Miałam 12 lat, kiedy to się zdarzyło. Były to czasy, kiedy dzieci były wypuszczane samopas na podwórko i wracały same wieczorami do domu. Pamiętam jak dziś, że miałam na sobie szarą bluzkę, niebieską apaszkę, jeansy i sztruksową zieloną kurtkę. Nie byłam dość ładnym dzieckiem. Kilka kilogramów za dużo, okulary, trądzik i fryzura jak u pudla. A jednak coś sprawiło, że właśnie mnie to spotkało.
Godzina 19 wieczorem, na dworze było dość jasno, bo zbliżały się wakacje. Wracałam sama do domu po zajęciach w pobliskiej świetlicy dla dzieci. Po drodze do mojego domu był skwer z ławkami i nie było to dość zaludnione miejsce, ale jednak przechodzili tamtędy ludzie. Zaczepił mnie facet w wieku około 30-40 lat, miał okulary i był brunetem. Zagadał mnie, czy kiedykolwiek miałam okazję udzielić wywiadu, bo on jest z radia i szuka kogoś, kto by mu pomógł. Nie wiem czemu, ale byłam głupia i nie zorientowałam się, że to blef, więc zgodziłam się. Wcisnął mi kit, że tematem wywiadu jest seksualność wśród młodzieży. Byłam ciekawa, bo rodzina o tym ze mną nie rozmawiała i w szkole też jakoś wtedy nie było to na czasie, więc praktycznie nic o tym nie wiedziałam. Pytał mnie, czy uprawiałam seks albo czy robię sobie dobrze. Byłam wtedy niewinna i tak też mu powiedziałam, że za wiele na ten temat nie wiem. Poprosił abym zaczekała chwilę, bo chce mi pokazać coś naprawdę super, a potem wsiadł do swojego czarnego dużego auta, które dosłownie lśniło. Uchylił szybę i powiedział, że pokaże mi wibrator. Rozpiął rozporek i zaczął się masturbować na moich oczach, a ja po prostu stałam i się patrzyłam. Nawet nie skojarzyłam co on w tamtym momencie robił. Patrzyłam i byłam w szoku, a jak doszedł po jakiejś minucie, to się wystraszyłam i uciekłam.
To był mój pierwszy raz, kiedy zobaczyłam penisa. Zapamiętałam wszystkie szczegóły z tego z zdarzenia. Każde pytanie, każdy jego ruch, jego przyrodzenie, tylko twarz w tych wspomnieniach jest zamazana, bo wiem, że wstydziłam się patrzeć mu w oczy mówiąc o takich rzeczach. Wróciłam do domu i byłam wystraszona. Nie wiedziałam co się dzieje i co to było. Długo bałam się wracać sama do domu, ale nikomu o tej sytuacji nie powiedziałam. Wstydziłam się, że w ogóle pozwoliłam sobie na rozmowę z obcym. Po jakimś czasie o tym zapomniałam, ale ostatnio znów siedzi mi to w głowie. Czemu akurat ja? Czy obserwował mnie już wcześniej czy po prostu wyłapał pierwszą lepszą dziewczynkę z ulicy... Czy były inne dzieci, które zaczepił albo zgwałcił? A co jeśli bym nie uciekła i wsiadła z nim do samochodu? Zastanawiam się, czy czasem go nie spotkałam teraz, jak już jestem dorosła, a nawet o tym nie wiem i on mnie rozpoznał a ja go nie? Wyglądam teraz inaczej niż za dzieciaka, ale czasem mnie ogarnia wstyd jak tamtędy przechodzę.
Lata temu byłam na imprezie urodzinowej jednej z koleżanek. Nigdy nie upijałam się do tego stopnia, żeby nie móc się kontrolować, znałam swoje granice, miałam hamulce, które nigdy nie zawiodły. Nie mam pojęcia dlaczego, ale w pewnym momencie imprezy po prostu odleciałam. Z reszty zabawy nie pamiętam nic.
Tak brzmi wersja oficjalna.
Faktycznie, urwał mi się film z nieznanej przyczyny. Ale miałam przebłyski świadomości w niektórych momentach. Między innymi, pamiętam moment, kiedy wstałam z kanapy i wyszłam z pokoju. Desperacko potrzebowałam skorzystania z toalety. Tam okazało się, że jest zajęta, nie mówiąc o lekkiej kolejce przed nią. Czułam katastrofę, więc skręciłam do łazienki z zamiarem odlania się pod prysznicem. Ale i tu był problem, a nawet dwa: drzwi nie miały zamka i każdy mógł wejść "odświeżyć się", a w łazience wcale nie było prysznica, tylko wanna, z której w ówczesnym stanie nie wyszłabym bez szwanku. Nic więcej nie zdążyłam wymyślić, bo nie wytrzymałam i zlałam się w majtki.
