#74jg0

Jestem w 11. tygodniu zagrożonej ciąży. Tydzień temu dostałam krwotoku i trafiłam na 2 dni do szpitala na obserwację. Od tego czasu jestem na zwolnieniu, powinnam leżeć i odpoczywać. Nie wytrzymuję już, a dopiero minęło parę dni... Czuję się jak pasożyt, dosłownie.

Mąż pracuje 8 godzin dziennie, spadły na niego wszystkie wspólne obowiązki. Serce mi pęka, bo wiem, że jemu też jest ciężko. Czekam na niego jak głupia, nudzi mi się samej, chciałabym porozmawiać, coś wspólnie obejrzeć, ale on po całym dniu po prostu się zamyka w swoim świecie. Odpowiada mi półsłówkami albo rozmawiamy o rzeczach koniecznych. Dziwi mi się, że do jego przyjścia potrafię siedzieć przy wyłączonym tv, przy czym narzekam, że mi nudno. Owszem, nie oglądam nic, bo mam doła, nie chce mi się nawet po pilot sięgnąć... Brakuje mi miłego słowa, wsparcia. On to tłumaczy hormonami i w zasadzie się na tym temat urywa. Dokąd byłam "na chodzie", z dobrym humorem, potrafiłam wysłuchiwać zwierzeń i doradzać, to było okej. Teraz, jak ja tego potrzebuję, to jestem z tym wszystkim sama. Głupio mi poprosić o cokolwiek, pomimo że sama potrafię być czasami na pstryknięcie palcem.
Do tego wszystkiego dochodzi mój pies, który w zasadzie nie ma ze mnie żadnego pożytku, nawet na spacer z nim nie mogę pójść pomimo przepięknej pogody. I tak sobie razem leżymy, moja sunia na mnie spogląda smutnymi oczami, a ja płaczę i rozmawiam z nią.

Mam mieszane uczucia co do tej ciąży. Są momenty, gdzie niesamowicie pragnę ją donosić i przezwyciężyć to wszystko. Przeważają niestety chwile, gdzie tęsknię do mojego dotychczasowego stylu życia i najzwyczajniej w świecie chciałabym poronić... Nie wiem, czy wytrzymam...

#rcZ8L

Często kiedy spotykam swoich dalszych znajomi, których nie widziałam kilka lat, to
zazwyczaj słucham, jakie mają wielkie mieszkania (60 m2 najczęściej), super auta (12-letnie), fascynującą pracę (na czas określony w magazynie lub sklepie) oraz cudowne dzieci, partnerów i życie towarzyskie.
Nie wiem, co tymi ludźmi kieruje, że opowiadają takie rzeczy.
Śmieję się z nich po prostu.

Kiedyś byłam biedna.
Ojciec alkoholik, przemoc w domu, do szkoły chodziłam niewyspana, w ciuchach od starszej siostry, ogólnie wyglądałam jak 7 nieszczęść i wszyscy u nas w "mieście" wiedzieli, jaką mam sytuację...

Ci znajomi, których spotykam, wychwalają się co to oni nie mają, bo myślą, że dalej jestem biedna i im będę zazdrościć.
Niektórzy nawet są w stanie powiedzieć coś w stylu "a mi ciebie jest tak żal, że nigdy nie byłaś na wakacjach za granicą".
Wtedy się uśmiecham, wysłuchuję do końca co mają mi do powiedzenia, a potem wracam do domu i zapraszam tę osobę do swoich znajomych na fejsie i insta (wszystko mam zablokowane dla nieznajomych).
I co wtedy się dzieje? Wielki szok i zdziwienie.
Te same osoby piszą do mnie od razu, że dlaczego nic nie mówiłam jaki mam wielki dom (wyprowadziłam się z rodzinnej miejscowości kilka lat temu), że byłam na wakacjach w egzotycznym kraju, że mam męża itp.
Wypytują gdzie pracuję, a jak już im napiszę to pytają, czy znajdzie się dla nich miejsce, bo jednak nie mają takiej super pracy i przydałby się remont w domu, no i auto szwankuje ...
A ja co? Ja wtedy się śmieję. Śmieję się tak samo, jak oni śmiali się ze mnie kilkanaście lat temu.
Niektórzy z nich prosto w twarz mi mówili, że będę menelem, że nawet na wino mi nie dadzą, że odziedziczyłam geny od swojego starego alkoholika... Pamiętam i nie zapomnę nigdy. To mi daje motywację.

Nic w tym anonimowego. Chciałam tylko napisać, że różne są sytuacje w życiu.
Ja i mąż doszliśmy do wszystkiego sami swoją ciężką pracą, teraz mamy już się lepiej i nie musimy tyrać po 12h, ale szanuję innych. Kłaniam się sprzątaczkom tak samo jak i prezesom.
To samo wpajam swojemu dziecku, że nie ma oceniać nikogo po tym, jak ma w domu albo jak chodzi ubrany.

