Nigdy nie czułam cieplejszych uczuć w kierunku rodziców. Po maturze wyjechałam na studia za granicę, gdzie zostałam i mieszkam już 10 lat. W Polsce byłam przez ten czas dwa razy. Do rodziców, rodzeństwa, dziadków, cioć, czy kuzynów nie dzwonię, nie kontaktuję się, czasem odpowiem na jakąś wiadomość od mamy, ale to tylko z poczucia obowiązku. Nie tęsknię za nimi, nie czuję potrzeby rozmawiania czy odwiedzania ich.
To nie jest tak, że moja rodzina jest patologiczna lub że mam z nimi złe wspomnienia - wręcz przeciwnie. W mojej rodzinie zawsze było dużo szczęścia i miłości, tworzyliśmy zgraną paczkę, ciągle były jakieś rodzinne imprezy, na święta, wszelkie urodziny, imieniny i wesela, spotykaliśmy się wszyscy i wspólnie spędzaliśmy czas.
Nie mam pojęcia dlaczego nic do nich nie czuję. Tak po prostu mam od kiedy się wyprowadziłam. Nie brak mi ich, nie chce mi się z nimi gadać ani utrzymywać kontaktu. Te dwa razy, gdy byłam w Polsce, były takie jak pamiętam z dzieciństwa; za pierwszym razem było to wesele mojego brata - jedna z najlepszych imprez na jakiej byłam, za drugim razem 50. urodziny mojej mamy, zjechali się wszyscy, zrobiliśmy ognisko, były tańce, granie na gitarach, śpiewanie i rodzinne zabawy do samego rana.
Za każdym razem bawiłam się świetnie, a później wracałam do domu i znowu nie czułam kompletnie żadnego sentymentu, tęsknoty, zero jakichkolwiek uczuć. Wiem, że moim rodzicom jest przykro, ale ja po prostu nie umiem czuć inaczej. Nie kocham ich i nie potrafię się do tego zmusić, choć są wspaniałymi i dobrymi ludźmi. Zawsze robili wszystko, bym była szczęśliwa. Ciężko pracowali, bym mogła być tym, kim jestem.
A ja nie potrafię czuć żadnych wyrzutów sumienia, choć zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest to złe.
Tak samo mam z przyjaciółmi. Mam bliskie osoby, zarówno z przeszłości, jak i teraźniejszości, ale nie mam żadnego problemu z zakończeniem jakiejkolwiek znajomości. Lubię spędzać z nimi czas, razem podróżujemy, mamy wspólne zainteresowania, wspomnienia, świetne relacje. Ale równie dobrze mogliby nie istnieć i nie zmieniłoby to niczego w moim życiu. Jedni odchodzą, nowi przychodzą, a o tych starych zapominam już następnego dnia. Niektóre przyjaźnie ja kończę, inne umierają samoistnie, na przykład po przeprowadzce. Za nikim nie tęsknię, nikogo mi nie szkoda.
Byłam też w kilku związkach, było mi dobrze, zawsze trafiałam na świetnych facetów. Nawet jeśli czułam coś, co ludzie nazywają zakochaniem, to zerwanie ze strony chłopaka nie robiło na mnie wrażenia. Nie ten, to inny, obojętne mi z kim się się spotykam i czy w ogóle z kimś.
Nie jestem w stanie stwierdzić, czy ja w ogóle kogokolwiek lubię. Na nikim mi nie zależy, ludzie mogą istnieć lub nie, dla mnie to bez znaczenia.
Jedyne co kocham naprawdę, to zwierzęta.
Tylko raz w życiu płakałam - po śmierci mojego ukochanego psa.
Nie jest to anonimowe, ale dziwne, straszne i bolesne.
Rok 2003, miałam wówczas 15 lat. Moja mama pracowała w godzinach porannych, więc do domu wracała chwilę przed moim powrotem do domu ze szkoły. Gdy wracałam, prawie zawsze była w trakcie robienia obiadu. Taka codzienność.
Identycznie było tamtego dnia. Wróciłam do domu, a mama była w trakcie robienia zupy. Zdążyłam usiąść na kanapie i zająć się zadaniami domowymi, gdy przerwała mi mama, mówiąc, że zapomniała śmietany kupić i wyskoczy po nią szybko do sklepu, a ja mam doglądać gotującej się cały czas zupy. Wzięła tylko portfel ze stołu, zarzuciła na szybko jakiś płaszcz i wyszła. Ja zupy oczywiście pilnowałam, ale zaczęłam się niepokoić, gdy minęło już prawie pół godziny, a mama nie wracała. Jednak nie na tyle, aby zareagować. Wyłączyłam kuchenkę, myśląc, że mama jak zwykle zagadała się z sąsiadką i stoi teraz pod blokiem plotkując. Dwie godziny później wyszłam przed dom, już poważnie zaniepokojona. Nigdzie jej nie było, więc z bezradności wróciłam do domu z zamiarem czekania na tatę.
