#7rr6E
Moja mama zawsze się poświęcała dla rodziny. Na jakiekolwiek niedziele, święta czy inne ważne okazje zawsze musiała wszystko sama przyszykować, upiec, bo kupne to złe. Nigdy nie umiała też prosić o pomoc, a na tę oferowaną ciągle przez członków rodziny zwykle reagowała: "Zostaw, nie zrobisz mi tak jak ja tego chcę" albo "Nie umiesz, daj, ja to zrobię". Ja jako córka mniej więcej od czasów podstawówki regularnie słyszałam tekst "Ty nic nie potrafisz zrobić" na zmianę z "Rzygać mi się chce, jak patrzę jak to robisz". Czy rzeczywiście byłam aż tak beznadziejna we wszystkim?
Gdy wyjechałam na studia okazało się, że jednak nie. Współlokatorzy chwalili mnie za sprzątanie, reszta znajomych wsuwała moje dania i wypieki aż im się uszy trzęsły i prosili o dokładki. Owszem, musiałam się nauczyć sama masy rzeczy, ale koniec końców umiałam to wszystko zrobić, tyle że na swój sposób i w swoim tempie. Jak to wyglądało w domu? Wszystko musiało być robione tak, jak moja mama tego chce i dokładnie wtedy, gdy ona tak zarządzi. W innym wypadku padały wymienione wyżej teksty, okraszone wyrzutami "Ja robię chociaż się nosem podpieram, tyle się dla was poświęcam!". No właśnie, tylko że... ja nigdy nie chciałam tych poświęceń. Wolałabym usiąść z uśmiechniętą i zadowoloną z życia mamą przy kupnym cieście, niż ze zgorzkniałą i wiecznie rozżaloną przy domowej szarlotce.
Kocham moją mamę, jestem jej wdzięczna za to, że tyle dla mnie w życiu zrobiła - opiekowała się, gdy chorowałam, gotowała pyszne obiady, po prostu za to, że zawsze dla mnie była. Ale (i to jest właśnie ta anonimowa część, której nigdy jej nie powiem) równocześnie nienawidzę jej za brak wiary we mnie, za ciągłe wypominanie i utrzymywanie mnie w poczuciu, że jestem wyrodną córką, gdy robiłam coś nie po jej myśli. Za to, że mając 24 lata z trudem buduję poczucie własnej wartości i dopiero uczę się stawiać samodzielne kroki w dorosłym życiu. Za to, że nauczyła mnie opierać swoją wartość na słowach innych ludzi, zamiast na swoich wewnętrznych przekonaniach.
Ja mam taką sytuację, że każdy się dziwi, że coś potrafię, że coś w ogóle zrobiłam. Gadam z mamą przez telefon i mówię, że właśnie skończyłam robić obiad. Mama w szoku „TY zrobiłaś obiad? Ty umiesz gotować, przecież ty wody na herbatę nie ugotujesz”? Przecież gotuję od kilku lat, gotowałam też w domu rodzinnym, ale to zawsze szok, że ja coś ugotowałam. Podczas innej rozmowy mama pyta, czy mam czas. Odpowiadam, że właśnie sprzątam mieszkanie, ale mogę sobie zrobić chwilę przerwy na pogaduchy. Znowu „TY sprzątasz? Od kiedy ty taka do sprzątania chętna”? Kurna, a co w tym dziwnego, że sprzątam? Nie mam dwóch lewych rąk. Czasem mówi do mnie przez telefon coś w stylu „Jacek w pracy? To może zrób choć raz ty coś do jedzenia, jakiś obiad, nie ciagle Jacek”. Skąd przekonanie, że to zawsze on u nas gotuje, a ja nigdy? Kiedy im to wygarnęłam (im, bo ojciec też potrafi zapytać z jakąś kpiną, czy ja w ogóle wiem, że jak się chce ugotować ziemniaki, to trzeba je wsadzić do wody), to stwierdzili, że to niby takie żarty są, że mam się nie obrażać. Może i żarty, ale to nie jest przyjemne, kiedy za każdym razem ostentacyjnie dziwią się, że COŚ TAM mi się udało zrobić, ale ogólnie to nie za wiele. Szczególnie na spotkaniach rodzinnych, gdzie po takich „żartach” połowa rodziny bierze to na poważnie i tłumaczą mi jak imbecylowi, że mając 25 lat powinnam już coś umieć, że to najwyższy czas nauczyć się gotowania, że to wstyd, że w tym wieku obiadu nie zrobię. Moje tłumaczenia nic nie dają, bo oni już wiedzą lepiej. To jest naprawdę męczące i nie wiem, czemu to robią, naprawdę to ich bawi?
