#t1lRZ

Ona. Moja niespełniona miłość. Poznaliśmy się blisko 3 lata temu. Przez półtora roku bycia w friendzonie oraz po wielu próbach zrobienia kolejnego kroku w naszej znajomości zerwałem z nią kontakt i ułożyłem sobie życie, pozbywając się z głowy myśli o tej ważnej dla mnie osobie.

Odezwała się do mnie ze świątecznymi życzeniami i tak jakoś kontakt się odnowił. Dziesiątki wiadomości jak to bardzo za mną tęskniła, że zrozumiała co straciła i kto w jej życiu jest tak naprawdę ważny. Tylko że w ciągu miesiąca znalazła dla mnie 40 minut na jeden spacer. Udało się to dopiero za piątym razem, bo zawsze miała ważniejsze sprawy do załatwienia (zakupy z koleżanką, wyjście na dyskotekę). Teraz już wiem, że te słowa nie były nic warte, a jej po prostu brakowało tej friendzony.
Wczoraj definitywnie zamknąłem rozdział swojego życia pt. Ania, kasując jej numer i blokując na wszystkie możliwych komunikatorach. Czuję ogromną ulgę mimo tego, że ta osoba już na zawsze będzie w moim sercu.

Nie przenoście gór dla ludzi, którzy nie są w stanie przenieść dla was choćby małego kamyka.

#4tHxJ

Chciałabym podzielić się z Wami pewnym odkryciem z mojego życia. Nie do końca wiem, co powinnam o tym wszystkim myśleć, być może Wy jakoś nakierujecie moje myśli na odpowiedni tor.

Ostatnio przyłapałam mojego młodszego brata na gorącym uczynku. Widziałam, jak kradł mojej mamie pieniądze – wyciągał z portfela 20 złotych. Tomek mnie nie zauważył, a ja stałam za ścianą i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój brat nigdy nie sprawiał większych problemów, to kujon, który nawet nie ma zbyt wielu znajomych, stąd nie miałam pojęcia po co mu te pieniądze i dlatego tak mnie to zaciekawiło. Na początku myślałam, żeby mu to powiedzieć wprost i zapytać, ale wiedziałam, że nic mi nie powie – w końcu jestem jego starszą siostrą, więc jak ma jakiś sekret, to z nim do mnie raczej nie przyjdzie. W każdym razie postanowiłam trochę się przyjrzeć bratu i temu co robi. Nie było to trudne, bo on jest mega nieuważny, więc w zaledwie tydzień już wiedziałam o co chodzi. Okazało się, że zbiera kasę w jakimś pudełku. Co więcej, obawiam się, że to nie był pierwszy raz, kiedy podebrał mamie kilka złotych, bo w przeciągu kolejnych dwóch tygodni zrobił to ponownie.

Wiecie na co mu były te pieniądze? Kupował jedzenie biednym. Serio, może to brzmi banalnie, ale niczego innego nie zauważyłam, poza faktem, że Tomek regularnie po szkole kupuje kanapkę i zupę instant dla bezdomnego. Jestem w stanie uwierzyć, że tylko w tym celu zbiera tę całą kasę, bo mój brat od zawsze taki był, że lubił pomagać ludziom. Nieraz powtarzałam, że on jest całkowicie inny niż dzisiejsze dzieciaki.

Nie wiem co teraz o tym myśleć i co z tym robić. Z jednej strony Tomek kradnie pieniądze i jest mega nie fair wobec naszej mamy. Z drugiej, on przecież robi to z dobrego serca i pomaga biednym…

#8vEl3

Jako dziecko byłam dość pulchna. Lubiłam słodycze, a że od kiedy pamiętam miałam tendencję do tycia, to mama często mi zabraniała je jeść w ilościach większych niż jedno ciastko tygodniowo. Miało to taki skutek, że gdy raz na dłuższą chwilę dorwałam w tajemnicy coś słodkiego, byłam w stanie zjeść wszystko naraz - po prostu na zapas. Nieważne, czy to był baton, czekolada czy całe opakowanie ptasiego mleczka. I tak sobie tyłam. Zachowywałam się strasznie, zdaję sobie z tego sprawę, ale czasu nie cofnę.