Tata wrócił kolejną godzinę później. On również bardzo się zaniepokoił i od razu wyszedł jej szukać. Jakieś dwie - trzy godziny później zawiadomił policję, ale oni kazali nam czekać, w końcu dorosła osoba może robić co chce. Zajęli się sprawą dopiero trzy dni później i raczej na zasadzie "jakaś baba pewnie uciekła z innym facetem". Szybko pojęli, że taka lub podobne wersje kompletnie nie pasują. Obiad zostawiony na ogniu, nie wzięła torebki, a sam portfel, nie ubrała nawet butów, wyszła w samych klapkach, które nosiła po domu. Z moim tatą bardzo się kochali, byliśmy szczęśliwą rodziną. Prawie nigdy też nie wychodziła nigdzie, po pracy lubiła siedzieć w domu i szyć. Miała również plany na następne dni, chociażby jej urodziny. Po prostu nigdy nie uwierzę, że uciekła od nas, bo to nie miałoby sensu.
Jednak do dziś się nie odnalazła. Droga od mieszkania do sklepu wynosiła dokładnie 7 minut, liczono to z zegarkiem w ręku. Po rozeznaniu się w owym sklepie, wyszło na to, że nie pojawiła się tam wcale. Nikt również niczego nie widział, poza sąsiadem, który mijał ją na klatce schodowej, gdy wychodziła i wymienili zwykłe "dzień dobry". Po prostu rozpłynęła się w powietrzu na bardzo niewielkim odcinku drogi. Nie było tam też praktycznie kamer. Telefonu również nie miała, to były czasy, gdzie mieliśmy tylko domowy. Do dziś nie ma absolutnie żadnych śladów, świadków, no niczego. Po prostu zniknęła. Przesłuchano też wiele osób, ale nic to nie dało. Nie pomagał fakt, że mieszkaliśmy w takim miejscu, że poza dwoma blokami i sklepem nie było nic innego, więc potencjalnych świadków za wiele nawet być nie mogło. Jak łatwo się domyślić, oficjalne założenie jest takie, że po prostu spotkało ją po drodze coś złego. Napaść, porwanie, cokolwiek.
Minęło już tyle lat, a ja wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Po takim czasie sądzę, że chyba wolałabym żyć z myślą, że nas zostawiła, a nie, że najpewniej nie żyje, a jej zwłoki wciąż gdzieś leżą.
Spotykałam się już dłuższy czas z pewnym facetem. Któregoś razu zaprosił mnie jako towarzystwo na urodziny kogoś z jego bliskich znajomych 15 km od naszej miejscowości. Było to moje pierwsze spotkanie z tymi ludźmi, jak i pierwsza wspólna noc, bo mieliśmy zostać tam na noc.
Początek iście cukierkowy. Dbał o to, czy niczego mi nie brakuje, robił wszystko, bym czuła się swobodnie, jak wśród swoich.
Wszystko do czasu... Wystarczyło, że alkohol zaszumiał w głowie i zupełnie go nie poznawałam. Był chamski, arogancki, bezczelny i rzucał takimi obrzydliwymi tekstami w moim kierunku, że nawet jego znajomi stawali w mojej obronie.
Skończyło się na tym, że w środku nocy przyjechał po mnie znajomy i zabrał mnie do domu, bo nie byłam w stanie wytrzymać z tym człowiekiem ani chwili dłużej pod jednym dachem.
I tak właściwie zakończyła się nasza znajomość. Był skreślony, ale sądziłam, że jak wytrzeźwieje to mi to chociaż wyjaśni i przeprosi. Skończyło się stosem pretensji i wyzwisk, bo to przecież ja byłam niepoważna wracając do domu w środku nocy i robiąc mu wstyd przed znajomymi...
A teraz najlepsze. Ten człowiek jest z zawodu psychologiem. Pracuje w wielu publicznych placówkach z trudną młodzieżą, jak i udziela się medialnie jako ekspert w swoim fachu...