Przy pierwszej reakcji gościa na informacje od matki: dwa tony głośniej niż cała reszta rozmowy przy stole i z naciskiem:
"Widzisz mamo? Jednak miałam rację mówiąc, że te twoje *gest cudzysłowu palcami* żarty wcale nie brzmią jak żarty. Dlaczego musisz mi tak dogryzać? Z zazdrości, że zajmuję się domem lepiej od Ciebie?".
Do matki pewnie i tak nie dotrze, ale większość gości zrozumie.
I tak za każdym razem, do skutku, aż matka przestanie sama z siebie zaczynać temat.
I najważniejsze: nie krzycz i postaraj się by głos nie był piskliwy.
A jak ktoś spróbuje przerwać, mów dalej, max pół tonu głośniej.
Naprawdę współczuje. To zwykle znęcanie się. Generalnie to nie brałabym rady serwatki uwierz mi. Wiesz jak reszta gości wtedy zareaguje? Uzna cie za niewdzięczna wariatkę. Już i tak wierzą twoim rodzicom, wiec skąd pomysł ze nagle uwierzyliby tobie? A twoja matka może się rozpłakać, albo gorzej przyznać ci racje, ze jest taka beznadziejna i zgadnij kto zostanie wtedy wyrodna córka. Nie.
Chcesz jej dopiec, albo żeby zrozumiała? To rob to subtelnie. Najpierw możesz użyć tej samej broni co ona. Tez jej dogryzaj przy nadarzającej się okazji. A przy gościach? Np sama zrób ciasto dokładnie takie samo jak twoja matka. I powiedz gościom coś w stylu, ze no wiecie mama nigdy nie miała talentu do robienia serników, zawsze się jej rozwalały haha pamiętasz mamo jak 2 lata temu próbowałaś go zrobić i się całkiem rozwalił? Ha ha no cóż nie każdy potrafi piec. Jak będzie się rzucać, ze jesteś niemiła to tez powiedz ze to tylko takie żarty. Reaguj na wszystko śmiechem. Bądź pewna siebie. Bycie pasywno agresywnym to najlepsza taktyka.
W każdym razie powodzenia. Nienawidzę ludzi, którzy niszczą swoje dzieci.
O rany, nie wytrzymałabym. Od razu mówiłabym coś wrednego w zamian. Z czasem bym zrezygnowała z telefonów do i od rodziców i z rodzinnych wydarzeń, bo to strata czasu, gdy po wszystkim ma się zepsuty humor i jest się ciągle poniżanym.
Jak ja Cie rozumiem. Mam 32 lata, wykonuję zawód zaufania publicznego, od prawie 8 lat mam męża i troje dzieci. Zawsze gotuję, bo on po prostu nie umie. Do dzisiaj moja rodzina strzela dokładnie takie teksty.
Od niedawna pracuję w miejscu gdzie mam "sztywne" godziny pracy. Od kilku tygodni codziennie rano słyszę od ojca "to ty już nie śpisz?!" albo "ja bym się zwolnił z tej pracy, gdzie cały dzień w niej trzymają" gdy wracam wieczorem. Nie dociera do niego, że ja, w przeciwieństwie do niego, chcę czy nie chcę, muszę pracować 8 godzin dziennie i jeszcze nie raz zrobić zakupy czy coś załatwić, więc nic dziwnego, że o 7 już jestem na nogach i wracam nie raz po 19... Słuchanie jego do przesady sarkastycznego tonu wkurza niemiłosiernie, ale nie stać mnie na wynajęcie mieszkania samej. W dodatku to się z celem mija gdy moi rodzice mieszkają 20 minut samochodem do mojego miejsca pracy, a mi po oplaceniu mieszkania, rachunków i jedzenia prawie nic by nie zostało.