Na tym historia mogłaby się skończyć, ale nie wtedy, gdy miałam jeszcze jakieś pomysły.
Olałam możliwość wparowania kogoś do łazienki i w najwyższym skupieniu postanowiłam pozbyć się dowodu zbrodni. Zdjęłam zasikane rajstopy i majtki z zamiarem przetransportowania ich cichcem do torby, jednak na schodach pod drzwiami ktoś rozmawiał. Wszystko wrzuciłam więc do kosza na brudy organizatora, wręcz zagrzebałam w leżących tam rzeczach, żeby ewentualnie nikogo nie zaskoczył widok fioletowych majtek w kwiatki. Zmoczyłam skraj ręcznika, wytarłam zapaskudzone miejsca, zmoczyłam jeszcze raz, by go przepłukać, wytarłam się suchą częścią, a następnie upchałam w koszu śladem bielizny. Tak oporządzona wyszłam z łazienki, psiknęłam się perfumami "bo czuję, że dezodorant traci moc" i wróciłam do towarzystwa odarta z majtek, rajstop i godności.
Drugi raz "ocknęłam się", kiedy postanowiłam pójść spać do pokoju gościnnego.
A trzeci raz wtedy, gdy obok mojej śpiącej, zezgonowanej osoby, ktoś zaczął się zabawiać. W końcu pijana dziewczyna na pewno nie zrozumie, co się dzieje trzy metry dalej. Nie mam pojęcia, kim była ta parka, bo było całkowicie ciemno. Na szczęście byłam tak śpiąca, że zaraz znowu usnęłam i nie słyszałam reszty spektaklu.
Więcej faktycznie już nie pamiętam.
Zajście brzmi na długie, ale trwało raptem ok. 2 minut, bo wyszłam i wróciłam, gdy leciała ta sama piosenka. W półmroku prawdopodobnie nikt nie zauważył braku rajtek, a spódnica była dość długa i nie ucierpiała, więc całe szachrajstwo wydawało się mieć sens. Nikt też nigdy o to nie zapytał, a z większością tam obecnych do tej pory się przyjaźnię. Schowane rzeczy zabrałam rano, zbierając się do wyjścia.
I mimo utraty godności, jestem poniekąd dumna, że byłam w stanie tak kombinować będąc totalnie pijaną.
Kiedyś na studiach mieszkałam w jednym pokoju z jedną dziewczyną. Pasowało nam swoje towarzystwo, o dziwo żadnych spięć, nawet były wspólne wyjścia, no naprawdę fajnie. Jedyne czego nie trawiłam to jej facet. Totalny palant, nie wiem co tak wrażliwa i mądra dziewczyna z nim robiła.
Kiedyś budząc się rano zostałam poinformowana, że Krzysiu będzie z nami mieszkał. W jednym pokoju. Z nami. Że co? Pokój niby duży, ale jednak sytuacja komiczna. Na dniach okazało się, że mają zamiar się mnie pozbyć jak najszybciej. Koleżanka totalnie się zmieniła, była chamska, dawała do zrozumienia, że mam spadać. Nie wiedziałam co robić, miałam dużo problemów osobistych, brak kasy, nie było opcji wyprowadzki z dnia na dzień. Doszło do tego, że nocami się włóczyłam po wielkim mieście, nie mając ochoty wracać. Czułam się jak śmieć.
W końcu z nieba spadła mi dawna znajoma. Szukała kogoś do samodzielnego pokoju w tej samej dzielnicy. Mogłam się wprowadzać z miejsca. Dużo rzeczy nie miałam, więc popędziłam na mieszkanie spakować się. Nie było nikogo. Ogarnęłam się szybko i zauważyłam, że chłoptaś zdążył się mocno zadomowić. W mojej części pokoju postawił swój ukochany komputer. Akurat zbierałam kosmetyczkę i w ręku trzymałam małe nożyczki, coś mnie podkusiło i bez zastanowienia zaczęłam wbijać je w kable od komputera, dziurawiąc w kilkunastu miejscach. Poczułam mega satysfakcję i po prostu wyszłam.
