Jestem już po 30 i szczerze cieszę się, że żyję, że nikt mi nie zrobił większej krzywdy, niż ja sama sobie wyrządzałam w przeszłości. Nie, nie chodzi mi o samookaleczenie się, mam na myśli bardziej moją głupotę, która za czasów studiów doprowadzała mnie do skrajnie głupich, niebezpiecznych sytuacji.
Miewałam takie tygodnie, że nie trzeźwiałam, raz po imprezie poszłam z nieznajomym na jakiś pustostan napić się piwa, jemu zachciało się amorów, więc go zostawiłam... Było ciemno, późno, zima, ja odstrzelona, bo urodziny kolegi były, na szczęście ten chłopak nic mi nie zrobił, nie nalegał, dał odejść. Następnie wsiadłam w tramwaj i zasnęłam, jeździłam od początku do końca, motorniczy nie wiedział co ma ze mną zrobić, a mógł mnie przecież wyrzucić na końcowym i nara... On jednak obudził mnie za którymś tam już razem i wysadził w centrum, obok radiowozu, na przystanku. Panowie policjanci odwieźli mnie do domu i też nikt mi nic nie zrobił, a przecież było tyle okazji...
Innym razem przez upojenie wsiadłam w zły tramwaj, wysiadłam na jakimś randomowym przystanku i zaczęłam łapać stopa, zatrzymał się chłopak z dziewczyną i na moje szczęście okazało się, że mieszka obok (czaicie w wielkim mieście mieć takiego farta?). Odwiózł mnie pod blok, dziewczyna odprowadziła pod drzwi.
Tyle się słyszy o porwaniach, gwałtach, kradzieżach, a mnie mimo natarczywego kuszenia losu nic nie spotkało. Zastanawiam się czemu ja wtedy kompletnie nie myślałam? Co ze mną wtedy było nie tak? Teraz boję się wyjść wieczorem do sklepu (i to nie przez pandemię). Żeby wyznaniu dodać pikanterii, to z jednym ze swoich wybawców miałam przez kilka lat relację seksualną, a teraz się tylko przyjaźnimy i śmiejemy (cóż innego mogę?), bo czasu nie cofnę, nie zmądrzeję. Oczywiście teraz nie przypominam dawnej siebie, lubię spędzać wieczory czytając książki czy grając w planszówki i nie piję alkoholu.
Takich historii z przeszłości mam niestety znacznie więcej, co jakiś czas przypomina mi się jakaś i wtedy skręca mnie żal z braku odpowiedzialności, mózgu i wyobraźni.
Pozdrawiam wszystkich i stay safe!
Opowiem o tym, jak straciłam najlepsze lata swojego życia na czekaniu.
W szkole byłam najbrzydszą dziewczyną - dlatego, że byłam gruba.
Do 16 roku życia NIGDY nie zdarzyło się, żeby ktoś mnie podrywał lub żebym podobała się chłopcom. Wręcz przeciwnie, spotykały mnie uszczypliwe uwagi, przykrości związane z moim wyglądem. Byłam jedną z tych dziewczyn nazywaną "ta gruba".
Wszystko zmieniło się w wakacje przed pójściem do liceum. W dwa miesiące schudłam 10 kilogramów i wyładniałam. Jak? Nie wiem.
Stało się to samo, nie zmieniałam trybu życia. Zaczęłam prostować wtedy włosy i malować się. Ludzie zaczęli mówić mi jaka jestem piękna i traktowali mnie inaczej. Nie mogłam się opędzić od adoratorów i nowych koleżanek.
Nowa sytuacja była dla mnie totalnym szokiem. Zaczęłam uwielbiać swoje życie i wychodzenie do ludzi. Wszędzie słyszałam komplementy, a każdy chłopak chciał mój numer. Można powiedzieć, że odbijałam sobie towarzysko wszystkie poprzednie lata.
