#Hxqg5

Jestem bardzo nieśmiała i ciężko mi do kogoś podejść aby zacząć rozmowę. Wszystko zaczęło się w podstawówce, kiedy koleżanka z klasy zaczęła mnie wyzywać, poniżać itd.. Któregoś dnia w szatni przed wf, kiedy poszłam gdzieś na główny hol, ona w tym samym czasie podłożyła mi swój własny telefon. Chciała oskarżyć mnie o kradzież, ale to jej nie wyszło, ponieważ kilka osób widziało mnie z dala od tej szatni. Wcześniej lub trochę po tym zdarzeniu ukradła mi telefon. Nawet nie pamiętam od czego się zaczęło, miga mi w pamięci jakaś kłótnia nie wiem o co, chciałabym to wiedzieć.

W gimnazjum było jeszcze gorzej, w pierwszej klasie jedna z dziewczyn zrobiła mi zdjęcie kiedy przebierałam się w szatni, pokazała je kolejnego dnia chyba wszystkim chłopakom z klasy. Tamci od początku mnie wyśmiewali, poniżali, śmieli się z tego, że nie mam dobrej sprawności fizycznej. Nie raz po wf czy po całym dniu zajęć zamykałam się w pokoju i płakałam kiedy dom był pusty.

Teraz jestem w technikum, jestem szczęśliwa, ale chociaż ufam, przynajmniej staram się im ufać, to nie potrafię się otworzyć i sama podejść aby zagaić rozmowę. Są dni kiedy udaje mi się to robić, a potem znowu wszystko wraca do normalności, znowu staję się szarą myszką z kompleksami.

Wkrótce moja osiemnastka, robię jedną imprezę dla rodziny i znajomych, boję się, że jeśli ich zaproszę to albo nie przyjdą, a jeśli przyjdą to tylko po to żeby kolejnego dnia się pośmiać za moimi plecami. Ludzie z klasy tacy nie są, wiem o tym dobrze, ale strach nadal we mnie tkwi.

Chciałabym się zmienić, ale nie potrafię, to jest dla mnie zbyt ciężkie.

#HDEk5

Trzy lata temu byłam na obozie harcerskim. Od kiedy chodziłam na harcerstwo podobał mi się pewien chłopak. Zawsze gdy go widziałam odbijało mi na jego punkcie.

Pewnego dnia gdy byłam na tym obozie już chyba czwarty dzień podeszłam do druhny i zapytałam czy by mnie i moją koleżankę zapisała na wartę od 22.00 do 23.00. Oczywiście się zgodziła i nas zapisała. 

Gdy był koniec warty poszłyśmy razem obudzić chłopaków na kolejną zmianę. I właśnie w ich namiocie spał ten chłopak. Nie wiem co mi odbiło, ale podeszłam do niego i dałam mu buziaka. Oczywiście wybiegłyśmy od razu z namiotu w kierunku naszego.

Następny dzień okazał się najgorszym dniem jaki mógł by mi się przydarzyć. Okazało się, że chłopak, na którym miałam świra nie spał. Nawet miałam przeprowadzoną rozmowę z psychologiem zatrudnionym przez druhnę. Chłopak do końca obozu omijał mnie szerokim łukiem.

Po obozie od razu się wpisałam z harcerstwa. Do dzisiaj czuję taki wstyd gdy tylko myślę o harcerstwie.

#C4JN5

Od kilku miesięcy prowadzę z moim współlokatorem osobliwą wojnę... o drzwi do mojego pokoju - on chce, żeby pozostawały otwarte, ja jednak liczę na trochę prywatności i staram się je zamykać.
Dzisiaj po powrocie z pracy odkryłem, że moje drzwi całkowicie zniknęły, zapewniając nam tym samym "lepszy obieg sygnału Wi-fi w mieszkaniu".

Kurtyna.

#gdFIM

Wszystko przestało mnie interesować. Dosłownie wszystko. Praca nudna, uczelnia nie do zniesienia, hobby stało się beznadziejne. Najchętniej siedziałabym cały czas w domu i gapiła się w ściany, rycząc, a raczej przeraźliwie wyjąc. I tak też robię. Gdy chłopak wyjeżdża do rodziców na weekend, a ja zostaję sama w domu, to choć powinnam iść na uczelnię, oddaję się temu zajęciu. Najczęściej dochodzą do tego dwa lub trzy drinki żeby się znieczulić. Nie wiem co się ze mną dzieje. Nie byłam taka. Miałam pasję, marzenia, chętnie chodziłam do pracy i na uczelnie. Nie potrafię i nie chcę z nikim rozmawiać. Chociaż koleżanki mnie zapraszają na wspólne wyjścia, to za każdym razem odmawiam wymyślając głupią wymówkę. Zaniedbałam się: przytyłam, przestałam się malować, dbać o to jak się ubieram. Jedyne na co jestem się w stanie zdobyć to umycie zębów i związanie włosów w niechlujną kitkę.