Nikt się do mnie nie odezwał, nie wiem, czy mogłam coś uszkodzić, ale do dziś mam satysfakcję, choć minęło 10 lat.
Moja matka gdzieś przeczytała, że cebula wkładana na noc w skarpety działa prozdrowotnie.
Pewnego pięknego dnia zrobiłam sobie kanapki z pomidorem i nieco napoczętą cebulą znalezioną w lodówce. Jak się pewnie domyślacie, okazało się, że to ta sama cebula, która spędziła noc w skarpecie mojej matki, a ta z kolei nie wyrzuciła jej, tylko "zachowała" na następny raz.
Odkąd pamiętam byłem traktowany jak szmata przez rodziców. Rodzeństwo mogło robić co chciało, ale mi wmawiano, że jestem najgorszy, w wieku 10 lat nazywany pasożytem i nierobem, bo nie chciałem pomagać ojcu w firmie. W podstawówce uczyłem się dobrze, lecz od 4 klasy po szkole pracowałem u ojca, czasem jak był nawał roboty to nie szedłem do szkoły, wtedy były tylko wyzwiska, nazywanie najgorszym. Wszystkie niepowodzenia były moją winą, a gdy byłem chory, to ojciec mówił, że się mi robić nie chce.
Gimnazjum tu już sytuacja była gorsza, oprócz znęcania psychicznego doszło bicie (wpierdol byle czym minimum 3 razy tygodniowo) i naśmiewanie, że nawet oddać nie umiem, a po prostu miałem szacunek i nie chciałem robić czegoś wbrew swoim zasadom. Zdawałem z klasy do klasy, źle się nie uczyłem, ale zaczął się alkohol i jaranie, wtedy myślałem, że pomoże. Szkoły wybrać nie mogłem jaką chciałem, chociaż testy napisałem dobrze, ale musiałem iść do zawodówki i robić u ojca, inaczej bym ani złotówki nie dostał od niego. W zawodówce byłem już wrakiem człowieka, zaczęły się problemy z twardszą substancją, pomagała zapomnieć na chwilę, poczuć się dobrze.
Jakoś miesiąc po 18 urodzinach ojciec wrócił pijany i znowu awantura, pobił mnie, po czym groził, że mnie zabije, wyzywał, mówił, że zdechnę bez niego. Wtedy już wiedziałem, że w końcu uda się mi uciec. Nie wziąłem nic, poszedłem cały we łzach drogą, wiedząc, że muszę dać radę. Nie mając ani złotówki podjąłem pracę, zamieszkałem u babci. Udało się ukończyć szkołę, po ukończeniu szkoły znalazłem pracę na budowie, dzięki treningom sztuk walki udało się uwolnić od używek. W międzyczasie tragedia w dalszej rodzinie, na pogrzebie ojciec ze łzami przepraszał mnie i prosił o wybaczenie, ale nie potrafię, nie chcę go znać. Oczywiście cała rodzina za nim i jeszcze do mnie mieli problem, a wcześniej nie chcieli widzieć co się dzieje.
Obecnie pracuję za granicą, dbam o siebie, ćwiczę na siłowni, nie utrzymuję kontaktu z rodziną, mimo że widzę ich jak zjeżdżam, bo mieszkam w tej samej wiosce.
Najgorsze, że przez te wszystkie sytuacje nie potrafię się zakochać. Bardzo chciałbym w końcu komuś zaufać, wiedzieć, że kogoś obchodzę... Czasami jest ciężko, ale daję radę i staram się być dobrym człowiekiem.
Dziękuję, że mogłem to wyrzucić z siebie.
Większość znajomych mojego męża ma mnie za idealną partnerkę, bo dzielę z nim jego (i ich) wielką pasję - fantastykę i gry RPG. Dla niewtajemniczonych - takie interaktywne opowieści, w których jedna osoba wciela się w narratora, a reszta w postacie. Często z nimi grywam, a nawet je prowadzę (jestem narratorem).
