Jak myślicie, czy ja już zwariowałem?
Mam dość napiętą atmosferę w domu. Mieszkam z moją dziewczyną, babcią i mamą. W dobie koronawirusa staram się wychodzić jak najrzadziej z domu. Zakupy raz na 10 dni, ze środkami ostrożności typu maseczka i rękawiczki. Pracuje zdalnie, dziewczyna tak samo.
Chodź staramy się tak bardzo to reszta rodziny ma apele władz głęboko w poważaniu. Brat na zlecenie babci jeździ po sklepach budowlanych załatwia rzeczy na działce, które można by było odłożyć w czasie. Oczywiście przyjeżdża do nas po kilka razy w tygodniu zdać relacje babci. Chociaż widuje ludzi, nie zabezpiecza się wcale. To samo z moim tatą...
Wykańcza dom, w którym obecnie mieszka nie ograniczył kontaktu z ludźmi i też nas odwiedza. Według nich koronawirus to propaganda. Jeżeli mi coś nie pasuje to mam siedzieć w swoim pokoju i nie wychodzić. Oczywiście Wielkanoc u nas też będzie "huczna"... #pocozostawaćwdomu
Niestety o wirusie, więc niechętni tematowi proszę ominąć.
Podczas codziennego wysłuchiwania statystyk zgonów i zachorowań zostałem oskarżony o to, że mnie to nie rusza (kolejną cyfrę skwitowałem zwykłym "aha"). Bo to prawda! Nie trafia do mnie liczba 15 zgonów dziennie, podczas gdy w innych krajach jest ich kilkaset. Czy mogę coś zrobić, żeby pomóc? Nie.
Nie jestem naukowcem, lekarzem, krawcem, policjantem, strażakiem itp. Siedzę w domu na dupie, jak rząd przykazał, zakupy raz na kilka dni itd. Mam usiąść i płakać, bo 15 obcych mi osób zmarło? Ludzie umierają codziennie bez tego i też jest źle. Napiszecie, że inaczej będę śpiewał, jak ktoś w mojej rodzinie zachoruje i będzie bliski śmierci. OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! Bo to będzie bliska mi osoba!
Statystyki i tak codziennie sprawdzam po to, żeby być na bieżąco z informacjami. Oszczędności wystarczy mi na jakieś 3 do 5 miesięcy życia, gdybym stracił pracę. Po tym, jak już wszystko jebnie, to zacznę się martwić. Póki co żyję na tyle normalnie, na ile można.
Nie potrafię zaakceptować tego, że większość ludzi czyli jakieś 80% to dla mnie je..na patologia. Rozmnażający się rak planety. Błąd w obliczeniach. Wirus w systemie. Sam cZŁOwiek ma już w swojej nazwie ukryte słowo zło. Większość co po sobie zostawia, to tylko bałagan polityczny, ekonomiczny, ekologiczny, religijny, społeczno-kulturowy, psychiczny i fizyczny. Osobiście uważam, że życie zwierzęcia lub rośliny jest warte więcej od życia ludzkiego. Bowiem nawet kataklizmy naturalne nie są tak straszne jak czyny i decyzje ludzi.
Najgorsze jest w tym wszystkim to, że ludzie nie chcą się zmienić, bo nie widzą problemu. Nie potrafią dostrzegać konsekwencji dla społeczeństwa i przyszłych pokoleń poprzez czyny i decyzje jakie dokonują w swoim życiu. Rodzą dzieci mając sami zepsute życie i nawet tego nie widzą, oszukują się, że ich życie nie jest zepsute. Psują tym samym życie dzieciom i dalej tego nie widzą. Ślepota na głupotę ludzką, to gorsza choroba niż wirus...
Obchodziliśmy razem z moją dziewczyną trzecią rocznicę związku. Niestety, nie mogłem zabrać jej z tej okazji do kina ani do restauracji, ze względu na obecną sytuację związaną z epidemią. Zatem postanowiłem zrobić jej niespodziankę. Skorzystałem z okazji, że Monika poszła na spacer z psem i zaaranżowałem w naszym mieszkaniu coś specjalnego.