Trwało to dwa miesiące. Po tym czasie poznałam chłopaka, który starał się o mnie jak nikt inny. Był o trzy lata starszy i taki wspaniały. Podobało mi się w nim wszystko, jednak byłam niedostępna, ponieważ chciałam jeszcze się nacieszyć tym powodzeniem. Chłopak nie dał za wygraną i stawał na głowie, żebym zgodziła się z nim być. Wpadłam, totalnie zatraciłam się w "pierwszej miłości". Gdy już zakochałam się po uszy, mój ukochany oznajmił mi, że wyjeżdża z rodziną do Niemiec. Miałam poczekać na niego trzy lata, aż skończy szkołę i wróci, aby na zawsze być ze mną. Brzmi fajnie?
Ślepa i już zakochana ja, oczywiście się zgodziłam. Na moje nieszczęście, oprócz tego, że był starszy i lepiej wykształcony, to jeszcze po mistrzowsku mną manipulował. Spędziliśmy razem pół roku przed jego wyjazdem, a on potrafił mną tak zakręcić, że tańczyłam dokładnie tak jak mi zagrał.
Tym sposobem spędzaliśmy godziny na rozmowach na Skypie i telefonie. On nie miał znajomych i nie wychodził - więc ja też musiałam.
Każdy mój bunt kończył się jego samookaleczeniem i wysyłaniem mi fotek zacięć jako dowodu. Poświęciłam się tej relacji, siedząc godzinami i wysłuchując jego problemów, wspierając go itp.
Z życia nie miałam nic - zero znajomych, wychodzenia, wycieczek, doświadczeń. Po prostu szkoła i dom oraz on na Skypie. Widywaliśmy się raz na pół roku. Podczas spotkań zachowywał się dziwnie. Oczywiście go usprawiedliwiałam.
Minęły trzy lata. I co? I jeszcze rok, bo dodatkowy dyplom z czegoś tam.
No pewnie! Co to tam ten rok dla mnie, jak już trzy minęły. W końcu to tylko rok, a my zamieszkamy razem i będziemy szczęśliwi.
Do samego końca mnie zwodził.
Trzy miesiące przed obiecanym rokiem ze mną zerwał. Powód? Nie rozumiem go.
PS. Dowiedziałam się od jego kumpla, że gdy ja czekałam, on miał tam dwie dziewczyny. Prawie nikt o mnie nie wiedział.
Jestem nauczycielką. Właśnie poprawiam egzaminy próbne i chłopak, który po angielsku potrafił powiedzieć "aj iz potejtoł", napisał swój test na 58/60 punktów. Nauczanie domowe - to jest to!
Historia o ZUS-ie, emeryturze i koronawirusie. Jak ktoś ma dosyć tych tematów, to lepiej nie czytać.
Przykład mojej mamy.
Ponad 20 lat temu mama zmieniła pracę i zadowolona była bardzo, bo zarabiała prawie dwa razy więcej niż w poprzedniej. Kiedyś to było całkiem sporo, dzisiaj chyba trochę powyżej minimalnej krajowej. Inflacja rośnie, pensja nie do końca (może jakieś podwyżki czasami były).
Te 20 lat temu mama mówiła, jak to dobrze mieć umowę o pracę, bo ZUS, bo emerytura wyliczona na starych zasadach nie była taka zła. Mama dostawała listy z ZUS-u z przybliżoną kwotą emerytury, jaką może dostać. Jednak po wprowadzeniu nowych zasad ta kwota zamiast rosnąć, malała.
Teraz w wieku emerytalnym musi sobie dorabiać do emerytury (jak pewnie większość ludzi w jej wieku).
Moja mama pracuje w aptece, więc chodzi do pracy pomimo kwarantanny, ja jako dorosła kobieta nie mieszkam już z rodzicami. Tyle dobrze, że mamę podczas kwarantanny wysyłają na zaplecze, aby nie miała kontaktu z klientami, jednak nawet to może nie uchronić jej przed ludzką głupotą.
Mama siedzi na zapleczu i "robi recepty", nagle słychać krzyki, ludzie (niewielu, ale jednak) muszą wyjść i zaczyna się proces czyszczenia apteki. Co się okazało? Paniusia z miejscowości obok pojechała samochodem na zakupy do naszego miasta i po obchodzie przez miasto weszła do apteki i powiedziała, że ona się spieszy, bo w każdej chwili może przyjść do niej do domu policja.