Nikt z nich nie wie, że tak naprawdę organicznie nienawidzę prowadzić sesji. Robię to dla męża, który kocha ten "sport" do tego stopnia, że w każdym filmie czy książce widzi nie historie, a potencjalne inspiracje do sesji, a jeśli nie gramy od więcej niż 3 dni, niecierpliwie dopytuje, kiedy zagramy znowu i w co. Mąż potrafi godzinami analizować przebiegi sesji, decyzje bohaterów, realizm narracji i dziesiątki innych parametrów, do tego rysuje portrety swoich postaci i obmyśla im szczegółowe historie. I... jest przekonany, że żadne hobby nie jest tak twórcze, ciekawe i wartościowe (rozwija wyobraźnię, rozbudza ciekawość itp.). Ja natomiast nigdy tego nie polubiłam - mimo lat praktyki moje historie są papierowe, bohaterowie nudni, a przyjemność z gry - żadna.
Rzuciłabym to dawno w diabły, ale sama nie jestem typem zapaleńca, a mój mąż jest bardzo aktywną, towarzyską osobą, która ma tysiąc pomysłów na minutę i po prostu nie mam aż tylu pomysłów na inne rozrywki, aby zagospodarować nam czas w ilości, która by go zadowoliła. Najgorsze są dni po sesjach, kiedy on szczegółowo analizuje każdą dziurę fabularną i nieścisłość w moich scenariuszach - wyobraźcie sobie przez bite 4-6 godzin wysłuchiwać dogłębnej krytyki na swój temat. Kiedy proszę, by tego nie robił, on mi mówi, że bez tego nie poprawię swojego stylu prowadzenia i nie polubię RPG-ów (i nieustannie dodaje, że z pewnością jeszcze je pokocham, tylko muszę nauczyć się je prowadzić).
Ostatnio przez kwarantannę grywamy z mężem prawie codziennie, a ja już nie daję rady nerwowo. Przed sesją trzęsą mi się ręce, zasycha w gardle, mam ochotę uciekać - a on powtarza, że sama się nakręcam, że źle do tego podchodzę i że przecież to taka fajna zabawa. Kiedy robię sobie kilkudniową przerwę, mąż podkreśla, jak bardzo mu się ze mną nudzi, jak leniwa jestem i jak bardzo marnujemy razem czas, podczas gdy moglibyśmy przeżywać wspaniałe przygody w nieograniczonym niczym świecie wyobraźni...
Tyle że ja nie chcę gorączkowo wymyślać kolejnych fabuł i snuć opowieści, które nudzą mnie samą. Chcę nudy. Chcę prostych, bezstresowych rozrywek... ale z drugiej strony chciałabym móc współuczestniczyć w hobby mojego męża, tylko za cholerę nie wiem, jak je polubić i przestać się nim stresować.
Obecna sytuacja i kwarantanna ma dla mnie taki mały prywatny, osobisty plus. Do niedawna miałem problem z masturbacją, pornografią, byłem wręcz od nich uzależniony. Jako wierzący człowiek chodziłem do spowiedzi, po czym maks po tygodniu znów brałem się za robotę (wiadomo jaką). Po ostatniej spowiedzi niespełna tydzień później zaczęła się kwarantanna, ja dostałem możliwość pracy zdalnej, więc wróciłem do domu, do rodziców, by i im pomóc (są sami). I wiecie co? Od tego czasu nie upadłem ani razu - ta świadomość, że nie mam tak komfortowych warunków jak w swoim mieszkaniu jakoś tak na mnie działa, że nie oglądam porno.
Może to nic takiego, ale dla mnie ten mały kroczek jest bardzo ważny, bo widzę, że mogę z tego wyjść (niestety masturbacja, choć zdrowa dla organizmu, jako nałóg już potrafi go nieźle uszkodzić, zwłaszcza psychicznie). Tak chciałem się anonimowo podzielić, bo przecież komu o tym powiem?
Niektórzy będą się pewnie śmiać i pukać w czoło, ale naprawdę jestem rozżalona z wprowadzenia zakazu usług kosmetycznych i zabiegów. Nie wiem jak sobie z tym poradzę.
Od parunastu lat zmagam się z gigantycznym problemem trądziku. Do tego stopnia, że skóra na twarzy sama mi pęka, tworząc gigantyczne, krwawe rany. Ból potrafi być okrutny.
Moja kuracja polega na przyjmowaniu specjalnych leków, dobranych w odpowiednich proporcjach, i chodzeniu na zabiegi oczyszczania twarzy (oraz lasera) raz w miesiącu. Kuracja jest kosztowna, ale musi być ciągła, żeby zbierająca się ropa nie spowodowała stanów zapalnych.
