Moi opiekunowie odkąd byłam mała karmili mnie makaronami, słodyczami i innymi śmieciami, zapominając o wartościowych pokarmach. Do tego doszło też uzależnienie od coli i innych słodkich napoi. Przez całe dzieciństwo było niby w porządku, miałam nawet niedowagę, ale koło 11 roku życia wybuchły wszystkie problemy zdrowotne. Nie dość, że mam Hashimoto, napuchnięte ciało i paskudnie wystający brzuch, to jeszcze dochodzą łamliwe kości, wykrzywiony kręgosłup (istnieje prawdopodobieństwo nabawienia się garba za kilka lat), zęby psujące się cały czas i niski wzrost (mam 149 cm, a reszta rodziny jest co najmniej o 20 wyższa). Chociaż udało mi się trafić na dietetyka, który pomógł mi trochę ogarnąć sytuację, a coli i słodyczy nie tykam od prawie dwóch lat, to i tak sytuacja jest tragiczna. Na wf-ie ledwie byłam w stanie ćwiczyć, musiałam co chwila robić przerwy (kiedy biegam, to zaczynają mnie boleć plecy i strasznie się przemęczam), a wymioty i omdlenia były normą. Do tego przez to jak moje ciało jest krzywe i zdeformowane, cierpi przez to moja samoocena i stan psychiczny. Tuż przed przejściem na dietę pojawiło się też podejrzenie cukrzycy, ale dzięki dietetykowi udało mi się tego uniknąć.
Przeraża mnie to, że będzie ze mną tylko gorzej i nawet ze zbilansowaną dietą nie będę mogła normalnie funkcjonować.
Wracałem kiedyś wieczorem zimą, swoim autem, od dziewczyny do domu. Miałem wtedy koło 20 lat na karku. Droga, którą jechałem, była typowo boczną trasą z wąskim asfaltem. Jechałem przepisowo, jakieś 90 km/h, naprzeciwko mnie jechał tir. Oczywiście jechał środkiem drogi. Nie dość, że wieczór, to jeszcze lekko padał deszcz ze śniegiem, więc warunki były słabe. Za późno zatrybiłem, że jestem na straconej pozycji. Złapałem pobocza i wpadłem w poślizg. Najpierw ślizg lewym bokiem, potem prawym i wypadłem z drogi. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że droga wiodła przez las. Nie wiem ile miałem w tym momencie na blacie (przypominam, że walczyłem z autem), ale wyskoczyłem z trasy jak pocisk. Auto od razu odbiło się od korzenia drzewa, uderzyłem głową podsufitkę. Tak, nie miałem pasów, wiem debil. Zatrzymałem się w lesie 50 m od drogi. W LESIE. Nie na polu, ale w lesie, między drzewami. Coś mną pokierowało, nie wiem, szczęście, a może coś więcej. Ale rozpędzonym autem trafiłem między drzewa. A uderzając głową w sufit straciłem świadomość, więc w zasadzie nie miałem na nic wpływu. Najlepsze jest to, że jak się otrząsnąłem i wysiadłem z auta, okazało się, że zatrzymałem się metr od dużego krzyża, pod którym stały zapalone znicze. Tam zginął mój kolega z miasteczka, w którym mieszkam.
Nie jestem zagorzałym wierzącym. Ale ta historia nie ma prawa być zwykłym przypadkiem. Jako ciekawostkę dodam, że auto miało tylko lekko wygięty próg. Żadnych większych strat. Ja też zdrowy, chociaż do dziś mam sporo do myślenia.
W roku 2000, po Columbine, razem z przyjacielem zacząłem planować strzelaninę w szkole. Jako że mój teraz ś.p. ojciec był leśniczym z zawodu i miłośnikiem strzelania do zwierząt z wyboru, to w domu mieliśmy broń - sam nie wiem jaka to była broń, jakiś karabin pewnie, w ogóle się na tym nie znam i nie znałem. Z kolegą mieliśmy naprawdę ambitne i dobrze przemyślane, jak na szesnastolatków, plany szkolnej strzelaniny. Szczęście w nieszczęściu mój ojciec zmarł jeszcze w tamtym roku, a broń ktoś zabrał - matka nigdy nie chciała mi powiedzieć co się z nią stało. Do dnia dzisiejszego cieszę się, że jednak tego nie zrobiliśmy.
