#KRqSz

Koleżanka z pracy jest z zamiłowania instagramerką. Od jakiegoś czasu przechwala się na okrągło gdzie to ona nie była, co nie widziała. I chwali się zdjęciami wspaniałymi.

Pewnego razu pocisnęła jednego z programistów, zarzucając mu, że on "świata nie widział", bo z Polski wybył zaledwie dwa razy w życiu. No i wdepnęła. Nie wzięła pod uwagę, że w firmie mamy zadziwiająco dużo ludzi zajmujących się fotografią na poważnie (w sensie biorą zlecenia jako fotografowie), a w dodatku to firma IT i co najmniej kilku ludzi zna się na profesjonalnej obróbce grafiki. No i czy to "na oko", czy przy użyciu profesjonalnych narzędzi do analizy zdjęć wykryto wieeeeeele dowodów na obróbkę jej zdjęć, od "upiększania" zdjęć, do podkładania fałszywego tła pokazującego miejsca, które rzekomo odwiedziła. No i ludzie powrzucali to wszystko na taką stronkę, której używamy do rozmów miedzy pracownikami, niezwiązanych bezpośrednio z pracą. Generalnie polewka na całą firmę. No i mamy spokój, bo przestała robić z siebie celebrytkę na całego.

#7rr6E

Trochę o "matce męczennicy".

Moja mama zawsze się poświęcała dla rodziny. Na jakiekolwiek niedziele, święta czy inne ważne okazje zawsze musiała wszystko sama przyszykować, upiec, bo kupne to złe. Nigdy nie umiała też prosić o pomoc, a na tę oferowaną ciągle przez członków rodziny zwykle reagowała: "Zostaw, nie zrobisz mi tak jak ja tego chcę" albo "Nie umiesz, daj, ja to zrobię". Ja jako córka mniej więcej od czasów podstawówki regularnie słyszałam tekst "Ty nic nie potrafisz zrobić" na zmianę z "Rzygać mi się chce, jak patrzę jak to robisz". Czy rzeczywiście byłam aż tak beznadziejna we wszystkim?

Gdy wyjechałam na studia okazało się, że jednak nie. Współlokatorzy chwalili mnie za sprzątanie, reszta znajomych wsuwała moje dania i wypieki aż im się uszy trzęsły i prosili o dokładki. Owszem, musiałam się nauczyć sama masy rzeczy, ale koniec końców umiałam to wszystko zrobić, tyle że na swój sposób i w swoim tempie. Jak to wyglądało w domu? Wszystko musiało być robione tak, jak moja mama tego chce i dokładnie wtedy, gdy ona tak zarządzi. W innym wypadku padały wymienione wyżej teksty, okraszone wyrzutami "Ja robię chociaż się nosem podpieram, tyle się dla was poświęcam!". No właśnie, tylko że... ja nigdy nie chciałam tych poświęceń. Wolałabym usiąść z uśmiechniętą i zadowoloną z życia mamą przy kupnym cieście, niż ze zgorzkniałą i wiecznie rozżaloną przy domowej szarlotce.

Kocham moją mamę, jestem jej wdzięczna za to, że tyle dla mnie w życiu zrobiła - opiekowała się, gdy chorowałam, gotowała pyszne obiady, po prostu za to, że zawsze dla mnie była. Ale (i to jest właśnie ta anonimowa część, której nigdy jej nie powiem) równocześnie nienawidzę jej za brak wiary we mnie, za ciągłe wypominanie i utrzymywanie mnie w poczuciu, że jestem wyrodną córką, gdy robiłam coś nie po jej myśli. Za to, że mając 24 lata z trudem buduję poczucie własnej wartości i dopiero uczę się stawiać samodzielne kroki w dorosłym życiu. Za to, że nauczyła mnie opierać swoją wartość na słowach innych ludzi, zamiast na swoich wewnętrznych przekonaniach.

#LSn45

Lata temu otworzyli koło mnie nowy market budowlany. Żadnego remontu akurat nie planowałem, ale pierwszego dnia mogą być jakieś promocje i może coś się kupi na zapas.
Promocji żadnych nie było, ale stały hostessy z przekąskami. Nie żałowałem sobie i żołądek zaczął upominać się o swoje prawa. W ogóle się tym nie przejąłem, bo widziałem, że na parterze jest toaleta dla klientów. Ale co mi szkodzi najpierw obejrzeć piętro...