Chłopak trochę wie o moich problemach, ale nie jest to raczej coś czym się chwalę. Mówi mi, że to z nudów, że wymyślam, bo nie mam co robić i powinnam zacząć ćwiczyć lub lepiej się odżywiać. Z tym, że moje jedzenie też już nie jest normalne. Albo jem za 3 albo przez 2 dni nie jem nic, głodując się za karę. Za to, że taka jestem.

Czuję się jak wrak człowieka, jakbym zawodziła wszystkich. Chłopak coraz częściej powtarza, że nie może już mnie znieść i panicznie się boję, że mnie zostawi. Tak bardzo, że staram się przed nim udawać. Okłamuję go, że chodzę do szkoły, że w pracy wszystko było super, ale czasami coś we mnie pęknie i płaczę przed snem lub pracą. Nienawidzę się za to coraz bardziej. Czuję się gorzej niż śmieć. Jestem bezużyteczna, coś się we mnie zepsuło, nic już nie sprawia mi radości, robię rzeczy bo muszę, bo tak wypada. Nie potrafię wytrzymać już sama ze sobą. Cyklicznie nachodzą mnie myśli samobójcze żeby ze sobą skończyć, dać innym i sobie spokój, ale jestem zbyt wielkim tchórzem by coś takiego zrobić. Czuję, że sięgnęłam dna. Chłopak mówi, że to z lenistwa, że powinnam wziąć się za rzeczy. Staram się nie zaniedbywać obowiązków domowych, ale sama widzę, że robię absolutne minimum.

W mojej rodzinie mama, babcia i wuja chorują na depresje i nerwice, ale oni mają powód - dziadek był alkoholikiem i dał im popalić. Ale ja? Jestem młoda, zdrowa, powinnam cieszyć się życiem, piąć się w górę.

Ostatnio też wszyscy znajomi biorą śluby (z krótszym stażem niż nasz) i bardzo mnie to boli, bo chłopak usilnie odmawia zaręczyn. Twierdzi, że nie chce mieć grubej żony i nie dziwię mu się. Chciałabym schudnąć, chciałabym zrobić COŚ i codziennie sobie obiecuję, że rzeczywiście coś zrobię, że wstanę wcześniej, pomaluję się, a moja praca sprawi mi radość. Ale nie jestem w stanie. Nienawidzę siebie. Tak bardzo, że aż boli.

#5Zqm3

Od kilku miesięcy nie mogę spać spokojnie. Zaczęło się od tego, że odkryłam najsłodsze, najbardziej niewinne zwierzęta na świecie - pangoliny. Są specyficzne z wyglądu, prawie całe ciało mają pokryte łuskami i mogą przypominać spore jaszczurki, ale to niewinne ssaki, których jednym sposobem obrony jest zwinięcie się w kulkę. 

Problem w tym, że są na skraju wyginięcia, przez Chiny, gdzie króluje naturalna pseudo medycyna. Ten naród wybija ich żywcem, bo wierzy, że sproszkowane łuski tych zwierząt wyleczą ich z większości chorób. Nie mogę spać, jak oglądam martwe, niewinne pangoliny.

Brzydzę się, że jestem należę go gatunku ludzkiego. Większość swoich oszczędności przeznaczam na fundacje ratujące te biedne stworzenia. Moim celem jest pojechać do Wietnamu i je ratować. Przez to także, pogorszyła się relacja z moim chłopakiem, który twierdzi, że ześwirowałam.

#ec4uK

Od 4 lat powinnam być martwa.
To właśnie wtedy postanowiłam, że czas zakończyć swoją 6 letnią walkę z depresją.
Na stole w pokoju porozkładałam pożegnalne listy do bliższych mi osób, po raz ostatni włączyłam ulubiony utwór i poszłam gotowa na wszystko co miało się za chwilę stać do łazienki.


Usiadłam na chłodnej podłodze z zimną żyletką w dłoni i kiedy już miałam to wszystko zakończyć, przez lekko uchylone drzwi weszła ona - moja najwierniejsza przyjaciółka o krótkich łapkach. Wcisnęła swój kolorowy nos pod moją rękę i oczami błagała mnie, żebym nigdy jej nie zostawiała.

Żyję dzięki niej i tylko dla niej.
I mimo, że kocham ją najmocniej na świecie, to czasem żałuję, że tych drzwi za sobą nie zamknęłam.

#dVsLX

Byłem dzisiaj na basenie, pływałem sobie jak co tydzień. Na torach było dosyć pusto, na moim tylko ja i taka babka. Kiedy odpoczywałem po kilku długościach pod murkiem obok dopłynęła ta babka i bez pardonu wsadziła mi rękę w spodenki. Po prostu zwaliła mi do końca i odpłynęła. Raz, że do basenu i to nie jest ok, dwa - że miała na oko z 60 lat i to też nie jest ok. Kurde...