Paniusia jest na przymusowej kwarantannie bo ktoś z jej znajomych zachorował na koronawirusa i ona mogła też się zarazić, ale ona musi zrobić zakupy, a jak przyjdzie patrol i jej nie będzie, to dostanie mandat, więc musi się pośpieszyć.
Nasze miasto jest małe, a miejscowość obok jeszcze mniejsza, więc łatwo było namierzyć co to za paniusia. Szybki telefon na policję, mąż jednej z kobiet pracujących w aptece pracuje w policji (która obejmuje miasteczko, z którego pochodzi paniusia), więc patrol powinien pojawić się przed powrotem paniusi do domu.
Czemu wstęp o ZUS-ie? Gdyby system nie był taki jaki jest, to moja mama nie musiałaby dorabiać.
Gdyby moja mama nie musiała dorabiać, to by nie była w aptece i by nie była narażona na głupie paniusie...
Paniusia tłumaczyła, że jak ona biedna ma zrobić zakupy? Nieważne, że są znajomi, rodzina, grupy pomocy z internetu... Ale nie, ona musi sama. Potem ludzie się dziwią, czemu jest coraz więcej przypadków.
Siedziałem kiedyś w pociągu obok nieznajomej, ślicznej dziewczyny. Przez przypadek zasnęła, opierając głowę na moim ramieniu i pozwoliłem jej tak zostać przez całą trzygodzinną podróż. Mam 36 lat i byłem naprawdę poruszony tą sytuacją, ponieważ jeszcze nigdy nie byłem tak blisko z żadną kobietą.
Do niedawna sporo jeździłem po świecie, więc postanowiłem wynająć moje mieszkanie kumplowi. Powierzyłem mu podlewanie kwiatków i opiekę nad moimi rybkami. Maciek to wspaniały facet, aczkolwiek moim zdaniem trochę za dużo jara. Potem często dopadają go ponure myśli i biedak wkręca sobie, że trzymanie zapasów na widoku jest karygodnym grzechem i koniecznie należy schować je w jakimś „bezpiecznym” miejscu. Problem w tym, że zazwyczaj następnego dnia nie pamięta, gdzie ukrył swoje zapasy…
Kiedy wróciłem do Polski, Maciek oddał mi mieszkanie i mogłem znów się tam wprowadzić. Teraz średnio co tydzień znajduję zawiniątka z jego skarbami powtykane w różne, najbardziej niedorzeczne miejsca. Jakiś czas temu znalazłem jedną paczuszkę w listwie podłogowej, inne w syfonie sedesowym, a kolejne zamknięte w plastikowym jajeczku od Kinder Surprise, zabezpieczone silikonem i wepchnięte do domku dla rybek w moim akwarium...
W okresie tego całego wirusa zaczęłam więcej czasu spędzać z mamą. Nigdy nie byłyśmy bardzo blisko, w dodatku teraz jestem na studiach i widujemy się dosyć rzadko ze względu na odległość. I może to nie anonimowe, ale mama dzisiaj po paru lampkach wina opowiedziała mi coś, czego nigdy wcześniej nikomu nie wyjawiła.
Kiedyś miałam brata, który zmarł mając zaledwie 2 lata. Brat urodził się z wadą serca i od początku lekarze wprost mówili, że długo nie pożyje, jednak cała rodzina nie brała na poważnie tych prognoz i wierzyła, że brat wyzdrowieje, że stanie się jakiś cud. Mama jednak w duchu przygotowywała się na jego odejście. Gdy był niemowlakiem, często brała go do ręki i gdy układa go do snu, to udawała, że jego kołyska to tak naprawdę mała trumienka. Nie mogła sobie wyobrazić jak takie małe stworzenie może mieć urządzony pogrzeb i jak mała musi być dla niego trumienka (brat był znacznie mniejszy niż powinien być). Kiedy w końcu brat odszedł, mama była bardzo spokojna. Rodzina ojca wręcz zarzucała jej nieczułość, bo nie okazywała swych emocji otwarcie. W rzeczywistości praktycznie od pierwszego dnia przygotowywała się na jego śmierć, a gdy w końcu przyszedł jego czas, to poczuła ogromną ulgę.