Pochodzę z małej miejscowości, gdzie też chodziłam do szkoły. Nie byłam lubiana w podstawówce ze względu na swoją wagę (żeby nie było - nie wyglądałam też jak kulka, nosiłam może 2 rozmiary większe ubrania niż przeciętne dziecko w wieku 10 lat). W mojej klasie wtedy szczyt popularności osiągały pewne trzy dziewczyny, które zawsze trzymały się razem. Były trochę zarozumiałe i bardzo pewne siebie, tego jakie to są mądre i ładne. Bardzo ich nie lubiłam. Nie za to, że były ładne, chude itd., ale dlatego, że miały paskudne charaktery. Przez to, że zawsze byłam dość szczerą osobą i nie udawałam, że kogoś lubię czy też nie, stałam się ich kozłem ofiarnym.

Zaczęło się niewinnie, od mało przyjemnych haseł rzucanych w moja stronę, zabierania moich rzeczy (plecak, kurtka) i chowania ich w różnych miejscach w szkole. Później było tylko gorzej. Klasa zaczęła się nastawiać przeciwko mnie. Dziewczyny były w stanie przynieść do klasy stare majtki, usmarować je w czekoladzie, wrzucić mi do plecaka podczas lekcji gdy nie patrzyłam, po to żeby później przy wszystkich je wyciągnąć i się ze mnie pośmiać z całą resztą. Nie wytrzymałam i rozpłakana poskarżyłam się wychowawczyni.

Moje koleżanki oczywiście wszystkiego się wyparły, nauczycielka uwierzyła im i całej klasie, która zapytana o tę sytuację potwierdziła wersję małych terrorystek. Nie wiedziałam jeszcze wtedy jakie będą konsekwencje.

Pewnego dnia, jak już zbierałam się do domu jedna z tych dziewuch znowu mi wyrwała plecak i pobiegła z nim do szatni od WF-u. Gdy tylko weszłam do tego pokoju żeby odebrać swoją własność, praktycznie od razu drzwi się za mną zamknęły, a oprócz tej, która mi zabrała plecak były też jej koleżanki. Bardzo szybko dwie z nich mnie przytrzymały, a trzecia podeszła i zaczęła mnie okładać pięściami po twarzy, brzuchu itp. Poczułam, jak z nosa poleciała mi ogromna ilość krwi, wtedy mnie puściły. Zwijając się z bólu usłyszałam tylko, że "to za kablowanie" i wyszły.

Nikt się nigdy nie dowiedział z dorosłych o tym, co mi kiedykolwiek zrobiły. Nauczyciele by mi nie uwierzyli, bałam się, że rodzice też nie uwierzą.

Mam teraz 20 lat. Wyrobiłam sobie wymarzoną sylwetkę, studiuję, mam masę przyjaciół, chłopaka. Jestem szczęśliwa. A karma to s*ka, zawsze wraca. Dwie z nich są teraz samotnymi matkami, a jedna ostatnio miała wypadek, bo pijana i "spalona" wsiadła do samochodu i spowodowała wypadek.

Wiem, powiecie, że to źle mieć satysfakcję z czyjegoś nieszczęścia. W takim razie jestem złą osobą.

#Ad2gq

Uwaga, będzie obrzydliwie.

Pewnego razu jak co miesiąc dostałam okresu. Wiadomo, prysznic, tampon i do pracy. Jednakże siedząc w pracy zauważyłam, że kosmyk włosów (są ciemne, więc nie było widać) mam czymś sklejony. Gdy próbowałam to coś odkleić, okazało się, że był to skrzep krwi. Ohyda...

Jako że nie miałam możliwości w tamtej chwili iść do łazienki, wytarłam to o wnętrze mojego czarnego swetra, a palce musiałam oblizać. Na szczęście nikt nie zauważył całej akcji.

#Ffuxc

Gdy byłam w 5 klasie podstawówki okazało się, że mam wszy. Rodzice o mnie dbali, byłam czystym dzieckiem, po prostu musiałam się od kogoś zarazić w szkole. Nie rozumiałam, że to takie straszne, więc na lekcjach i na przerwach wyjmowałam larwy z włosów i rozgniatałam je w palcach. Uwielbiałam, jak strzelały. A koleżankom, których nie lubiłam, wrzucałam je we włosy udając, że już coś tam mają i chcę to coś wyciągnąć.

#wDHrl

Mój mąż dostał awans w pracy i od tamtej pory, podczas intymnych chwil w łóżku, każe mi nazywać go SZEFEM. Za pierwszym czy drugim razem było to nawet zabawne, ale dziś mijają 3 miesiące od jego awansu i ten dalej chce, bym go tak nazywała. Jak się sprzeciwiam, to w trakcie drze się, że mnie zwolni i jeszcze bardziej mu odwala.
Jestem bardzo ciekawa, co o nas myślą sąsiedzi.