#RAbbP

Gdy napisałam wszystkie egzaminy w sesji zimowej, pojechałam do rodzinnego domu, gdzie czekała na mnie przykra niespodzianka. Rodzice, zrzucając winę na nawał moich zajęć i nauki, nie powiedzieli mi, że babcia jest chora. Leżała od kilku dni narzekając na liczne bóle, nie jadła.


Czekała na przyjęcie do szpitala, gdzie musiała przejść serię badań. Gdy poszła do szpitala poczuła się lepiej, ale podczas moich wizyt mówiła wciąż, że panicznie boi się nowotworu. Lekarz poprosił osobę z rodziny na rozmowę, a że wiem, że moi rodzice dużo by nie zrozumieli, poszłam tam sama. Dowiedziałam się, że to złośliwy nowotwór nerki. Guz o rozmiarach ponad 6 cm. Dodatkowo liczne przerzuty, do płuc i kości. Część kręgosłupa jest już zjedzona, podobnie kość biodrowa. Wtedy uświadomiłam sobie, że babcia od świąt kulała, zrzucając to na bóle w kręgosłupie.


Lekarz powiedział, że decyzja należy do mnie, czy babcię ratować. Z jego słów i pokazanych mi zdjęci tomografii wynikało, że prawdopodobny czas życia to 3-6 miesięcy. Nikt tego głośno nie powiedział, ale przerzuty do płuc i kości nie wróżą łatwego przebiegu. Lekarz zalecił opiekę paliatywną i wsparcie babci w jej ostatnich postanowieniach. Zapytałam, czy jest jakaś szansa żeby guz usunąć i zastosować chemioterapię. Lekarz obiecał, że skontaktuje się z kimś w szpitalu w innym mieście i zapyta o opinię. Wyszłam stamtąd i nie wiedziałam co mam powiedzieć rodzinie. Postanowiłam zagrać va-bank i weszłam do sali z uśmiechem na ustach, usiadłam na łóżku babci i powiedziałam, że lekarze bali się, że to coś strasznego a to tylko guz, który usunie się niezbyt skomplikowanym zabiegiem.


Cała rodzina odetchnęła z ulgą. Kilka godzin później zadzwonił lekarz, powiedział, że jeśli zawiozę następnego dnia całą dokumentację choroby do szpitala w innym mieście, to tam podejmą decyzję. Powiozłam ją z samego rana, porozmawiałam z lekarzem, który zgodził się przyjąć babcię na usunięcie nerki i późniejsze leczenie, w zależności od jej stanu. Obecnie babcia czeka na operację, a ja zostałam z prawdziwą informacją sama. Dodatkowo noszę na sobie odpowiedzialność za potężne kłamstwo, a nawet za odebranie tej kobiecie szansy na przeżycie świadomie ostatnich swoich dni. Ale kocham ją, wiem, że na taką informację zareagowałaby rozpaczą i załamaniem, a to pogorszyłoby jej stan zdrowia.


Nigdy w życiu nie zgodziłabym się na uporczywą terapię i kiedy nie będzie nadziei, pozwolę jej odejść, ale póki co muszę wiedzieć, że wykorzystaliśmy wszystkie dostępne możliwości. Mogę tylko mieć nadzieję, że ta operacja i późniejsze leczenie nie będzie gorszym przeżyciem niż umieranie z powodu raka z niesamowitym bólem od przerzutów w kościach i krztusząc się własną krwią. Codziennie wyobrażam sobie, jak powiem babci prawdę i czy zdążę.

#oDUXt

Mam wrażenie, że straciłam jakieś dwa lata życia. Nie dlatego, że biegałam po jakichś klubach co weekend, nie dlatego, że wpadłam w jakieś nałogi. Otóż nie, historia jest zupełnie inna. Miałam przyjaciółkę. Tą taką z tych szczerych i prawdziwych. Poznałyśmy się w szkole średniej i od tego czasu jesteśmy nierozłączne.

Każdy wolny czas spędzałyśmy razem. W międzyczasie spotykałyśmy się ze swoimi osobnymi znajomymi, ale jednak najważniejsza była ona. Ja dla niej też. Do czasu... Poznała jakiegoś chłopaka i od teraz liczy się tylko on. I tu nie chodzi po prostu o zazdrość. Tylko, że ona zepchnęła nasza 4-letnią przyjaźń na bok dla faceta, którego zna 3 miesiące. Teraz praktycznie się nie odzywa.

Czasu na wyjścia też nie ma, bo przecież jest on. Nie zrozumcie mnie źle, te lata spędzone z nią były najlepszymi w moim życiu... Ale teraz czuję, że trochę straciłam ten czas i tego kogoś kto w nim był, i nadal nie mogę się z tym pogodzić...
Dodaj anonimowe wyznanie