Moja 15-letnia siostra jest, delikatnie mówiąc, niewyżyta.
Jestem od niej 6 lat starszy i jeszcze mieszkamy w jednym domu, nasze pokoje są jeden nad drugim, mój na dole, jej zrobiony później na poddaszu.
Co wieczór słyszę ciche dźwięki filmów dla dorosłych i trochę głośniejsze jej. Ostatnio do tego wszystkiego doszło tupanie/obijanie o panele na podłodze. Zaintrygowany co do cholery się dzieje zapytałem ją, co ona wieczorem odwala. W odpowiedzi usłyszałam, że ćwiczy brzuszki i takie tam. Uwierzyłem.
Przestałem wierzyć, gdy byłem sam w domu i zerwał się straszny wiatr, latałem, zamykałem okna, sprawdzałem rolety zewnętrzne, czy opadły do końca i gdy wychodziłem z jej pokoju, zauważyłem świecąca plamę na panelach - taka jakby dach przeciekał, ale okazało się, że to nie woda, a coś tłustego. Gdy się nachyliłem, to zauważyłem pod łóżkiem coś, co mnie obrzydziło do tego stopnia, że prawie zrobiłem obok drugą plamę, ale składającą się z treści żołądka.
Ogromna oliwka z pompką, taka litrowa, może większa, a obok zawinięte w ręcznik ogromne czarne dildo, takie jak na filmach porno... Ona MA 15 LAT! Ja rozumiem zainteresowanie ciałem, seksem itd., ale co będzie dalej, skoro w wieku 15 lat sięga po takie zabawki?
Nie umiem patrzeć jej w oczy po tym wszystkim, ja wiem, że to nie moja sprawa, że też byłem 15-latkiem i wszystko było takie świeże i nowe... Ale nie potrafię sobie nie wyobrażać wieczorem jej siedzącej na tym czarnym czymś... A to wyobrażenie im bardziej mnie przyprawia o mdłości, tym bardziej wyraźnie to widzę, no i co wieczór słyszę! Chcę się wyprowadzić, ale nie mogę jeszcze, chciałbym jej coś powiedzieć, ale to tym bardziej wydaje się niemożliwe.
Potwory spód łóżka nie zawsze mają kły i szpony ;/
Jestem kobietą i po prostu uwielbiam czułości. Mam bardzo wysokie libido oraz od roku brak stałego partnera, dlatego jestem w kilku relacjach typu "przyjaciele z dodatkowymi korzyściami". Są to fajni faceci, z którymi mogę jednego dnia iść na kawę i pogadać, a drugiego umówić się na spotkanie w sypialni. I wszyscy są zadowoleni. Jednak mimo wszystko ukrywam to jak mogę. Kilka razy zdarzyło się, że ktoś jakimś cudem dowiedział się i zostałam nazwana przy użyciu bardzo niecenzuralnych słów. Innym razem jednak z własnej woli postanowiłam podzielić się tą informacją z bliską mi przyjaciółką. Byłam pewna, że nie będzie to dla niej żaden problem, przecież nic złego nie robię. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam, że się nie szanuję i nikt nie będzie chciał takiej kobiety. Naprawdę przykro mi się wtedy zrobiło. Nigdy nie postrzegałam tego jako brak szacunku do siebie. Dla mnie to zwykła przyjemność, nie powoduje to u mnie żadnych negatywnych skutków, a korzyści są takie same dla obu stron. Poza tym nie pojmuję dlaczego jako kobieta z większą ilością partnerów miałabym mieć mniejsze szanse na związek niż mężczyzna z większą ilością partnerek. Dla mnie takie rzeczy nie są żadnym wyznacznikiem. A jednak muszę wszystko ukrywać nawet przed bliskimi.
Nie potrafię pojąć skąd bierze się takie negatywne nastawienie społeczeństwa do tego, że ludzie lubią niezobowiązujące spotkania w jednym celu, a jak nie daj boże praktykuje to kobieta, to jest jeszcze gorzej. Poza moim życiem łóżkowym jestem zupełnie zwyczajną osobą, niczym się nie wyróżniam z tłumu.
Moi "koledzy" ze studiów naśmiewają się ze mnie, że nie mam prawa jazdy, a mam 22 lata. Sprawia mi to ogromną przykrość i staram się mówić, że w moim przypadku to niemożliwe. Nie chcę stanowić zagrożenia na drodze, a wiem, że mógłbym to zrobić. Mam padaczkę i cukrzycę.
Może dla niektórych walentynki to głupota, ale mi w tegoroczne święto zakochanych było naprawdę przykro. Zawsze obchodziliśmy ten dzień z moim mężem, a w tym roku… Cóż. To były pierwsze walentynki bez mojego męża, który umarł pół roku temu.
Myślałam, że bardzo ciężko zniosę ten dzień, jednak bardzo pozytywnie się zaskoczyłam.