#Zuyrj

Gdy miałem 6 lat, mój ojciec na moich oczach skatował naszego psa. Jeszcze żywego, ale w stanie agonalnym wyrzucił na śmietnik.

Gdy miałem 10 lat, próbował utopić moją matkę w wannie.

Gdy miałem 12 lat, skatował mnie.

Gdy miałem 17 lat, złamał mi obie ręce.

Obecnie jestem dorosły i już dawno temu wyprowadziłem się z domu.

Wiecie kim jest mój ojciec? Politykiem. Rozpoznawalnym dla ludzi interesujących się polityką. Nie potrafię tego pojąć, że taki potwór jak on, tak skutecznie przybiera twarz porządnego, ułożonego i pobożnego człowieka. I udaje mu się nabierać na to wszystkich.

#zgrE1

Miałam dziewięć lat, pół roku wcześniej zmarł mój ojciec, a matka była już w bardzo zaawansowanej ciąży.

Mieszkałyśmy wtedy na "farmie" oddalonej nieco od reszty domów we wsi, gdzie oprócz kilku pomieszczeń gospodarczych dla zwierząt był tylko jeden domek, taki jednopokojowy. Kibel miałyśmy na wierzchu.

Ogółem to pamiętam, że ciążę moja matka znosiła bardzo źle, a po śmierci ojca kompletnie odcięła kontakt z ludźmi ze wsi, a kiedy ktoś chciał przyjść spuszczała psy z łańcucha, aby przegonić nieproszonych gości. Jeśli coś było potrzebne ze sklepu (do najbliższego było półtora godziny drogi na piechotę) - wysyłała mnie.

Noc w którą zaczęła rodzić, pamiętam dokładniej niż jakąkolwiek inną rzecz w swoim życiu. Musiałam siedzieć w innym koncie domu, ale pamiętam jej wrzaski, krew na prześcieradle, a potem płacz dziecka. Pamiętam ten charakterystyczny zapach krwi oraz fekaliów i innych substancji. Pamiętam tą małą istotkę zawiniętą w zakrwawiony materiał, młócącą miniaturowymi piąstkami powietrze i odgłosy jakie z siebie wydawała. Jej buzię...

Kiedy tylko matka doszła do siebie, kazała mi nie ruszać się z domu, a sama wraz z wciąż kwilącym dzieckiem wyszła na zewnątrz. I to był ostatni raz gdy je widziałam.

Wróciła jakieś dwadzieścia minut później, na pewno nie więcej i kazała mi zapomnieć o całej sytuacji. Powiedziała, że dziecko zmarło przy porodzie i tak mam wszystkim mówić.

Nie mam pojęcia co z nim zrobiła. Szczerze mówiąc, boję się, że wrzuciła je do świń aby je zjadły, albo zakopała na terenie. Nie mam żadnych bardziej racjonalnych pomysłów co mogła z nim zrobić w tak krótkim czasie, a ja miałam zakaz zbliżania się do chlewu, bo świnie były bardzo agresywne (za życia jedynie mój ojciec się nimi zajmował, matka po jego śmierci nawet nie otwierała ich, a jedynie wrzucała czasami resztki przez takie małe okienko na środku ściany).

Dwa miesiące później udało jej się sprzedać farmę i wyprowadziłyśmy się do miasta. Tam poznała mężczyznę, z którym wzięła ślub, a potem urodziła jeszcze dwójkę dzieci.

Kilka razy próbowałam zacząć z nią ten temat, oczywiście delikatnie, ale ona twierdzi, że nie była w żadnej ciąży i coś sobie wymyśliłam.

#KCYRT

Mąż zostawił mnie samą z naszym 4-miesięcznym synem. Odszedł do innej, sam zaproponował, że zrzeknie się praw do dziecka. Bolało jak diabli. Naturalna sprawa. Po rozwodzie nie mieliśmy już żadnego kontaktu. Och, jak ja dziękuję za tak cudowną rodzinę i przyjaciół, bo nie wiem co bym w tamtym czasie zrobiła, jak bym sobie dała radę.

Parę lat później ułożyłam sobie życie z moim obecnym mężem. Dorobiliśmy się razem własnej firmy na obczyźnie, która całkiem nieźle się kręci już od ładnych paru lat, a nawet lepiej niż nieźle, bym powiedziała. W skrócie - spełniły się moje marzenia o cudownej rodzinie, pracy i pieniądzach. Przejdźmy teraz do konkretów.