Jeździłem kiedyś na wakacje Anglii do pracy, pomieszkiwałem w niedużym studiu u kumpla (pokój z aneksem kuchennym). Płaciłem połowę niewielkiego czynszu i w kilka tygodni oszczędzałem fajne sumki, po czym wracałem do Polski. On spał na łóżku, a ja na materacu pod częścią kuchenną. On oszczędzał na czynszu, ja szybko zarabiałem. Było fajnie i układ ten nam pasował, nawet jeśli czasem się nawzajem wkurzaliśmy. A wkurzaliśmy się.
W czasie upałów kumpel spał nago, na co nie zwracałem uwagi, dopóki nie zaczął tak przesiadywać nad grami również za dnia. Ignorował moje prośby o założenie majtek mówiąc, że jego dom i może robić co chce, a ja księżniczkuję, bo nigdy nie mieszkałem z facetami. "Księżniczkowanie" stało się jego słowem wytrychem, które słyszałem za każdym razem, gdy na coś się skarżyłem: przymnij okno na noc, jest zimno i boli mnie gardło - weź nie księżniczkuj. Zeżarłeś moje ostatnie bułki i jajka - nie księżniczkuj. Używałeś rzeczy sąsiadów, skapnęli się i zwaliłeś na mnie! - aj tam, nie bądź taką księżniczką!
Czasami udawało mu się ostro mnie wkurzyć, nie miałem jednak za bardzo pola do zemsty na swoim dobroczyńcy/oprawcy. Jako że jestem osoba podłą i bez serca, postanowiłem zniżyć się do robienia mu wrednych pranków.
Wychodząc raz na spacer do pobliskiego parku, znalazłem na ziemi różową spineczkę do włosów z pięknym kwiatem z wizerunkiem Królewny Śnieżki. Niewiele myśląc przygarnąłem ją i wróciłem do domu. Kumpel miał do pracy na południe, siedział więc nago na łóżku i grał w Tomb Ridera. Zaczęliśmy sobie o coś tam dogryzać, podszedłem do niego i udając, że klepię go po głowie jak psa (takie nasze chore poczucie humoru), umiejscowiłem na jego włosach różową spinkę. Ku mojemu zachwytowi, ubierając się nie zerwał spinki z głowy, nie spojrzał w lustro przed wyjściem i poszedł na piechotę 40 minut spacerem przez centrum miasta do pracy w fabryce. Spinkę wyczuł tuż przed wejściem w bramę fabryki. Wyglądał w niej rozkosznie (choć trochę jak niepełnosprawny pedofil). Wspominał, że na początku spaceru był bardzo miło zaskoczony ilością małych dzieci, które po drodze machały do niego z uśmiechem. Matki za to patrzyły się jakoś dziwnie. Żart przyjął na luzie i skończył z księżniczkowaniem ;)
Innym razem obudziłem się przed nim i ujrzałem jego nagą rzyć wypiętą beztrosko w moją stronę. Niewiele myśląc sięgnąłem po opakowanie angielskich czekoladek, urwałem niewielki kawałeczek i z wielką ostrożnością, delikatnie umieściłem go między jego pośladkami. Wiedziałem, że czeka mnie niezła awantura jeśli to nie wypali, ale ku mojemu zaskoczeniu nie obudził się. Temperatura zrobiła swoje. Gdy wstał, nagle zrobił się bardzo zmieszany, stwierdził cicho i z poważną miną, że chyba popuścił przez sen i poszedł się kąpać.
Nigdy się nie przyznałem.
Zaraz po skończeniu studiów wyjechałam z kraju. Za granicą poznałam, jak mi się wydawało, moją drugą połówkę. Spotykaliśmy się kilka miesięcy, po czym niedługo potem zamieszkaliśmy razem. Wydawało mi się, że wszystko nam się układa i zaczęliśmy planować życie razem, tzn. ślub, dziecko.
Będąc w ciąży odkryłam, że mój mąż jest pedofilem. Ciężko mi o tym pisać, bo było to bardzo traumatyczne przeżycie, gdzie przyłapałam go na akcie... Nie wiem w sumie jak to nazwać, w wyniku tej całej sytuacji poroniłam. Sprawa miała finał w sądzie.