W kuchni przygotowałem nam do kolacji wystrój jak z restauracji. Wszędzie poustawiałem i zapaliłem świeczki, wokół stolika umieściłem kwiatki, włączyłem romantyczną muzykę, a stół zastawiłem najładniej jak potrafiłem. W salonie zrobiłem nam kino. Zrobiłem popcorn, podłączyłem duże głośniki do telewizora, zasłoniłem rolety by było ciemno i przygotowałem super wygodne siedziska z poduszek na kanapie.
Niby nic, a wiecie, jaka była zadowolona? Stwierdziła, że to najlepsza rocznica jaką do tej pory obchodziliśmy, bo cały dzień spędziliśmy wspólnie. Kocham moją dziewczynę i cieszę się, że potrafi doceniać takie gesty, które w moim wykonaniu są oznaką miłości do niej.
Spytałam moją siostrzenicę, z czego najbardziej ucieszyłaby się na jej nadchodzące piąte urodziny. Hanka zastanowiła się chwilę, po czym spytała, czy mógłby odwiedzić ją jej tata. „Byłoby fajnie zjeść razem tort i się pobawić”, dodała.
Hania nie zna swojego taty, ponieważ nigdy się nią nie interesował i zrzekł się praw rodzicielskich 3 lata temu.
Szczerze? Nie mam pojęcia co odpowiedzieć małej dziewczynce, która zadaje takie pytania. Jedno wiem na pewno: nie życzę nikomu sytuacji, w której znalazła się moja siostra. To chyba najgorsze co może być, patrzeć na smutek swojego dziecka.
Ludzie. Bierzmy odpowiedzialność za własne czyny i choćby nie wiem co, nie porzucajmy niczemu winnych dzieci…
Dziś jest fajne wyznanie o nauczycielce, która miała przezwisko Cipa, a mi się przypomniało, że u nas bardzo zbliżony przydomek miał nauczyciel (!!) i to bynajmniej nie z powodu cech charakteru.
Młodziutki nauczyciel zanim rozpoczął pracę w liceum, zapuścił brodę żeby wyglądać poważniej. Ale był to pomysł dość niefortunny, bo broda rosła mu bardzo nierówno - w niektórych miejscach mocno, w innych prawie wcale. Efekt końcowy był taki, że wzbudzał tylko jedno określone skojarzenie. Licealiści już niejedno widzieli i od pierwszego dnia dostał ksywkę Pizdeusz.
Kilka miesięcy żył w błogiej nieświadomości aż w końcu jakoś się dowiedział jakie ma przezwisko i z jakiego powodu. Natychmiast zgolił brodę.
Następnego dnia efekt był piorunujący. Kiedy nauczyciel wszedł do klasy, na początku nikt go nie poznał. Jak podszedł do biurka i zaczął w nim czegoś szukać chciałem powiedzieć - A co ty tam gnojek grzebiesz panu profesorowi - czy coś w tym stylu.
Na szczęście w ostatniej chwili się powstrzymałem...
Uwaga, będzie obrzydliwie - o kupie.
Od kilku lat, każdorazowo robienie kupy to dla mnie przygoda. Nigdy nie wiem, na co danego dnia trafię, jaka będzie lepkość, mazistość i zapach (nie, smak nie, próbowałam tylko raz, nie polecam). Nie robię często całych, zwartych kup - wtedy jest radość i puszczam wolno te wieloryby. Zazwyczaj są to boby, bobki i dziwnokształtne formy kupienne.
Pierwszego zawsze łapię w papier toaletowy i zaczynam badanie. Rozcieram i poszukuję kawałków, których nie strawiłam. Skąd wiem, że nie trawię ziaren lnu. Potem jest test na zawartość wody, która ew. mogła jeszcze zostać. Ściskam wtedy kawał boba na maksa - czasami lekko przesiąka. Potem czas na wąchy, ale to akurat bardzo rzadko robię. Swoją drogą - gdy robię na rzadko, to takich testów nie przeprowadzam. Ciekawe dlaczego...
Coś na deser? Uwielbiam uczucie tuż po wyróżnieniu. To tak, jakbym nagle uwolniła się od jakiegoś złego wspomnienia.