Styczeń, początek roku. 22 lata po rozwodzie. Jakiś szaleniec próbuje się dostać na teren firmy i wykrzykuje moje nazwisko. O wszystkim powiadamia mnie ochrona. Gdy sytuacja się trochę uspokoiła, zeszłam na dół dowiedzieć się czegoś więcej. To był mój były mąż...

I teraz uwaga - żąda ode mnie 2 milionów złotych dla jego 3-letniego synka na leczenie! I nie, nie zapytał co u naszego syna, czy zdrowy, co w życiu porabia, jak wygląda itp. Nic. Żądał pieniędzy na swojego syna, bo ten choruje, a skoro ja mam pieniądze, to mogę mu dać.

Jedyne co mu wtedy dałam, to w mordę, i obietnicę wezwania policji, jak się nie wyniesie. Nie jest mi go żal, ani tego chłopca. Może jestem jakąś starą suczą bez serca, możliwe, ale mamy już fundację, którą wspieramy, wspieramy też dom dziecka. Nie czuję się w obowiązku dawać pieniądze każdemu, kto o nie mnie poprosi. A już zwłaszcza komuś takiemu. Krew się znowu we mnie gotuje.

#srjuA

Dziesięć lat temu szukałam pokoju do wynajęcia w mieście, w którym pracowałam. Mieszkałam jeszcze u rodziców, ale chciałam być bliżej pracy, na wynajęcie mieszkania nie było mnie stać.
Znalazłam pokój u pewniej z pozoru miłej starszej pani. Do końca miesiąca miał tam mieszkać chłopak, a ja miałam się wprowadzić po nim. Podczas rozmowy zapoznawczej pani zaczęła strasznie na niego narzekać. Wypowiadała mu umowę, bo nie odkurzał, nie kąpał się, nie prał ubrań i śmierdział, nie mył naczyń, nie spuszczał wody w toalecie i wracał bardzo późno do domu, tak że ją za każdym razem budził.
Wcale jej się nie dziwiłam, że chciała się pozbyć takiego syfiarza.

Pierwszy dzień mieszkania z tą panią był całkiem OK.
Niemniej po trzech dniach zaczęły się problemy. Najpierw było, że za często się kąpię i powinnam się kąpać raz na trzy dni. Potem zaczęło się czepianie o to ile razy korzystam z toalety. Że każde spuszczenie wody słono ją kosztuje i powinnam chodzić się załatwiać tylko 3 razy dziennie i nie więcej.

O gotowaniu czy zmyciu naczyń mogłam zapomnieć, miałam jeść i pić z tych samych naczyń przez kilka dni, żeby nie marnować wody. Z pralki nie wolno mi było korzystać, brudne ciuchy woziłam do rodziców. O odkurzeniu pokoju też mogłam zapomnieć, bo szkoda prądu i worków, był tam dywan, który po prostu zwinęłam, żebym mogła chociaż zamieść gołą podłogę.

Wracałam z pracy po 14, dla niej to było za wcześnie i powinnam jeszcze iść gdzieś do znajomych czy na imprezę, byle nie siedzieć w domu i nie marnować jej prądu i wody. A jak zostałam na weekend, to wypominała, że powinnam pojechać do rodziców jak mam wolne. Czyli słowem, miałam płacić za pokój i najlepiej w nim nie mieszkać.

Ale że ja nie dam sobie w kaszę dmuchać, stawiałam się i po prostu robiłam swoje, kąpałam się ile razy chciałam, korzystałam z toalety ile razy chciałam itp. Potem wysłuchiwałam litanii, że marnuję prąd i wodę, ale za coś przecież płaciłam, prawda? I to niemało, bo pół mojej wypłaty za pełen etat.

Teraz pewnie zapytacie dlaczego nie rozwiązałam umowy od razu, jak zaczęły się problemy. Otóż pani wzięła dużą kaucję i w umowie zastrzegła, że jeśli rozwiążę ją przed czasem, kaucji mi nie zwróci. Żałuję, że nie udało mi się wcześniej porozmawiać z tym chłopakiem, ale ja go nawet nie widziałam.
Wyniosłam się jak tylko skończyła się umowa, na szczęście trwała tylko trzy miesiące. Pani była wielce zła, bo musiała szukać nową osobę i coś tam jęczała, że jak nikogo nie znajdzie, to się nie utrzyma sama, ale nie było mi jej ani trochę żal. Dodam, że wypalała dziennie półtorej paczki drogich papierosów (co sama mówiła) i przez to nie miała pieniędzy. Jak się wynosiłam, przyszła chętna na pokój dziewczyna, poczekałam na nią pod blokiem i jak wychodziła, powiedziałam co i jak.
Dodaj anonimowe wyznanie