Mój wspaniały nastoletni syn zrezygnował z randki ze swoją dziewczyną i zaprosił mnie na kolację. Nie wiem nawet jak opisać wdzięczność za ten gest, którego się naprawdę nie spodziewałam ani którego nie wymagałam. Mój syn podarował mi kwiaty, jak miał to w zwyczaju jego ojciec, a po kolacji powspominaliśmy ojca ze łzami w oczach i szczerze porozmawialiśmy. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby nie syn, to moja prawdziwa opoka i szczęście. Każdemu życzę takiego mądrego i czułego dziecka.
PS. Dziewczyna się nie obraziła. Zaprosił ją później do nas do domu i myślę, że lepiej tego dnia nie mogliśmy spędzić.
Nasz ślub był skromny, ale piękny, w plenerze, choć tylko cudem pogoda dopisała. Było niewielu gości, bo oboje mamy małą rodzinę, przyjaciół też niewiele, ale za to bardzo bliskich. Spełniliśmy marzenie i pokazaliśmy podczas wesela efekt wielotygodniowej pracy (głównie nade mną) i zatańczyliśmy charlestona. Było świetnie. Byliśmy piękną parą, może nie jakoś wybitnie urodziwą, ale razem wyglądaliśmy świetnie. Uwielbiam to wspominać. Potem podróż poślubna, domek na Mazurach, wspólne przesiadywanie nad jeziorem. Aż w końcu wspólne życie, wspólne kolacje, obiady, jak pozwolił czas, śmiech, łzy i kłótnie. Szczęście, choć z problemami. Jesteśmy ludźmi, nie robotami. Wypady do kina, na weekend w góry, wspólne kąpiele...
A potem się budzę.
Takie sny towarzyszą mi od lat, przeżywam w nich wszystko to, czego nie mogłam przeżyć w rzeczywistości. Są też koszmary, że stoję przed kościołem w białej sukni, a jego nie ma. Już go nie ma i wiem, że go nie będzie. Ale czekam, choć jednocześnie sama powoli umieram. Mój niedoszły pan młody będzie młody już na zawsze. Terapia niewiele daje, leki tylko otępiają, wciąż ktoś mnie pilnuje, a ja tylko chcę spać, bo jak śpię, żyję naprawdę.
To zaskakujące, ile osób nie zdaje sobie sprawy, że jeśli drzwi łazienki są zamknięte, to znaczy, że najzwyczajniej w świecie jest ZAJĘTA. W firmie, w której pracuję, ludzie notorycznie pukają lub pytają, czy ktoś jest w środku, gdy szarpanie za klamkę nie przynosi efektu. Jednak to jest do przeżycia. Szczytem był facet, który "upewniał się", zaglądając do środka przez te małe otwory wentylacyjne w drzwiach.
Odwiedziłem przyjaciół w Irlandii i już pierwszego dnia pobytu wyszliśmy na drinka. Skończyło się na tym, że wszyscy nieźle się spiliśmy i jakimś cudem się rozdzieliliśmy. Okazało się, że wrócili do mieszkania pierwsi i zamknęli się w środku, nie odbierając moich telefonów i nie reagując na moje żałosne nawoływania pod oknem. Przez prawie 3 godziny siedziałem pod drzwiami i marzłem, w obcym kraju, bez jakiejkolwiek innej alternatywy na nocleg.
W dniu swoich 20. urodzin dowiedziałam się, że moje złe samopoczucie to nie wina stresu, a po prostu choruję i to poważnie. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym lekarz chciał w delikatny sposób powiedzieć mi o tym, że nigdy nie będę mogła zajść w ciążę, a ja zamiast się załamać stwierdziłam, że to jedyny plus mojej choroby.
Lata mijały, po czasie poznałam mężczyznę, z którym się związałam. Nigdy nie zabezpieczaliśmy się, bo po prostu nie było ku temu powodów, gdy kilku lekarzy zapewniało mnie, że moje szanse na zajście w ciąże są praktycznie zerowe.
Pamiętam doskonale tamten dzień, obudziłam się rano i czułam się wyjątkowo słabo. Nie wiem czemu, ale miałam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak i pomyślałam właśnie o ciąży. Idąc do apteki śmiałam się do siebie, że to przecież niemożliwe, więc tylko marnuję czas, a za te 10 zł za test ciążowy mogłabym kupić coś lepszego na śniadanie. Gdy na teście zobaczyłam dwie kreski, w pierwszej chwili byłam pewna, że test jest wadliwy. Przecież nie mogę zajść w ciążę... Na widok wyniku kolejnego testu po prostu zemdlałam. Byłam w tak ogromnym szoku, a jednocześnie ogarnęła mnie panika i potworny strach. W moim życiu nigdy nie będzie miejsca dla dzieci, nie chcę ich. Dodatkowo moja choroba mogłaby doprowadzić do tego, że ciąża pogorszyłaby mój stan.