Mam 34 lata. Pracuję w dużej korporacji, gdzie kilka lat temu poznałem cudowną kobietę, moją obecną żonę. Urzekł mnie jej silny charakter oraz niebanalna osobowość. Oboje zajmujemy wysokie stanowiska i mamy ambicje, aby piąć się jeszcze wyżej po szczeblach kariery. Motywowaliśmy się nawzajem do ciężkiej pracy.
Było niesamowicie do czasu, aż nie obudził się we mnie instynkt rodzicielski. Zapragnąłem mieć dziecko. Wielokrotnie rozmawiałem o tym z żoną, lecz ona nie chciała o tym słyszeć. Założenie rodziny było moim wielkim marzeniem, jednak wiedziałem, że dla mojej kobiety ważniejsza jest realizacja.
Chęć posiadania potomka była tak wielka, że któregoś razu niewiele myśląc postanowiłem przebić prezerwatywę na chwilę przed stosunkiem.
Widząc, że moje działanie nie przyniosło oczekiwanego efektu, powtórzyłem je kilkakrotnie w przeciągu paru miesięcy. Po upływie tego czasu zacząłem martwić się brakiem zamierzonego celu. Udałem się więc na badania.
W taki o to sposób dowiedziałem się, że jestem bezpłodny.
Czuję się okropnym rodzicem.
Mam syna szesnaście lat, straszny leń, ale inteligentny i pomysłowy, oraz czteroletnią córkę, która jest małym, okropnym atencjuszem.
Kiedy zamknęli przedszkola i szkoły, przez dwa tygodnie zostawałem w domu, potem moja partnerka, ale nie możemy sobie pozwolić na takie opuszczanie pracy, zwłaszcza w dobie kryzysu (istnieje spore ryzyko nieprzedłużenia umowy dla nas obojga).
Syn zaproponował się, że będzie siedział z małą. Lekko mówiąc nie byłem do tego pomysłu przekonany, bo córka jak już mówiłem jest strasznym atencjuszem (nawet jak na swój wiek) i non stop wymaga uwagi. No, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Mieszkam w domu segmentowanym, w drugim segmencie mieszka moja rodzicielka (mamy wewnętrzne schody), więc razem z żoną uznaliśmy, że jakby co, młody nie jest z dzieckiem zupełnie sam (poza tym chłopak ma zrobione kursy z pierwszej pomocy i wie co robić w sytuacjach krytycznych, co już kilka razy udowodnił).
W każdym razie, na wszelki wielki i tak zamontowaliśmy małą kamerkę w salonie (taką jak do obserwacji niemowlaków), bo tam głównie siedzą.
Przez pierwsze dni sprawdzaliśmy ją regularnie z partnerką, potem ponieważ nic się nie działo, przestaliśmy. Syn o niej wiedział.
Teraz kiedy wracam do domu zauważam z przerażeniem jak wszystko się zmienia.
Młody dalej jest taki sam, głównie nic nie robi, czyta książki i gra w gry, ale moja córka zmieniła się pod jego opieką nie do poznania.
Tak jak kiedyś, co wydawało mi się poniekąd naturalne, dużo rzeczy trzeba było robić za nią albo jej w nich pomagać, tak teraz potrafi zrobić sama prawie wszystko.
Sama się ubiera, sama jest w stanie sobie zrobić picie (syn wziął baniak po soku, nalał do niego wody i zamontował w nim pompkę, aby sama mogła sobie wszystko nalewać), sama organizuje sobie zabawę, a nawet jest w stanie włączyć telewizor i wybrać sobie kanał, albo wybrać i puścić bajkę na DVD (ja sam uczyłem się obsługi tego cholerstwa przez trzy tygodnie).
Wczoraj jednak wszystko przeszło moje oczekiwania, bo kiedy piłem sobie herbatę po pracy, mała przyszła do mnie do kuchni, otworzyła lodówkę, wyjęła składniki i zaczęła robić sobie kanapki.
Kiedy ją zapytałem skąd to umie, to było oczywiście "Mati mi pokazał!".
Dopiero wtedy zauważyłem, że większość produktów w mojej własnej lodówce została przeniesiona na dolne półki.