Nie jestem zła. Każdy jest kowalem własnego losu.

#vVYuD

Sytuacja w szpitalu.
Byłam w odwiedzinach. Obok mojego "pacjenta" leżał starszy dziadek, około 85 lat. Bardzo słabo widzi, z tego co się dowiedziałam prawie w ogóle. Ale ogarnięty jak na swój wiek i swoje schorzenie, zresztą bardzo kulturalny starszy mężczyzna. Po nieudanej operacji wszczepienia bajpasów (dopiero w trakcie operacji okazało się, że jednak nie można wszczepić bajpasów). Widać było po tym człowieku, że strasznie cierpi.

W pewnym momencie starszy pan chciał się obrócić czy tam podrapać, sama nie wiem, ale niefortunnie ruszył ręką i niechcący wyciągnął jakąś rurkę, do której był przypięty (a miał ich mnóstwo), a z niej coś się wylało. Poszłam po pielęgniarkę i wróciłam na salę. Po chwili przyszła salowa i zaczęła krzyczeć na tego biednego dziadka "Co pan robi? Normalny pan jest? Nie można tego zostawić w spokoju? Teraz ja muszę to sprzątać!". Dziadek nic nie powiedział, tylko przeprosił. A ta franca dalej coś pod nosem mruczała.

Nie wytrzymałam. Zrobiło mi się tego człowieka tak szkoda i było mi  wstyd za tę głupią babę, że powiedziałam jej, że chyba sama jest nienormalna, że tak się drze na starszego człowieka, szczególnie że zrobił to niechcący. I że jak jej nie odpowiada taka praca, to powinna znaleźć sobie inną, a nie wyżywać się na ludziach.

Powiedziałam jeszcze kilka niemiłych słów, ale nie żałuję, nie jest mi głupio. Uważam, że zrobiłam dobrze. Nikt nie ma prawa tak się odzywać do starszych, cierpiących ludzi. Kiedyś może być w takiej samej sytuacji jak ten człowiek i z pewnością nie byłoby jej miło, jakby ktoś wobec niej tak się zachowywał.

#Pzb1l

Mój tato obudził mnie dzisiaj słowami "ile razy powtarzałem ci, żebyś nie golił się moją maszynką?" trzymając w ręku owo narzędzie zbrodni, całe obkłaczone. Szybko jednak zmienił zdanie i przeprosił - zobaczył, że jestem zarośnięty. Mieszka z nami jeszcze mama i moja 16-letnia siostra, więc powiedział, że z nimi "delikatnie porozmawia".

To ja goliłem się tą maszynką. Od jakiegoś czasu. Nie wiedziałem, że jest jego.

#56KCn

Gdy moja babcia była małą dziewczynką, prababcia wysyłała ją po sprawunki. Nie pamiętam dokładnie jakie sumy wchodziły w grę i jakie ilości jedzenia, ale powiedzmy, że dostawała 100 groszy i miała za to kupić kilogram mąki (która wtedy tyle kosztowała). Na początku babcia dzielnie pokonywała cała drogę z domu na ryneczek do polskiego sklepu, pewnego razu zaczepił ją jednak stary sklepikarz: "Chodź tu, Dzidka, to nie pożałujesz!". Babcia zaciekawiona wstąpiła do żydowskiego sklepu i tam otrzymała ofertę nie do odrzucenia: jeśli kupi u niego kilogram mąki za 99 groszy, za ten ostatni będzie mogła kupić sobie nasion dyni (które uwielbiała), musi tylko zachować tajemnicę i zawsze kupować tylko u niego.

Przez pewien czas szwindel babci i starego sklepikarza świetnie się sprawdzał, przy większych zakupach babcia czasami zaoszczędzała nawet na coś tak niesłychanie cennego, jak kawałek gorzkiej czekolady ("Babciuu, a jak już kupiłaś tę czekoladę, to chwaliłaś się przed kolegami? - A w życiu, jeszcze by mi wyrwali z rąk i sami zjedli!"). Wszystko jednak ma swój kres, bo prababcia odkryła, że jej córka przynosi ciągle jedynie 99 dekagramów mąki, a nie 1 kg! Babcia dostała wciry i zakaz handlu z żydami.

Zawsze staje mi przed oczami ten uroczy szwindel, gdy mam do czynienia z antysemitami.

#t5A3d

Z rodzicami mam dobre kontakty. Nie mogę na nich narzekać. Cały czas miałam wszystkiego pod dostatkiem, rodzice poświęcali mi uwagę i czułam się kochana. Nawet teraz, jak jestem dorosła, to dosłownie w każdej sytuacji mogę na nich liczyć i wiem, że otrzymam od nich pomoc. Kocham ich całym sercem.
Jednak nie znoszę jednej cechy mojej matki.

