu, aby przeczytała.
Gdy wróciłam, mama z ojczymem siedzieli na tarasie. Mama zapytała, czy to wszystko prawda, już przez łzy. Kiedy opowiedziałam jeszcze raz o wszystkim, on milczał.
Mama zrobiła się blada, osunęła się na krzesła, a ja myślałam, że umiera.
Wykrzyczałam, że to nieprawda, że to kłamstwo, że nic się nie wydarzyło, chciałam tylko zwrócić na siebie uwagę. I uciekłam do pokoju.
Moja mama nadal jest z nim. Ja jestem dorosła, mam dwoje dzieci, których nigdy nie zostawię pod ich opieką beze mnie.
Nadal udaję, że nic się nie stało. Bez emocji witam się z mamą i z ojczymem.
Coś ze mną nie tak, skoro podtrzymuję tę relację, bo gdzieś w głębi serca mam żal, czuję rozczarowanie, że mama nie stanęła po mojej stronie.
Bo sama, jako mama, po takiej akcji zaczęłabym zgłębiać temat, nie zostawiłabym tego, bo myślałabym, że może w historii opowiedzianej przez moje dziecko jest prawda, ziarno prawdy...
Mam 33 lata i od ponad dwóch lat jestem w związku z 25-letnią kobietą. Kocham ją, jest wspaniała i świetnie się dogadujemy, ale... moja dziewczyna nie jest za grosz romantyczna.
Zaczęliśmy się spotykać we wrześniu, w grudniu były święta, dałem jej z tej okazji drobny upominek, bo chciałem sprawić jej radość. Karolina ładnie podziękowała, ale powiedziała, że nic dla mnie nie ma, bo u niej w rodzinie nikt nie daje sobie prezentów i jest do tego nieprzyzwyczajona. OK, powiedziałem jej, że nie ma problemu, bo naprawdę nic się nie stało.
Dwa miesiące później - walentynki. Z własnego doświadczenia z dziewczynami wiem, że lubią obchodzić ten dzień, więc postanowiłem zaprosić moją ukochaną do restauracji na kolację i dałem jej prezent - a konkretnie bransoletkę. Karo zapytała z jakiej to okazji, ja myślałem, że robi sobie jaja, ale ona pytała całkowicie serio - powiedziałem jej, że są walentynki. Stwierdziła, że nie obchodzi tego "gównianego święta", prezentu nie przyjęła i nawet nie pozwoliła zapłacić za siebie.
Później był Dzień Kobiet - dałem jej bukiet tulipanów, podziękowała, ale poprosiła, żebym nie dawał jej więcej kwiatów, bo to bez sensu, odrzucają ją cięte kwiaty i w ogóle nie widzi potrzeby obchodzenia tego święta. Sama na Dzień Chłopaka dała mi czekoladki.
Następne były jej urodziny - kupiłem jej kolczyki i czekoladki, kolczyki mi oddała, bo "nie może przyjmować ode mnie tak drogich prezentów".
Zbliżała się nasza pierwsza rocznica związku, wiedziałem, że musimy to jakoś uczcić. Zaprosiłem moją kochaną do restauracji, w której byliśmy na jednej z naszych pierwszych randek. Kupiłem jej zegarek. Zjedliśmy, pośmialiśmy się i postanowiłem wręczyć Karolinie prezent. Zrobiła wielkie oczy i zapytała z jakiej to okazji. Wkurzyłem się, bo tego było już zbyt wiele. Powiedziałem jej, że dzisiaj jest pierwsza rocznica naszego związku i miałem cichą nadzieję, że będzie o tym pamiętać. Jak stwierdziła, dla niej "to tylko daty, czyli nic nie znaczące pierdoły" i ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zapłaciłem i wyszedłem, musiałem ochłonąć.
Kocham ją, ale nie mogę zrozumieć dlaczego jest tak negatywnie nastawiona do świętowania różnych okazji. Uważam, że obchodzenie rocznic związku czy urodzin jest bardzo ważne i zbliża ludzi. Zazdroszczę kumplom, którzy narzekają na swoje dziewczyny i to, że "znowu sobie wymyśliła walentynki w spa".
Miałam 4-5 lat.
Upodobałam sobie przyjaciela taty.
Zawsze, gdy przychodził do nas do domu, miętoliłam sukienkę w zalotnym geście, mrucząc pod nosem: "Sławeeeek...".
Dorośli oczywiście uznawali to za urocze, ale ja miałam obsesję do tego stopnia, że pewnego dnia po prostu rozebrałam się do naga, weszłam na stół i ostentacyjnie nasikałam na ciasto.
Do dzisiaj mi wstyd i nie mogę na niego patrzeć. Nie wiem co miałam w głowie...
Zostałem zgwałcony. Przez kobietę. I wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Reakcja społeczeństwa. Brak jakiekolwiek wsparcia, a wręcz wyszydzanie.
Nie zliczę, ile razy usłyszałem tekst o "seksie niespodziance" czy o "niezwykłym szczęściu, jakie mnie spotkało". Bo wiecie, gwałt to taka przyjemność i szczęście.
Moje znajome mówią, że gwałt na mężczyźnie jest nieporównywalny do tego na kobiecie i mam nie narzekać, bo one miałyby gorzej. Tylko że kobiety dostają zazwyczaj wsparcie. Ja za to słyszę ciągłe kpiny, żarty i niezrozumienie.
Narzeczona zerwała ze mną, bo "faceta nie da się zgwałcić, to była zdrada". Jakbym ja postąpił w stosunku do niej podobnie, to wylałaby się na mnie fala hejtu. Ją natomiast każdy rozumie i wspiera.
Jestem zły i osamotniony. Piszę to tu, bo zwyczajnie nie mam komu się wygadać. Każdy mnie lekceważy. Mówią, że mężczyzn się nie dyskryminuje. Tiaaa...
Dodaj anonimowe wyznanie