Wiem, że to brzmi głupio, moja partnerka tak tego nie odczuwa, ale ja czuję, że zawaliłem jako rodzic w stosunku do małej. Nie byłem w stanie pokazać i nauczyć mojego własnego dziecka takich, w gruncie, prostych, podstawowych rzeczy.
Czuję się winny, bo mam wrażenie, że robiłem z niej jakąś amebę, traktowałem jak jajko.
I przepraszam, że wylewam tu żale, ale żona w ogóle nie chce mnie słuchać i nie traktuje mnie poważnie. Zapewne jestem przewrażliwiony, a ona ma rację.
Mam fobię przed złodziejami, włamaniem. To zdominowało moje życie..
Gdy byłam w ostatniej klasie LO, ktoś włamał się do mojego rodzinnego domu. Z rodzicami i rodzeństwem spaliśmy na piętrze. Obudziłam się, słyszałam hałasy, szmery na dole, więc szybko zamknęłam wejście na piętro na zamek (stare budownictwo, klatka schodowa z drzwiami). Zaraz potem ktoś zaczął szarpać za klamkę i przeklinać. Byłam przerażona, gdybym obudziła się kilka sekund później gość wtargnąłby na górę... co by się z nami stało? Szybko obudziłam rodzeństwo i rodziców, był telefon na na policję, ale włamywacze uciekli, zabrali kilka rzeczy typu psp, portfele, mikrofalę, rower brata, kluczyki do samochodu i domu, i inne tego typu przedmioty. Nie znaleziono sprawców...
Bardzo to przeżyłam. Bałam się kolejnego włamu, ale rodzice zainstalowali alarm, żaluzje zewnętrzne, agregat, oświetlenie - wszystkie oszczędności poszły na zabezpieczenie domu i jakoś dawałam sobie psychicznie radę.
Mój problem zaczął się na studiach. Przeniosłam się do dużego miasta, gdzie kiedyś mieszkali moi dziadkowie. Zostawili mi w spadku kawalerkę w starej kamienicy i niestety w nie najlepszej dzielnicy.
Odkąd się przeprowadziłam nie byłam w stanie zasnąć - nigdy nie mieszkałam sama, nigdy w mieście, a do tego panicznie bałam się każdego szmeru na klatce schodowej, na zewnątrz - bałam się, że ktoś się włamuje, że mnie zabije...
Zaczęłam brać psy na dom tymczasowy z pobliskiej fundacji - tylko duże, groźne... Psy były u mnie dopóki nie znalazły nowego domu, gdy ktoś adoptował mojego, brałam kolejnego... Teraz mam trzeciego giga kundla pod opieką. Ale to było za mało - zapisałam się na krav magę... ale i tak się bałam, wiedziałam, że jestem za mała, za słaba... Pod łóżkiem trzymam duży nóż myśliwski po dziadku, naostrzony i kij a'la bejsbolowy. Pod drzwi i okna podsuwam krzesła z garnkami i różnymi pułapkami, żeby usłyszeć ewentualnego włamywacza. W różnych miejscach w domu są gazy pieprzowe i paralizatory - bez nich też nie wychodzę...
I jeżeli nie podłożę tych wszystkich pułapek, nie sprawdzę czy każdy gaz, nóż itp, są na swoim miejscu, nie mam psa w nogach... to nie zasnę...
Rodzi to pewne problemy. Spotykam się z chłopakiem pół roku i gdy zdarza mu się u mnie nocować to nie śpię... Nie chcę pokazywać mu, że jestem walnięta. Gdy zostaje na noc to od razu myślę "meh, znowu się nie wyśpię...". Gdy wyjechałam na wycieczkę z przyjaciółmi to też nie zmrużyłam oka - nasłuchiwałam... Pomogłoby gdybym rozstawiła pułapki, broń, ale nikt nie wie, że mam taki problem ze snem bez zabezpieczeń tego typu... Gdy będę miała kasę, zacznę pracować, to pierwsze co zrobię to alarm, rolety i monitoring... Żeby inni nie uważali mnie za wariatkę...
Dodaj anonimowe wyznanie