Jestem jedynaczką, Można się domyśleć, że byłam rozpieszczonym dzieckiem w rodzinie. Rodzice mi kupowali bez problemu wszystko, nawet laptopy. Zdarzało się, że usłyszałam odmowę, ale tylko wtedy, kiedy rodziców naprawdę nie było stać na moją zachciankę. Mama była taką osobą, która uważała, że mam na wszystko czas i mam się nie przemęczać. W efekcie robiła za mnie wszystko, dosłownie. Podawała mi jedzenie pod nos, prała mi ubrania, układała rzeczy w szafie, ścieliła łóżko, szykowała ubrania do szkoły. I to nie tylko jak byłam dzieckiem, ale również w liceum. Wiele razy chciałam to zmienić, ale przyzwyczajenie było tak silne, że trudno było mi wypracować nowe nawyki. No, a mama mi w tym nie pomagała, bo "ty się ucz, nie przemęczaj, a ja wszystko zrobię".

Nadszedł czas wyboru studiów. Miałam w planach wyprowadzkę do innego miasta. Lepsza uczelnia to raz, a dwa - chciałam w końcu DOROSNĄĆ. Ale nie udało mi się. Nie złożyłam papierów na inną uczelnię niż ta w moim mieście. Powód? Matka mnie zniechęcała. Mówiła, że mi się nie uda, że nie poradzę sobie, a ja w to uwierzyłam.

Teraz rozumiem już wszystko. Moja mama nie jest taka, że neguje wszystko co robię, wręcz przeciwnie, zawsze chwali moje sukcesy i mówi, jak to jej córka będzie miała najlepsze wyniki na studiach i że wszystko mi się uda. Ona nie chciała tylko, żebym się wyprowadziła. Tak naprawdę potrzebowała mnie bardziej niż ja ją.
Mam żal do swojej matki za to, że przez nią nie poszłam do innego miasta na studia. Miałam zaniżone poczucie własnej wartości, bo czułam się nadal jak takie dziecko pod opieką matki. W wieku 20 lat nie potrafię uprać sobie majtek, zrobić obiadu i pójść na zakupy.

Postanowiłam, że muszę naprawić swój błąd. Byłam u dziekana uczelni, do której chciałam iść początkowo. Jeśli zdam teraz semestr, będę mogła się przenieść bez problemu. Tak że jednak moje marzenie o studiowaniu w innym mieście się spełni. Mam już nawet załatwioną tam pracę przez znajomego. Boję się tylko reakcji matki.

Trzymajcie kciuki, żebym dała sobie radę z praniem skarpetek i robienia koło własnego tyłka. Już koniec bycia bananowym dzieciakiem.

#nk5tq

Zmarł mój mąż. Zostałam z półroczną córeczką. Wszyscy mi współczuli, a ja nie mogłam nikomu powiedzieć, że zamiast smutku czułam ulgę.

Nikt nie wie, jak mnie traktował, każdy miał go za porządnego faceta. Jego prawdziwe oblicze znałam tylko ja. I chcę o nim zapomnieć. Choć nie wiem, czy kiedyś jeszcze zaufam.

#myZfr

Jakiś rok temu, zupełnie spontanicznie zdecydowałam się zaadoptować psa. Nie ze schroniska, lecz z lokalnej strony na fejsie - po prostu zobaczyłam ten rudy ryjek i pieska o aparycji sarno-lisa i wiedziałam, że jest to mój zwierz.

Mam zaburzenia afektywne dwubiegunowe z epizodami psychotycznymi i nie dogaduję się z ludźmi. Jest to trochę kłopotliwe, kiedy masz dwadzieścia pięć lat na karku, studia, pracę i małego smroda z chorym pęcherzem.

Jednak za każdym razem, kiedy nachodzi mnie epizod i czuję się, jakbym traciła grunt pod nogami, patrzę na ten mały rudy ryjek i wszystko się uspokaja.

Leczę się farmakologicznie, uczęszczam na terapię, ale nic nie stabilizuje mnie tak bardzo jak chillowanie z Luną na kanapie, kiedy wydaje swoje psie dźwięki "łełełe", "brubbglu", "meeeh" i wiem, że wszystko się ułoży.

Czasem mały kundelek jest w stanie zdziałać więcej niż leki, alkohol i inne używki.

#ZvO67

Lubię zjadać kozy z nosa mojej partnerki. Czekam aż zaśnie i ostrożnie dłubię jej w nosie. Czasem wyciągam większego gluta i najbardziej mnie to satysfakcjonuje. Kiedy już upoluję swoją zdobycz, to miętolę ją w ustach przez kilka minut. To pozwala mi w spokoju zasnąć. Gdy nic nie wydłubię, to zadowalam się swoimi kozami, wyobrażając sobie, że pochodzą z nosa mojej kobiety.
Dodaj anonimowe wyznanie