Gdy mój narzeczony wrócił z pracy, zapłakana i zdruzgotana pokazałam mu test. Pamiętam, że bałam się tylko jednego - opcji, że mój ukochany będzie oczekiwał ode mnie, że to dziecko urodzę albo po prostu sprawię mu ból tym, że usunę ciążę. Jednak on wykazał się niesamowitym wsparciem i zrozumieniem. Sam pomógł mi w zamówieniu tabletek, a następnie pomagał i wspierał przy ich braniu. W odczuciu było to takie samo jak miesiączka, ale bardziej bolesna. Wszystkiemu towarzyszyły jeszcze wymioty i biegunka, ale to efekt leków. Mimo tego poczułam ogromną ulgę. Moment, w którym wiedziałam, że już jest po wszystkim był chyba jednym z najszczęśliwszych w moim życiu.
Od tamtej pory miną niedługo 4 lata. W międzyczasie zdążyłam wyjść za mąż i ułożyć sobie życie. Jednak ani trochę nie żałuję mojej decyzji, gdyby cofnąć czas postąpiłabym tak samo. Bycie w ciąży oraz macierzyństwo byłoby dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chcę sobie nawet tego wyobrażać. Obecnie czuję się szczęśliwa, mam kochającego męża i spokojne życie. Jednak aborcja zostawiła na nim jakiś ślad. Od tamtej chwili stosuje zabezpieczenie, mimo tego, że lekarze zapewniają, że ciąża przy mojej chorobie to cud, a donoszenie jej byłoby jeszcze większym cudem. Po prostu chce mieć pewność, że taka sytuacja już nigdy się nie powtórzy.
Lubię sobie czasami poczytać bardziej pikantne książki pisane na Wattpadzie. Klimaciki typu BDSM, relacja pan-sługa etc. Czasem wysyłam linki do fajnych książek mojej koleżance Ani, którą znam z fitnessu. Jakoś tak wyszło, że obydwie czytałyśmy pewną serię i o niej dyskutowałyśmy żywo w szatni. I tak samo - jak ona znajdzie niezłe opowiadanie, to mi je przysyła. Najczęściej wysyłam jej linki za pomocą Facebooka.
Właściwa historia - przed świętami znalazłam naprawdę niezłe opowiadanie, także pod kątem językowym. Opowiadanie jest o relacji sługa-pan i jednym z motywów była obroża na szyję. Wiedziałam, że Anię to kręciło, więc w środku nocy wysłałam jej link do opowieści oraz link do obroży na allegro wraz z kodem rabatowym do sklepu internetowego w stylu "rozkosz" i napisałam: "może chcesz coś zmienić w Waszym związku?".
Trochę byłam zdziwiona, że Ania rano nie zareagowała, więc weszłam jeszcze raz w rozmowę i odkryłam, że... nic tam nie ma.
Byłam pewna, że wysłałam link!
Nagle serce mi stanęło, bo odkryłam, że link wysłałam do katechetki mojej córki, którą mam w znajomych przez jakąś dawną szkolną akcję. Kobieta także ma na imię Anna, ma nieco podobne nazwisko, ale jest w wieku ok. 40 lat.
Serio, zestresowałam się.
Napisałam krótkiego maila z wyjaśnieniem, że link nie był do niej i że się pomyliłam etc. Była mi MEGA GŁUPIO.
Nic. Zero odpowiedzi.
Wczoraj odpisała - po 2 miesiącach, dziękując mi za przypadkową pomoc, bo mieli z mężem kryzys w związku i mąż chciał separacji, a moja wiadomość otworzyła jej oczy na to, że może da się coś poprawić i że jako osoba wierząca mimo wszystko może poszukać czegoś, co doda jej pożyciu pikanterii, ale nie zaczęła od obroży, tylko od bielizny erotycznej. Napisała też, że przeczytała opowiadanie z zapartym tchem :D
Dalej mi głupio, jak ją widzę. :/
A jakby ktoś nie lubił braku dokończeń, historia nazywa się "Srebrna maska".
Zostałem zgwałcony przez kobietę. Przez długi czas miałem opory, żeby komukolwiek o tym powiedzieć. W końcu, po 5 latach od tamtego zdarzenia, powiedziałem o tym moim rodzicom. I co?
Mój ojciec stwierdził, że "mężczyzna nie może być zgwałcony" i żebym nie wymyślał głupot, że seks mi się nie podobał. Podobnie matka, która prychnęła, że "pewnie było słabo, to od razu, że zgwałciła".
Myślałem, że najbliższe mi osoby potraktują mój problem poważnie, a oni tak okropnie mnie potraktowali.
Ojciec nawet zażartował, że to dobrze, bo już myślał, że jestem p*dałem.
Dodaj anonimowe wyznanie