Kilka dni temu czyściłam buty w korytarzu. Naprzeciwko mnie, po lewej stronie znajdowały się drzwi wejściowe. Nie były zamknięte na zamek, bo chwilę temu wróciłam ze spaceru z psem i planowałam zaraz ponownie wyjść z domu. Czyszczę te buty i nagle słyszę, że moje drzwi powoli się uchylają. Pierwsza myśl - pewnie ktoś z rodziny, skoro nie puka (tak już mają, nic nie poradzę). Ale moim oczom ukazuje się jakaś obca kobieta, która po prostu patrzy na mnie i się uśmiecha, a chwilę później wydaje z siebie jakieś dziwny dźwięk, jakby skrzeczała (?), po czym zamyka powoli drzwi. A ja po prostu zamarłam. Nie wiem czemu, ale ta sytuacja wydała mi się przerażająca, ktoś z nienaturalnie szerokim uśmiechem otwiera powoli drzwi od twojego domu, patrzy na ciebie, wydaje jakiś dźwięk, po czym odchodzi.
Byłam w szoku i nie wydusiłam z siebie nawet słowa do niej. Ta kobieta poza niepokojącym uśmiechem wyglądała zupełnie zwyczajnie, choć niezbyt się przyjrzałam, ona tylko zajrzała. I zapewne nie mam co panikować, przecież nic się nie stało. Mogła być jakąś chorą psychicznie osobą lub kimś kto pomylił drzwi i ma po prostu jakiś taki dziwny styl bycia. Zastanawia mnie tylko to czemu ona się nie rozejrzała, tylko od razu patrzyła w moją stronę, jakby wiedziała, że siedzę akurat w tym miejscu. Tak samo nic nie powiedziała, żadnego "przepraszam, pomyliłam drzwi" czy nawet jakiegoś bełkotu, świadczącego o tym, że jest chora i nie wie co robi. Tylko jakiś dziwny skrzek.
Wiem, że wyjaśnień są setki, ale ja wciąż nie mogę o tym przestać myśleć, bo w tej kobiecie było dla mnie coś naprawdę przerażającego. Chyba każdy się z tym kiedyś spotkał, że jakaś osoba ze względu na sam wygląd czy styl bycia, z jakiegoś dziwnego powodu budzi w nas lęk. To właśnie było to. I jak na razie dalej nie mam pojęcia kim była i co tu robiła. Nie kojarzę też, aby ktoś taki mieszkał na moim osiedlu lub w moim bloku, ale od tamtej chwili ciągle się rozglądam. I chyba zbyt panikuję, bo co chwilę sprawdzam, czy moje drzwi są na pewno zamknięte.
Pracuję sobie w IT. Mam umowę o pracę z najniższą krajową i kontrakt na samodzielnej działalności gospodarczej. Dzięki pomysłom naszego popieprzonego rządu w tym roku podwyżki nie będzie. Ponieważ dali 350 PLN więcej do najniższej krajowej, a w rzeczywistości ~280 na rękę, to pracodawca wliczając w to podatki, składki ZUS musi przeznaczyć na każdego pracownika około 450 PLN na łebka. A pracowników jest 600. Więc nie stać ich na to. Co wymyślono?
Przecież pracodawca nie może być stratny. Dostaliśmy obniżki faktur. Tak po -200 PLN (+ VAT). Wliczając w to wyższy ZUS, który muszę płacić na działalność gospodarczą, inflację i podwyżki cen - relatywnie zarabiam mniej niż w poprzednim roku.
Mistrzowskie posunięcie. Na podwyżce zyskał tylko... rząd. Bo podatki i składki, które płacę, faktycznie wzrosły. Czas poszukać pracy za granicą. I nie jest to tylko moje zdanie. Jak tak dalej pójdzie, to w Polsce zostaną tylko pobierający socjal. Tylko nie będzie miał kto na niego zarabiać.
Pozdrawiam.
Szare Szeregi.
Przed chwilą przeczytałam wyznanie #T09Ud i po przeczytaniu wielu wręcz obrzydliwych komentarzy opowiem Wam o tym, jak zostałam dz***ą.
Moja historia jest bardzo zbliżona do historii autorki, więc nie będę się szczególnie rozpisywać, a jedynie dodam, że na wakacjach nie byliśmy przez 8 lat związku, często brakowało pieniędzy na jedzenie i leki. Wiem też jak to jest nie jeść przez tydzień, gdy ukochany w ramach ambicji zawodowych wyjeżdża na 4 miesiące pracy za darmo i nie zostawia żadnych pieniędzy swojej ukochanej. Jednak zanim do tego doszło:
On pracował za grosze w miejscu, gdzie mógł spać w czasie pracy, grać w gry, albo nawet pić. Praca mu zwisała. Chodziło o wygodę w pracy, nie krył tego.