W marcu mnie ominęło z uwagi na kwarantannę. Teraz przepadnie mi zabieg w kwietniu. Od dziś moja kosmetyczka i jednocześnie lekarka ma zakaz prowadzenia zabiegów.
A ból jest okropny.
Kilka lat temu na takich anonimowych stronach jak ta bardzo popularne zrobiły się wyznania typu "Mojej dziewczynie śmierdzi z pochwy" albo "Chciałbym moją dziewczynę zaspokoić oralnie, ale nie mogę się przełamać, bo jej tam brzydko pachnie".
Kiedy poleciłam przyjaciółce swojego ginekologa, chciała ona wypaść jak najlepiej na pierwszej wizycie i spryskała się tam na dole olejkiem różanym.
Lekarz o mało się nie zakrztusił, ale nie z powodu brzydkiego zapachu, ale ze śmiechu...
Jestem z Jolantą już kilka ładnych lat, na dobre i na złe, kocham ją i staram się jej pomagać we wszystkim praktycznie, fizycznie i psychicznie... no i tutaj będzie właśnie o psychice.
Jolanta miała już jednego partnera, z którym ma dziecko, Mateusza. Kochany dzieciak, dogaduję się z nim, kocham go i traktuję jak swoje własne dziecko, ale postanowiliśmy z Jolką, że razem też będziemy mieli dziecko (do Mateusza jeszcze wrócę). Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, Jolka zaszła w ciążę bez problemów, dziecko urodziło się zdrowe i bez żadnych wad, na imię mu daliśmy Aleksander, Aleks.
Pierwsze tygodnie z dzieckiem były trudne, wiadomo, maleństwo płacze w nocy, butla, kolki itd., standard. Razem z Jolką zajmowaliśmy się na przemian Aleksem, ale też nie zapomnieliśmy o Mateuszu.
Wszystko toczyło się pięknie i bez problemu, aż... to chyba moja wina, bo nie zauważyłem tego wcześniej.
Jolka ma depresję poporodową, coraz rzadziej zajmuje się dziećmi, kiedy wracam z pracy i Mateusz, i Aleks są za przeproszeniem zasrani, zasikani, brudni, głodni. Aleks przechodzi przez ząbkowanie i Jolka się na nim wyżywa po prostu, nie bije go, ale krzyczy, trzęsie nim w powietrzu, żeby się uspokoił, co tylko sprawia, że jest jeszcze gorzej.
Byliśmy u psychologa, dostała tabletki na depresję, ale nie widzę jakiejś poprawy, podobno zaczynają działać po 12 tygodniach, co jest za długo moim zdaniem.
Z dnia na dzień jest tylko gorzej, boję się, że wrócę do domu, a tam będą trzy ciała lub dwa małe ciała... nie chcę nawet o tym myśleć.
Skontaktowałem się z biologicznym ojcem Mateusza i okazało się, że to był właśnie jeden z powodów czemu się rozstali. Co prawda wtedy było to słabsze i Jolka tylko miała lekkie objawy, łatwo ją coś denerwowało, była apatyczna itd., typowe objawy depresji poporodowej jak czytałem w internecie, tylko że teraz, przy drugim dziecku, jest o wiele gorzej.
Wszyscy cierpimy - ja i dzieci, cała rodzina.
Rozmawiałem ze swoimi rodzicami, z jej też, każdy rozkłada ręce. Zero pomocy. Dziećmi nie chcą się zająć, ja z pracy nie mogę zrezygnować, bo tylko z tego żyjemy.
Myślę, czy nie odejść i zabrać dzieci, tylko jak sobie z tym wszystkim sam poradzę? Praca, dom i dziecko, moje dziecko, bo raczej praw rodzicielskich do Mateusza nie dostanę, bo nie jestem ojcem biologicznym. Sam nawet nie wiem jak to wszystko działa... Rozmyślam, czy po prostu nie zadzwonić do MOPS-u czy innej instytucji i zgłosić jako osoba anonimowa co się dzieje. Słyszałem, jak traktują, a raczej faworyzują sądy rodzinne matki w Polsce i nawet kobiety z problemami psychicznymi podobno dostają opiekę nad dzieckiem/dziećmi, a wtedy to już jej nikt nie powstrzyma od zrobienia czegoś strasznego. Nie wiem co mam robić, ile czekać, ile błagać, żeby się uspokoiła i próbować jej pomóc w jakikolwiek sposób. Jestem bezsilny.
Dodaj anonimowe wyznanie