Od lat walczę z kompleksami, jakimi są kilka kilogramów za dużo i do tego olbrzymie, obwisłe piersi. Mam 21 lat, a piersi dosłownie wiszą na całym moim tułowiu, opadają na brzuch. Noszę rozmiar 85J, więc można wyobrazić sobie ten mój problem.
Może daruję opisów - ogromne i miękkie worki z tłuszczu. Fuj... W sumie już w gimnazjum miałam duże, później było coraz gorzej. W technikum,
mimo dość imprezowego cyklu życia, moje piersi i ich wygląd hamowały mnie przed romansami. Wiadomo - zdarzyło się kilka razy coś na imprezie, zawsze z niesmakiem dla tych chłopaków.
Nie mam kasy na operację na zmniejszenie piersi, więc chyba zdecyduję się na NFZ, o ile mnie przyjmą... Teraz to nie ma co liczyć. Jak byłam młodsza, to mi mówili rodzice, że skoro baby powiększają, to ja powinnam być dumna z takich ogromnych...Taa, dumna - dla mnie to tylko ból kręgosłupa.
A teraz historia właściwa.
Pewnego dnia koleżanka opowiadała mi o swoich miłosnych podbojach, których jej zazdrościłam. Więc w nocy wpadłam na pomysł, że zaloguję się na czat erotyczny, popiszę z kimś chociaż. I zaczęłam pisać z jakimś panem, nic o sobie nie wiedzieliśmy. W pewnym momencie poprosił mnie o zdjęcie mojego ciała, a ja je wysłałam jak gdyby nigdy nic i WIECIE CO? Po chwili odpisał: „Nie prosiłem cię o zdjęcie twojej babci”. Kolejny napisał: „Jem, sorry”...
Jestem załamana.
Brzydzę się sama sobą. Wiecie dlaczego?
Otóż wiedząc, że facet jest żonaty i ma dzieci, ja się z nim przespałam.
Teraz zastanawiam się nad tym, czy nagrać jakąś naszą rozmowę i pokazać ją jego żonie, czy po prostu o tym zapomnieć (co nie będzie łatwe). Choć strasznie się obawiam, to chyba powoli będę próbowała realizować opcję pierwszą. Niech ta kobieta wie, jakiego ma męża.
I tak, wiem, jestem szmatą.
Jestem z facetem od pięciu lat, oświadczył mi się kilka miesięcy temu i przyjęłam oświadczyny. Bardzo go kocham, to fajny facet, ale sama myśl o ślubie tak mocno mnie paraliżuje, że robię wszystko, żeby nie poruszać tego tematu. Boję się, że jak zostaniemy małżeństwem, to wszystko się zepsuje, nie będzie już tak fajnie, bo rutyna nas zabije.
Nie wiem, czy paniczny strach przed ślubem i małżeństwem ma jakąś nazwę w medycynie, ale jeśli tak, to jestem idealnym przykładem.
Pamiętam, jak z przyjaciółką za młodu (ja miałam chyba 11 lat, ona była rok młodsza ode mnie) jeździłyśmy po ulicy za gościem, który rozwoził pieczywo do domów. Nazwałyśmy go ''wesoły piekarczyk'' i jak świruski jeździłyśmy za pojazdem na rolkach wymachując badylami, czapkami, machając mu itd. Miałyśmy nawet zeszyt, w którym układałyśmy różne dziwne piosenki na wzór tych harcerskich, pisałyśmy "sprawozdania", notowałyśmy fakty itp.
Koleś z auta musiał mieć z nas niezły ubaw, jak sobie dziś o tym pomyślę.
Pozdrawiam moją dawną przyjaciółkę. Może gdyby rok temu mnie nie wystawiła, dziś śmiałybyśmy się przy piwie z naszej dziecięcej głupoty :)
Święta, niedziela palmowa, msza w kościele, ja (5-, może 7-letni leszcz) i tata stoimy gdzieś pośrodku kościoła wraz z innymi wiernymi, których zawsze w ten dzień magicznie przybywa, gdyż nawet ci co nie chodzą do kościoła przez 364 dni w roku, tego dnia idą, aby poświęcić tę jakże swoją ekstra palemkę.
Co istotne, mój tata jest weterynarzem, czasem zdarza mu się wizyta, w której musi "odkleić" łożysko krowie, która się wycieliła, a dalej nie wydaliła go z macicy.