Wszedłem na piętro i wtedy poczułem, że nie jest dobrze. Wiedziałem, że na parter już wrócić nie zdążę. Teraz już tylko cud mógł mnie uratować. I cud się zdarzył! Jest toaleta! Dziwna trochę, chyba dla personelu. Nie jest łatwo zaciskać pośladki i jednocześnie płaszczyć się przed kimś, żeby pozwolił z toalety skorzystać, nie dane mi było jednak tego sprawdzić, bo personel gdzieś wywiało. Szybko usiadłem na sedesie i poczułem ulgę towarzyszącą opróżnianiu jelit.

Kiedy kończyłem, miałem już małą widownię, bo to był sedes w toalecie  zaaranżowanej na wystawie...

PS Nikt się nie odezwał, bo ludzie myśleli, że to taka reklama na otwarcie. Reklama to jednak potęga.

#Al3ht

Kiedy moja mama wracała po 22 z pracy, siedziała na tronie dobrą godzinę i jak chciało się załatwić w tym czasie, ona ciągle się wydzierała, że nie może się spokojnie wypróżnić. Raz mnie przycisnęło i dała mi skorzystać z toalety. Gdy zrobiłam dwójkę, sądziłam, że już mi się nie zachce, a tu znowu mnie ciśnie po 5 minutach. Nie chciałam iść znowu do toalety, by pogonić mamę, bo nie chciało mi się słuchać jej marudzenia i krzyków (nie robiła dwójki, tylko siedziała i rozwiązywała krzyżówki i mówiła, że załatwia się na raty).
Wzięłam reklamówkę i poszłam do pokoju. Rozłożyłam ją na podłodze i... zrobiłam co musiałam do tej reklamówki. Kiedy skończyłam, zawiązałam ją szczelnie i włożyłam do drugiej reklamówki. Gdy mama wyszła z toalety, poszłam i ja, wytrzeć rzyć.
Potem zastanawiałam się co z kupą w worku, przecież nie wyrzucę jej do śmietnika w kuchni, bo zacznie śmierdzieć... Więc kiedy zrobiło się już późno, a na dworze już nikt nie chodził, otworzyłam okno, wyrzuciłam torbę daleko na ulicę i szybko zamknęłam je  z powrotem.

#5fy2T

Kiedy miałem 5 lat, pisałem listy miłosne do przyjaciółki mojej 10 lat starszej siostry. Ponoć byłem całkiem niezły, opisywałem jak mi się podobają jej włosy, oczy, że razem weźmiemy ślub i będziemy super rodzinką itp. Nieźle jak na 5-latka :)

Ostatnio ona z siostrą znalazły te właśnie listy. Przyjaciółka siostry stwierdziła, że lepiej mogła poczekać na mnie, niż robić dzieci i się hajtać, bo całkiem dobra dupa ze mnie.
Dodam, że mam już 22 lata i jest mi mega głupio, hah :)

#lbyua

Kolega w pracy od dawna niejednoznacznie sugerował, że kobiety w IT nie radzą sobie równie dobrze jak mężczyźni, że jesteśmy gorsze. No i się doigrał...

Ostatnio koleżanka robiła standardowe sprawdzenie napisanego przez niego programu (standardowa procedura, jeden programista koduje, a przed oddaniem kodu do następnego etapu drugi mu go sprawdza pod względem poprawności ze standardami). No i koleżanka walnęła mu wykład, że to, to i to można było napisać lepiej, na kolanie napisała te funkcje znacznie krótsze i przejrzystsze. Po prostu rozsmarowała go na monitorze.

Od tego czasu ucichł i nie rzuca głupich komentarzy. A my mamy spokój.