To są zaburzenia. Znam to aż za dobrze i rozumiem jak ci ciężko. Powodzenia
To.tak jakbym czytała o swojej mamie. Tylko ona nie piekła ciast i nie mówiła że rzygać się jej chce jak patrzy jak coś robię. Zawsze wszystko ona robiła idealnie , jak posprzątałam kuchnię po obiedzie to oczywiście po mnie poprawiała bo nie jest tak jak być powinno. Gdy wyjechała z tatą na wakacje a ja przed ich przyjazdem posprzątałam cały dom, choć już z nimi nie mieszkałam i dom stał pusty jak wyjechali to wróciła i na drugi dzień sprzątała i marudzila, że wszędzie syf i kilo kurzu, choć dobrze wiedziała że dzień wcześniej posprzątałam. Już teraz nie jestem taka głupia i choć bym chciała jej pomóc to nie pomagam bo to i tak nie ma najmniejszego sensu, skoro wszystko co robię po mnie poprawia. Z moimi dziećmi rzadko ja odwiedzam bo jak jesteśmy u niej to widzę, że przeszkadza jej że zabawki są porozrzucane, choć i tak przecież wszystko później po sobie sprzątamy, ale to taki typ czlowieka, że musi mieć perfekcyjny porządek wokół siebie. Jak do mnie przyjdzie to nie zajmie się zabawa z wnukami tylko patrzy co by tu zrobić - poprasować, posprzątać itp. Bardzo mnie to złości i mówię jej że jak przychodzi to niech się pobawi z dziećmi a nie wyszukuje sobie roboty , tym bardziej że może nie jest u mnie tak perfekcyjnie czysto jak u niej, ale sprzątam dwa razy w tygodniu i myślę że jest w porządku, a porozrzucane zabawki mi nie przeszkadzają tak jak jej bo wiadomo, że w domu są dzieci i że wszystko nie będzie leżało na swoim miejscu.
I jeszcze dodam, że też jest wiecznie umordowana. Zaprasza nas na obiad w niedzielę i musimy wysluchiwac, że jak to ona się nie urobiła przy obiedzie, że nie ma siły. Doszło do tego, że w ogóle tam nie chodzimy na obiad.
keidys do mojej przyjechalam, chciala zrobic golabki
pomoglam cos tam, ale ze kapusta sie jeszcze nie ugotowala, poprosilam ja, by mnie zawolala jak sie ugotuje, to pomoge pozawijac, a sama poszlam cos robic na gorze
wracam, a ta w polowie zawijania
pytam czemu mnie nie wolala, i slysze- " no jak mam cie PROSIC, to wole sama zrobic, zreszta juz koncze"
noz kurrrrde
tez mam taka mame, pamietam te teksty- to wam trzeba mowic, z ejest cos do zrobienia? no przeciez widac!", "daj, ja to zrobie", "jak ma po tobie poprawiac, to lepiej nie rob" i po tym wszystkim "nikt mi nie pomaga!"
O kurde, bazienka, chyba miałam siostrę, o której nie wiedziałam 😅 Bo słowo daję, jota w jotę takie teksty padały z ust i mojej matki.
Podobnie mam, ale moja mama nie narzeka, ze robi bo lubi byc pomocna. I nigdy nie strofowala nas takimi wyrazeniami. Po prostu cale zycie byla tylko zdana na siebie (dluga i smutna historia) ale nie potrafi sie odprezyc i zrelaksowac. Chociaz, denerwuje mnie jak mi mowi, ze nie sadzila ze bede sobie tak radzic w zyciu bo malo mnie typowo domowe zajecia interesowaly (nosz kurde niby jak, kiedy mama wszystko sama robila, nie ze nie chcielismy jej pomagac, po prostu wolala sama).
Za to tesciowa jest typowa zgorzkniala meczennica co pada na twarz a robi i wypomina. Ciagle z pretensjami ze sama wszystko musi. Nie musi, chce wszystko kontrolowac i na typowa nature, ze ona tylko jedna potrafi wszystko najlepiej (syndrom alfy i omegi). I wiecznie przytyka ludziom ich wady i bez potrzeby mowi im co i jak maja robic. Dzieki Bogu mieszka daleko i jedynie jej telefony pozostaly zeby sie z nami konaktowac.