Czasem zdarza się, że przez nieuwagę gospodarza takie łożysko siedzi w tej krowie tydzień, a czasem dłużej, a jak wiadomo jest to hmm... a raczej była żywa tkanka, która jak każde inne mięso (choć w sumie mięso to nie jest) psuje się.
Ostatecznie po akcji usuwania takiego łożyska ręce mojego taty pachną nie najlepiej.
No to stoimy w tym kościele i jak to rodzic ma w zwyczaju, tata kładzie ręce na swojej pociesze, na ramionach...
No i czuję, że wali gównem i padliną, więc mówię tacie po cichu:
- Tata, weź te ręce, bo śmierdzi.
Tata zdumiony, bo nie miał w ostatnim czasie (nawet trzy dni takie ręce potrafią śmierdzieć) takiej akcji, ale wziął ręce i stoimy dalej.
Za chwilę zapomniał się i znów kładzie mi ręce na ramionach...
- Tata, ręce ci walą.
I tym razem dla pewności no powąchałem te dłonie dokładniej i trochę się zaskoczyłem, bo to nie one śmierdzą....
No i tak stoimy sobie w tym smrodzie dalej, kiedy przychodzi moment pierwszego klęczenia.
Jak już wspominałem, ludzi było w kościele całkiem sporo, w tym taka stricte świąteczna sebastianowo-karynowata parka, z której to ta dziewczyna stała przede mną.
Klękamy... dziewczyna nachyla się by klęknąć i tym sposobem jej tyłek zbliża się do mojego nosa, a z tym tyłkiem smród gówna i padliny...
Ufff, klęczenie minęło...
- Tata, to nie tobie śmierdzą te ręce, tylko tej dziewczynie tak z dupy wali....
Jedna z ulubionych i do dzisiaj wspomnianych przez mojego tatę historyjek :D
Moja żona ma dwie siostry, co jest bardzo istotne w tej historii. Młodsza siostra od trzech lat mieszka i pracuje w Niemczech. Jako że jest WIELKI (dla mnie idiotyczny pomysł) powrót Polaków tutaj, siostra żony też wróciła. Ma kwarantannę i... przyjechała do nas z ''prezencikiem'' dla naszego dziecka (jest jego chrzestną). Rzecz jasna do naszego mieszkania jej nie wpuściłem, a nawet zadzwoniłem na policję. Moja żona ryk, że jak mogę, że tak nie wolno, że to, że tamto. Nie dałem się i nie otworzyłem drzwi ani do bloku, ani później do mieszkania. Policja była po 15 minutach i szanowną ukarała mandatem oraz zmusiła, pod eskortą na sygnale, do powrotu do swojego domu.
Teściowa zadzwoniła do mnie z (NIE UWIERZYCIE!) gratulacjami i powiedzieć, że dzień wcześniej zrobiła dokładnie to samo co ja. Żona już trzeci dzień ze mną nie gada, ale ja jestem z siebie dumny.
LUDZIE, nie dajcie ZABIJAĆ swoich dzieci przez czyjąś głupotę. O ile dorosły jest w stanie wytrzymać w szpitalu, o tyle DZIECKO ma naprawdę ciężej, szczególnie będąc samo w obcym miejscu z obcymi ludźmi i cierpiąc. Pomyślcie szczególnie O NICH.
Koronawirus - wiadomo, straszna sprawa, ale jak wpływa na zwykłe polskie rodziny?
Mamy małe dzieci, mąż pracował, umowa o pracę. Ja na macierzyńskim. Jedno z naszych dzieci jest chore, a wiadomo jak wygląda leczenie na NFZ, więc często wizyty musiały być prywatnie. Koszty były, ale zdrowie dziecka najważniejsze. Jedyny dodatek jaki braliśmy z państwa to 500+. Jakoś sobie radziliśmy.
No i przyszedł koronawirus. Wizyty u lekarzy odwołane. Męża zwolnili, jest na wypowiedzeniu, więc pod koniec kwietnia zniknie nam główny dochód rodziny. Pracy w naszym rejonie teraz się nie znajdzie. Oszczędności dawno znikły (drogie leki). A żyć jakoś trzeba.
Rząd wspiera umowy śmieciowe i samozatrudnionych. My nie możemy liczyć na wsparcie. Nie wiem, co z nami będzie za kilka miesięcy. Szczególnie że ja raczej też po macierzyńskim zostanę zwolniona.
Jestem przerażona tą chorobą i naszymi finansami. Nie śpię. A wiem, że to dopiero początek...
Dodaj anonimowe wyznanie