Anonimowe w tym jest to, że nikt nie wie dlaczego zakończył się mój związek i wróciłam do kraju. Nadal nie mogę przestać czuć do siebie obrzydzenia z jaką osobą potrafiłam być i wyrzutów sumienia, że wcześniej nie zauważyłam do czego ten człowiek jest zdolny. Nie sądzę, abym zdołała kiedykolwiek obdarzyć kogoś zaufaniem, a koszmary o nim oraz o tym, do czego mógłby być zdolny gdybym go nie przyłapała i mielibyśmy dziecko nawiedzają mnie do tej pory.
Jedna z tych smutnych historii.
Ostatni czas był trudny. W sierpniu zeszłego roku dowiedziałem się o nawrocie nowotworu mojej mamy. Chodziłem wtedy do pracy sezonowej nad morzem, mama odwoziła mnie z domu do miejsca pracy, kiedy mi o tym powiedziała. Od tego czasu wszystko potoczyło się bardzo szybko. Już kilka dni później zadzwonił do mnie brat, że mam przyjechać do szpitala, w którym mama miała badania (ponad 3 godziny drogi). Rzuciłem wszystko i pojechałem. Do końca wakacji wszystko było jednym wielkim bieganiem po szpitalach, załatwianiem badań, staniem w kolejkach do lekarzy itd. W końcu przyszło mi trochę odpocząć od całego tego tematu, kiedy pojechałem na pierwszy rok studiów na drugi koniec Polski (wszystkie rekrutacje były już dawno zamknięte przed całym tym zajściem, więc dostosowanie się do obecnych realiów było już niemożliwe). Przyjeżdżałem do domu tak często jak tylko mogłem, a i sytuacja mamy wydawała się być dość stabilna (jak na zaawansowany, rozsiany nowotwór). Teraz jednak trochę się zmieniło. Już od około dwóch miesięcy przenieśliśmy mamę do hospicjum, ze względów medycznych (wymagała bardzo częstych zmian opatrunków, czego nie mogła wykonywać niewykwalifikowana osoba, i bardzo obciążałoby to pielęgniarkę z hospicjum domowego). Wczoraj rano dostaliśmy z bratem telefon z hospicjum, że powinniśmy tam przyjechać. Sytuacja od początku wydała się nieprzyjemna ze względu na to, że przez kwarantannę hospicjum od jakiegoś czasu jest zupełnie zamknięte dla osób z zewnątrz. Przyjechaliśmy. Poinformowano nas, że jej stan jest ciężki i że możemy się z nią jeszcze spotkać. Więc tak też było, jednak ze względu na środki bezpieczeństwa mogło to trwać jedynie 15 minut. Do specjalnie przygotowanego pomieszczenia przetransportowali mamę na łóżku, gdzie już na nią z bratem czekaliśmy. Przez całe dane nam 15 minut nawet nie otworzyła oczu i zupełnie nie było z nią kontaktu. Chyba najgorszy widok w moim życiu, niemal białe wargi i te zamknięte oczy przy akompaniamencie charczącego, ciężkiego oddechu.
Piszę to, ponieważ czuję się bardzo samotny. W czasie kwarantanny mieszkamy sami z bratem (rodzice rozwiedli się tego samego roku, kiedy urodziłem się ja, a poza tym mój ojciec i tak prawdopodobnie tylko pogorszyłby sytuację). Nawet nie mogę się spotkać z żadnym z przyjaciół, bo wszyscy są teraz uziemieni w domach. Po prostu zastanawiam się teraz, dlaczego to wszystko jest tak bardzo niesprawiedliwe. Mam 20 lat i już teraz mam w swojej historii rozwód rodziców, alkoholizm ojca, depresję matki po rozwodzie, pierwszy jej nowotwór, gdy miałem 7 lat, potem jej bipolara, zmaganie się z ciężarami odmiennej orientacji seksualnej w naszym cudownym społeczeństwie, a teraz jeszcze to. A do tego, przez tę pieprzoną pandemię, nawet nie mam z kim pobyć na żywo i po prostu jakoś odciągnąć myśli. Smutno mi.
Dodaj anonimowe wyznanie