Ja pracowałam za 700 zł miesięcznie w sklepie na dziwnych umowach (takie były czasy). Aż wypadł mi ząb. Serio. Dokładnie to górna dwójka. Wstydziłam się bardzo i odeszłam z pracy. Wstawienie zęba kosztowało sporo, jednak trzeba było leczyć kanałowo ten ząb ponad pół roku. Jednak dentysta kosztuje, a pensja została tylko jego. Więc co zrobiłam? W końcu kochałam miłością najczystszą, więc nie wymagałam by on coś zrobił, tylko sama zaczęłam 'zapie*****ć' tak jak w komentarzach pod wyznaniem tamtej kobietki. Potrzebowałam pieniędzy zaraz, wstydziłam się swojej bezzębnej twarzy, a mój ukochany wtedy miał manię na oglądanie sex kamerek. Tak, tam właśnie zostałam dzi**ą. Internetową, ale jednak.
Moja' kariera' trwała dokładnie tyle ile trwało wstawianie tego zęba, jednak mojemu ukochanemu wcale nie przeszkadzało to czym się zajmowałam. Cieszył się, że zarabiam dobre pieniądze, dzięki czemu żyje nam się lepiej, a do tego mam zawsze czas by posprzątać w domu i ugotować obiad na czas, gdy on wracał z pracy.
Najważniejsze, że moja miłość do niego była najczystsza i nie byłam materialistką. W końcu sama 'zapi******m'.
P. S. Ta 'praca' wcale nie była lekka, jednak potrzebowałam pieniędzy na dentystę na drugi dzień i to zadecydowało o moim wyborze. Nie jestem z tego dumna.
W życiu nikomu się nie przyznam że jestem uzależniona od przygód jednonocnych. Nie jestem nimfomanką ani nic w tym stylu, po prostu raz na pół roku lubię takie coś przeżyć. Czasem trwa taka znajomość dłużej jak tydzień, ale potem urywam kontakt, bo nie potrafię od jakiegoś czasu nawiązać głębszej relacji. Jakby coś się we mnie wyłączyło i nie potrafię się zaangażować uczuciowo. Na dodatek jeśli chodzi o dobór partnerów to im większy podrywacz i narcyz tym lepiej, bo mam dziką satysfakcję jak widzę zaskoczenie na twarzy, gdy mówię po wszystkim beznamiętne "na razie" i jak gdyby nic sobie wychodzę.
Nie wiem czy to problem z ego, na chorobę zdarza się zbyt rzadko, a ja boję się, że już nigdy w życiu miłość mnie nie spotka. Bo już jedna była i jakby już się wyczerpał jakiś limit.
Im bardziej się denerwuję, tym bardziej chichoczę. Nic z tym nie umiem zrobić. Nie mam pojęcia czemu tak jest. Dużo ludzi uważa, że to urocze, ale to czasem bywa groźne. Jak na przykład w końcówce ostatniej ciąży.
W 8/9 miesiącu ciąży poszłam sobie z synem na pobliski placyk zabaw ulokowany w pobliżu domu, w parku przy większej ulicy. Placyk był malutki: zjeżdżalnia, bujak, murek do skakania. Syn był dzieckiem raczej posłusznym, jednak tamtego dnia zachował się całkowicie inaczej. Miał wtedy około 2 lat i 3 m-cy.
Zobaczył nagle autobus i zaczął biec w jego stronę wołając "Tobus". Pojazd sunął właśnie wzdłuż głównej ulicy. Nim się zorientowałam, synek rozpędził się na swoich grubych nóżkach do niezłej prędkości. Niezwłocznie pognałam za nim. Jednak ze stresu zaczęłam chichotać, co sprawiło, że niemal nie mogłam biec. Dodatkowo brzuch zaczął mi podskakiwać, potęgując mój chichot. Złapałam brzuch od dołu i starałam się nadążyć za synem. Na skutek stresu, biegu i chichotu stało się - zaczęłam popuszczać mocz (a było wówczas lato i miałam krótkie spodenki i t-shirt).
Syn dalej biegł w kierunku ulicy. Autobus stał na światłach. Zdumieni ludzie na przystanku patrzyli na dorodnego 2-latka i goniącą go ciężarną, niemal omdlewającą od chichotu matkę, która podtrzymując dwiema rękami brzuch i próbując opanować śmiech krzyczała "hi, hi, synku, wróć!" na co dziecko oczywiście reagowało zwiększeniem obrotów, myśląc, że mama się z nim bawi.
Byłam zjawiskiem tak zaskakującym, że nikt z oczekujących ludzi nawet się nie poruszył.