Mysle ze takim ludziom trudno jest pojac ze sami powoduja takie a nie inne relacje z najblizszymi.
Co do ostatniego zdania - bo widzisz, najciężej jest spojrzeć na swoje życie z pewnego dystansu. Choć potrafimy z łatwością dostrzec pewne, nawet najdrobniejsze rzeczy, u innych, u siebie nieraz nie jesteśmy w stanie dostrzec prawdziwych oczywistości.
Ok, niestety to znam z własnego doświadczenia. Kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami, większość mojego życia byłam przez nich (głównie matkę) wyręczana. Praktycznie we wszystkim. Rzeczy codzienne, które powinien ogarniać dorosły człowiek, gdy sama już dorosłam, dla mnie były abstrakcją. Co w tym jednak jest najgorsze? Najpierw zrobili ze mnie życiową niemotę - na co ja, głupiutka, pozwalałam - a potem radośnie przy każdej okazji dogryzali, że nic nie umiem. Ale kurcze, jak miałam się nauczyć, skoro nigdy mi nie pozwalali? Zawsze było tylko "daj, ja to zrobię lepiej, ty masz dwie lewe ręce", "daj, lepiej ja to zrobię, ty jesteś za wolna", "zostaw to, jeśli masz to robić w ten sposób". Każda moja metoda pracy była dla nich niewystarczająco dobra, aż niestety pozwoliłam, by takie postrzeganie zaczęło rzutować na inne dziedziny życia. I bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że wcale nie jestem gorsza od całego świata.
Bardzo się cieszę, że mimo takiego tłamszenia wyrosłaś na zaradną kobietę. To wcale nie jest łatwa rzecz.
Miałam tak samo. Pamiętam jak poszłam do internatu i śmiali się ze mnie że pościeli w poszewkę nie umiem ubrać... Jak miałam umieć jak zawsze było "daj ja to zrobię szybciej, lepiej, nie umiesz"blabla
Tego poczucia, że jestem gorsza od całego świata dalej się nie pozbyłam.
Pewnie wiele osób tak miało, ja również :( Dopiero po wyprowadzce na studia przekonałam się, że wcale nie jestem taka beznadziejna. Umiem coś ugotować, nastawić pranie, posprzątać, poruszać się po mieście. Wszyscy mówili mi że nie poradzę sobie w samodzielnym życiu, a jednak radzę Sobie nadzwyczaj dobrze.
Wiele osób tak ma. Ja też
-Mamo, coś Ci pomóc?
-Najlepiej wyjdź z kuchni, nie plącz się pod nogami.
A później - jaka ja jestem zmęczona, robić to nie ma komu a jeść to chcą wszyscy.
Niestety, przerost ambicji jest chyba gorszy niż jej brak - codziennie dwudaniowy obiad, każdego dnia gotowany od podstaw. W każdą niedzielę ciasto. Do tego ogród, warzywnik, przetwory. I wieczny lament, jaka to ja jestem zmęczona. Ale wszelkie próby pomocy - nope. Jakiekolwiek przejawy pomocy - to ja upiekłam ciasto, coś ugotowałam - dobre, ALE JA TO ZROBIŁABYM INACZEJ. I tutaj padał jedyny słuszny przepis. Ewentualnie, jako reakcja - CIEKAWIE SMAKUJE, ALE JA BYM TEGO NIE UGOTOWAŁA, NIE MOJE SMAKI. Do dziś jestem wyrodnym dzieckiem, kiedy podczas odwiedzin rodziców nie stoję cały dzień przy garach, tylko zapraszam ich na obiad do restauracji. Kiedy do kawy, podaję kawałek kupionego w dobrej cukierni ciasta - zaczyna się lament. Ale jestem już dorosła, to moje życie i wolę spędzić czas z ludźmi, na których mi zależy a nie na spełnianiu wymyślonych przez samą siebie oczekiwań
To jest taki chyba schemat wychowania z lat 80-90. Z jednej strony chu*owy, a z drugiej nie wiem, czy byś była taka zaradna gdyby nie to, że musiałaś ciagle coś udowadniać.
Można dziecka nauczyć zaradności właśnie poprzez dzielenie się z nim obowiązkami.