#DG5yN

Jestem górnikiem na jednej ze śląskich kopalń (PGG). Praca ciężka, wymagająca, trudna. Zapylenie, zagrożenia wodne, metanowe, tąpaniami, temperatura, przeciągi itp. Pracuję na zmiany (12, 18, 24)  i choć na dole jestem 7,5 godziny, to w domu nie ma mnie 9 godzin, choć mieszkam 10 minut od kopalni. Jeśli chodzi o zarobki, to nie jest tak wesoło, jak pokazują w telewizji. Przy prawie 10-letnim stażu z wykształceniem górniczym zarabiam 3 tys. na rękę, nie tak jak w telewizji pokazują 7500... Nawet jeśli doda się wszystkie dodatki, to wypłata nie przekracza 4 tys.

Piszę te wyznanie dlatego, że mimo wszystko wstyd mi, jak załatwiają sprawę związki zawodowe, jeśli chodzi o aktualne strajki. Ostry język łaciny podwórkowej, populistycznej blokowanie torów, czy wysypywanie węgla w biurach poselskich (współczuję sprzątaczkom). Wstyd mi! Problem jest z ceną węgla! Nasz węgiel jest dużo droższy od wschodniego ze względu na nałożone podatki, przerost w zatrudnieniu w biurowcach i załodze dyrektorskiej. Wyższy Urząd Górniczy trzyma łapę na każdej nakrętce, śrubie, gwoździu, maszynie, a także skarpecie, na wszystko musi być atest... Polski urząd zdziera pieniądze z kopalń, tak to wygląda... Nie piszę o żadnych przekrętach, bo takie są w każdej spółce państwowej. Chodzi mi jedynie o to, by ludzie, którzy nie pracują w górnictwie i nie mają z nim nic wspólnego wiedzieli, że sytuacja jest ciężka nie ze względu na pracujących tam górników, a władzy, czyli prezesa, zarządu, dyrektorów, bo my tylko pracujemy, często pod wielką presją ze strony przełożonych, pod groźbą utraty pracy bądź części zarobków.

Chciałem to z siebie tylko wyrzucić, bo boli mnie to, jaki kreuje się w PL wizerunek górnika - dużo ma, więcej chce. A wcale tak nie jest.

#ZCsVx

Kilka lat temu przyjaciółka wyjechała po wyjściu za mąż za granicę i jakoś krótko potem już umówiłyśmy się na moje odwiedziny. Przyjechałam, wypiłyśmy sporo wina, a ja miałam iść na wstępną rozmowę kwalifikacyjną następnego dnia.

Wstałam półprzytomna, idę do kuchni, wlewam wodę do czajnika i stawiam na gazie. Nie minęło 30 sekund, kiedy poczułam smród palącego się plastiku i zobaczyłam części czajnika odpadające na kuchenkę gazową. Nie zauważyłam, że czajnik był elektryczny, a nie gazowy...

Na swoją obronę powiem, że miał kształt klasycznego czajnika, ale kac i blond kolor włosów też się ku temu przyczyniły ;)
Oczywiście historia jest do dziś wspominana, kiedy mówimy o tzw. „Embarrassing moments”.

#YbJV8

To będzie mocno anonimowe wyznanie, ale muszę to wyrzucić z siebie.

Jestem 25-letnią mężatką, mój mąż to dusigrosz, pracuje na etacie w Norwegii - 2 miesiące pracy + 1 miesiąc wolnego. Zawsze chciałam iść do pracy, ale było "zajmij się domem, dzieckiem" (3 latka) - ogólnie "siedź na tyłku i dbaj o dom". Koleżanki miały fajne telefony, drogie perfumy - też chciałam, postanowiłam iść do pracy.

Postanowiłam wyjechać za granicę - wybór padł na Niemcy - w miarę blisko i trochę szprecham po niemiecku. Mój mąż dostał wściekłości, ale to nic. Wyjechałam, kiedy on był w Norwegii. W sumie efekt był dobry - zarobiłam sporo euro, podniosłam nasz komfort życia. Szczęście! Jako opiekunka osób starszych zarobiłam dobre pieniądze ;-)

A gdzie problem?
Pracowałam jako prostytutka - od razu wiedziałam gdzie i po co jadę.
Miałam przez 22 dni 122 mężczyzn. Praktycznie przez 22 dni byłam naga i co chwilę z innym mężczyzną.
I to było ciekawe doświadczenie.

Razem z mężem planujemy znów mój wyjazd do "opieki nad osobami starszymi".
Dodaj anonimowe wyznanie