Tymczasem mała petarda dobiegła do przystanku (jakieś 200 m), na którym zatrzymał się już autobus. Jego drzwi się otworzyły i malec... wskoczył do środka.
Jakoś doturlałam się do autobusu, ale tak się śmiałam, że nie mogłam wejść do środka, mając równocześnie przerażającą świadomość, ze mój syn już tam jest.
Na szczęście jakiś mężczyzna zauważył, że dziecko wsiadło samo, a jakaś kobieta przerażająco śmieje się na przystanku i bez zbędnego zastanawiania się złapał mojego syna pod pachy i wyskoczył z nim z autobusu, nim ten odjechał.
A ja stałam na przystanku, dalej chichotałam, ale zaczęłam też szlochać (ze szczęścia i z przerażenia) i wciąż popuszczałam mocz. Mężczyzna zobaczył w jakim jestem stanie i bez pytań odprowadził nas najpierw do parku na ławkę, mówiąc, że czegoś takiego to jeszcze nie widział i putał jak można w takim stanie samemu wychodzić z domu oraz gdzie jest mój mąż i dlaczego na to pozwala.
Nigdy wcześniej nie miałam tej przypadłości aż w takim nasileniu. Do końca ciąży nie ruszałam się z synem sama z domu.
Przypomniało mi się o tym dzisiaj, bo ścigaliśmy się z synem do drzwi przedszkola. I ZNOWU zaczęłam tak chichotać, że o mało nie popuściłam.
PS. Syn wygrał.
Kolejne wyznanie o kupie, chociaż przynajmniej anonimowe, bo o przedstawionej w nim sytuacji nie powiedziałam nikomu.
Parę lat temu wybrałyśmy się z przyjaciółką na wakacje do położonego w górach miasteczka. Nocowałyśmy w gospodarstwie jej znajomego, a dnie spędzałyśmy głównie na włóczeniu się po okolicy.
Tuż przed jedną z takich wypraw poczułam, że muszę iść na dwójkę. Normalna sprawa, więc zamknęłam się w toalecie i wypuściłam z siebie potworka o niespodziewanie dużych gabarytach. Ale... kiedy próbowałam spuścić wodę, kupa tylko wesoło tańczyła na powierzchni. Ja już powoli wpadam w panikę - przepychacza brak, przyjaciółka na mnie czeka, a że mieszkałyśmy tylko we dwie na tym piętrze, od razu będzie jasne, kto jest sprawcą!
I w tym momencie mnie natchnęło - przypomniałam sobie wszystkie historie z anonimowych z podobnym problemem i... tak, pokonując obrzydzenie, wyjęłam klocka i zapakowałam w grubą warstwę papieru toaletowego, aby nie przemókł. Finalnie pakunek miał rozmiar mniej więcej piłki do siatkówki, ale szczęśliwie wzięłam ze sobą do toalety plecak, więc szybko wcisnęłam go na dno, a na wierzch położyłam bluzę, aby moja towarzyszka w razie otwarcia plecaka nie natknęła się na niespodziankę.
Wyszłyśmy z domu, modliłam się, żeby spotkać kosz na śmieci i pozbyć się dowodów zbrodni. Ale ponieważ znajdowałyśmy się na zadupiu, niosłam to gówno przez jakieś dwa kilometry, zanim w końcu go zobaczyłam. Gdy się do niego zbliżałyśmy, delikatnie zwolniłam, prosząc los w myślach, żeby przyjaciółka się teraz nie odwróciła (bo jak niby wytłumaczę, czemu wrzucam do kosza wielką kulę papieru?). Sukces! Chociaż nie do końca, bo kosz był pusty i donośnie brzęknął w kontakcie z wrzuconym klockiem. Ale przynajmniej chyba nie zdążyła nic zobaczyć, gdy się odwróciła.
Do tej pory nie wierzę, że odwaliłam taki cyrk z powodu byle gówna. Zwłaszcza że problem z zatykającą się toaletą utrzymywał się przez następne dwa dni, a przyczyną, jak się okazało, nie była zbyt wąska rura, ale niewystarczające ciśnienie wody. Podsumowując - gdybym wtedy po prostu sięgnęła po słuchawkę prysznicową i wspomogła działanie spłuczki, to nieszczęsny klocek bez problemu zostałby spłukany.
No cóż.
Moja dziewczyna tak się ucieszyła, że spadł śnieg, że zrobiła 10 aniołków pod blokiem, po czym ulepiła minibałwana i postawiła go na naszym parapecie za oknem. Dodam, że ona ma 35 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie