#9sQPU

Pisanie tu o czynie, którego się dopuściłem, jest niczym przyznanie się do popełnionego przestępstwa. Jak by nie patrzeć, tak właśnie można nazwać rzecz, którą zrobiłem.

Miałem wtedy jakieś 12 lat. Chodziłem do podstawówki w niewielkim miasteczku na Podlasiu. Zawsze wyglądałem trochę inaczej niż wszyscy. Byłem dość drobnej budowy, nie mogłem się też pochwalić zbyt dużym wzrostem, no i miałem ciemniejszą niż moi rówieśnicy karnację. Z tego właśnie powodu byłem w szkole gnębiony. Dokuczano mi, czasem ktoś na mnie napluł, czy podstawił mi nogę. Parę razy zostałem też pobity. Moja mama interweniowała u nauczycieli i dyrekcji, ale zawsze kończyło się to tak, że miałem jeszcze większe kłopoty, bo moi oprawcy dowiadywali się o interwencji rodzicielki i katowali mnie za bycie „konfidentem”.
Nie chciałem chodzić do tej szkoły, fantazjowałem o tym, że wybucha w niej pożar i zabija wszystkich moich dręczycieli. Pewnego dnia, kiedy kolejny raz wróciłem do domu z podbitym okiem, coś we mnie pękło. Na kolejne zajęcia stawiłem się z plecakiem, w którym obok książek i zeszytów znajdowała się 1,5-litrowa butelka z benzyną oraz zapałki. Przed lekcjami schowałem te „rekwizyty” za muszlą klozetową w jednej z kabin ubikacji dla chłopców. W czasie zajęć poprosiłem nauczycielkę o pozwolenie na wyjście do szatni po bluzę. Poleciałem do kibelka, szybko rozlałem zawartość butelki po całym pomieszczeniu i rzuciłem na wielką kałużę podpaloną zapałkę. Ogień niemalże zdmuchnął mnie z kafelków. Przerażony wybiegłem z ubikacji, a następnie przez tylne wejście prowadzące do szkolnej kuchni, opuściłem budynek.
Biegłem przez dobrych kilka minut. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem smugę ciemnego dymu unoszącą się nad gmachem znienawidzonej przeze mnie placówki oświaty. Nawet nie wiecie, jak wielką ekscytację wtedy czułem. Cóż z tego, że w szkole było wtedy kilkaset uczniów, nauczycieli, woźnych i kucharzy? Ja chciałem wyrządzić krzywdę tylko małej grupce moich oprawców, a o losie całej reszty niewinnych ludzi nawet wtedy nie myślałem!

Na szczęście szybka reakcja lokalnej straży pożarnej ugasiła pożar. Ogień nie zdążył się nawet za bardzo rozejść, bo zanim strażacy przyjechali, paru nauczycieli zdołało opanować sytuację za pomocą gaśnic.

Najdziwniejsze dla mnie jest to, że absolutnie nikt nie zorientował się, że to ja wywołałem ten pożar. Wszyscy uwierzyli w moje tłumaczenia, że usłyszałem dzwonek alarmowy będąc w drodze do szatni i czym prędzej wybiegłem na dwór. Natomiast historia ta (za którą to, jak by nie patrzeć , ja powinienem odpokutować) skończyła się nieoczekiwanym zwrotem akcji. Dyrekcja, na wszelki wypadek, postanowiła pozbyć się uczniów, którzy sprawiali największe kłopoty. Wśród przeniesionych do innej placówki dzieciaków znaleźli się także i moi prześladowcy!

#PaJpz

Nie potrafię ocenić racjonalnie sytuacji, jaką mamy na świecie.
Jestem prostym facetem, chwilami mam dość swojej pracy, Polski i tego, że mimo pracy po 10 godzin i łapania mnóstwa dodatkowych fuch zarabiam za mało, by normalnie żyć.

Mnóstwo znajomych zachęca mnie do wyjechania z kraju, np. do Niemiec, Belgii czy Norwegii, by tam żyć, zarabiać itp.

Teraz najgłupsze - uważam, że wyjazd z Polski, bo jest tu ciężko, to jak wpisanie kodów w GTA - niby gra się lżej i fajnie, ale nie ma satysfakcji z wykonania misji, skoro np. jesteśmy nieśmiertelni. I życie w Polsce to takie życie bez kodów. Oczywiście nikomu nigdy nie przyznam się, że porównuję życie do gry, bo wiem, że to irracjonalne, ale czuję ogromną satysfakcję, gdy uda mi się tutaj coś osiągnąć, co dla kogoś za granicą jest prostsze.
No i kocham Polskę i rodzinę, która tutaj żyje.

Nie wiem, czy to patriotyzm...

#KYcMh

Jestem nauczycielką. Lubię swoją pracę i swoich uczniów - nawet tych najtrudniejszych. W pracę wkładam dużo serca. W ubiegłym roku dostała mi się bardzo ciężka klasa - dzieci z trudnościami edukacyjnymi, społecznymi i emocjonalnymi stanowiło prawie połowę klasy. Bałam się jak nie wiem podjąć tego zadania, ale pomimo ogromnego nakładu pracy udało mi się wyprowadzać te dzieciaki na prostą. Godziny rozmów wychowawczych, rozwiązywanie kilkunastu konfliktów tygodniowo. Kilkanaście spotkań z rodzicami, setki minut wygadanych przez telefon z informacjami o sposobach pracy z uczniami. Ogólnie rzecz biorąc mnóstwo pracy wychowawczej, żeby dzieci nauczyły się ze sobą rozmawiać i wypracowywać kompromisy. Żeby szanowały jeden drugiego, nie wyśmiewały się wzajemnie i nie mściły za urojone krzywdy.

Co w tym anonimowego?

Najbardziej miałam dość nie tych dzieci, ale ich matek. Dziewczyny wykształcone, zadbane, pozornie matki roku - a w rzeczywistości złośliwe hetery. Każda uwaga o niewłaściwym zachowaniu dziecka kwitowana była w domu "pierdołami mi głowę zawraca", "jak se nie radzi, to do biedronki na kasę, a nie dzieci uczyć"... a dziecko słucha i przetwarza. I cała moja praca z uczniem w p*zdu.

Ja wiem, że matka zawsze będzie bronić dziecka, ale czasami miałam ochotę nagrywać swoje lekcje i przerwy, żeby im później pokazać, jak to ich aniołki się zachowują w szkole. Potrafiły mi nawet zarzucić kłamstwo i przeinaczanie faktów, ponieważ wyjaśniłam, że przebieg opisanego przez ich dziecko wydarzenia jest inny, niż ono przedstawiło w domu. Konfrontacja oczywiście nie wchodziła w grę, bo dziecko "nie pamięta, bo to już dawno było" albo mówi coś innego niż podczas rozmowy zaraz po zaistniałym fakcie.
Albo wieczne pretensje. Najlepsze były matki, które pisały do mnie wieczorem, że w szkole ich dziecko zostało szturchnięte/popchnięte/niedopuszczone do zabawy przez kolegów i że powinnam tę sprawę załatwić. A gdy pytam, czy dziecko zwróciło koledze uwagę, że jego zachowanie sprawia mu przykrość - słyszę: "Nie, bo on nie umie takich spraw załatwiać" (w domyśle - pani mi załatwi...). Gdy tłumaczę, że w szkole tego się uczymy i powinna go do tego zachęcać, to obraza, że mi się nie chce pracować. Co nie jest prawdą, bo po każdym zgłoszeniu szczególnie zwracam uwagę na takie sytuacje, żeby wychwycić je i popracować z dzieckiem na bieżąco, a nie po fakcie.
A szacunek do innych? Od jednej matki usłyszałam wprost - że chyba jestem jakaś nienormalna, że każę dzieciom rozmawiać ze sobą, kiedy się pobiją. Ona uczy, że jak ktoś go bije, to ma oddać, a nie pitu pitu o emocjach rozmawiać.

I dziwić się, że rosną młodzi, które nie potrafią mieć swojego zdania, a zamiast rozmowy stosują przemoc słowną lub fizyczną.
Chyba jednak skorzystam z rady i przebranżowię się na ekspedientkę w Biedrze...

#1sFTW

Jak byłam małym dzieckiem, moja babcia miała wypadek i w jego wyniku była w dużej części sparaliżowana. Nie mogła chodzić ani nawet sama się podnieść z łóżka. Była w pełni skazana na pomoc innych.

Pewnego dnia byłam z mamą u niej w pokoju. Mama położyła mnie na łóżku babci i na minutę wyszła, coś przynieść. Ja jakoś nieszczęśliwie się obróciłam i zapowiadało się, że spadnę z łóżka. Moja biedna babcia tak się przejęła, że jakimś cudem się poderwała i mnie złapała. Od tego dnia jej rehabilitacja szła nieporównywalnie lepiej, jakby coś się w niej odblokowało, i po jakimś czasie zaczęła znowu chodzić.

Do dzisiaj powtarza, że to dzięki mnie nie jest przykuta do łóżka.

#ywQl0

Radzę wam nie mieszkać z własnymi rodzicami.
Widzę na co dzień, co musi przeżywać moja mama. Po ślubie zdecydowali się z tatą, że zamieszkają razem z babcią, ponieważ była najmłodszą z jej dzieci. Tamci wyjechali do miasta, zaczęli nowe życie. Nie przejmowali się tym, co dzieje się w domu. Mama musiała robić sama w polu, pomagać babci. Później robili to razem z tatą. Mimo tego poświęcenia rodziców babci było zawsze źle. Źle, że wyremontowali dom, przerobili płot, dobudowali drugie piętro. Zawsze było coś źle. Zawsze było marudzenie, porównywanie z sąsiadami. Wytykanie błędów itd.
Później babcia musiała się mną zająć, ponieważ oboje pracowali. Zostawiała mnie na cały dzień w domu, a sama chodziła po sąsiadach albo szła do krów. Uciekałam z domu, za co byłam bita. Chciałam spędzać czas z dziećmi, ale to było złe w jej mniemaniu. Nie pozwalała mi. A jeśli już, to tylko na godzinę czy dwie.
W kolejnych latach było jeszcze gorzej. Zaczęła mieć problemy z pamięcią i wyzywała nas od złodziei, kiedy po raz kolejny wsadziła rentę w jakąś dziurę w jej pokoju. Trzy razy była taka akcja, że musieliśmy szukać w całym jej pokoju, żeby się uspokoiła. Raz o mało tata nie pojechał za listonoszem, bo znów zgubiła. Ale teraz zastanawiam się, czy to na pewno tak. Bo akurat jak przyjedzie ciotka, to nagle wszystkie pieniądze idą do niej. Moja mama poświęciła swoje życie, żeby opiekować się babcią, a ona nigdy się jej nie odwdzięczyła. Nawet pieniądze z renty idą do ciotki. A ciotka też niezła. Opowiada ludziom po wsi, że źle się zajmujemy babcią. Raz nawet próbowała nastawiać rodzinę od strony taty przez telefon. A innego razu płakała przed umierającą kobietą ze wsi, że źle się jej matką zajmujemy.

Szkoda, że rodzice tak postąpili i nie zostawili tej łajzy samej.

#At68X

Gdy byłam w jednej z pierwszych klas podstawówki, bodajże w drugiej, to nie chodziłam na obiady. Dostawałam od mamy jakieś ciepłe jedzenie w termosie i zostawałam sama w sali. W pewnym momencie, z nudy, nalałam wody do kubka i... wlałam do czyjejś szafki. Nie wiem nawet jakim cudem, ale nikt mnie nie podejrzewał. Potem stało się to moim „rytuałem”. Za każdym razem, jak oni szli na obiad, ja nalewałam komuś wody do szafki. Było zebranie, wychowawczyni pytała kto to, ale nadal NIKT mnie nie podejrzewał. Rok później odeszłam z tamtej szkoły, do dzisiaj zastanawiam się co ja miałam w głowie lejąc komuś wodę do szafki.

#RcYXk

Mieszkam z moim chłopakiem u jego matki. Na początku było super, a teraz dostaję nerwicy.
Kobieta ma problemy z uszanowaniem czyjejś prywatności czy strefy osobistej.
Jak jej się nudzi, przychodzi do naszej sypialni i ładuje się do łóżka. Po prostu się kładzie i zaczyna oglądać cokolwiek leci w tv. Syna traktuje co najmniej dziwnie. Nie ma żadnej dyscypliny, tylko słodkie oczka i prośby. Robi mu śniadania do łóżka. Rwie się do robienia nam prania, wynoszenia śmieci z naszej sypialni, stękając przy tym, jak jej ciężko. Chce być wiecznie w centrum uwagi. Ziewa, drąc się przy tym jak orangutan. Nie ma co robić, więc chce żyć naszym życiem. Do syna mówi w ich języku, a do mnie ma pretensje, że nie jestem gadatliwa. Zabrała wnuka, syna swojej córki, do koleżanki, mimo pandemii. Córka zerwała kontakt, a ona nie widzi swojej winy.

Anonimowo życzę jej zawału i spokoju dla siebie.

#tB6xr

To zdarzyło się całkiem niedawno. Usiadłem w tramwaju obok znanego i lubianego przez wszystkich rodzaju człowieka - starszej pani. Typowo dla tego gatunku posiadała ona takie artefakty jak: Płaszcz "Z łez aniołów" +10 do ochrony przed zimnem, Torebkę "Z wiedzy katechetów" +5 do obrony przed atakiem nieprzyjaciela, Laskę "Z świętego drzewa" +5 do wytrzymałości i Beret "Z kiosku" +10 do pobożności.

Miałem tego dnia okropne problemy gastryczne (brzuch mnie bolał jak cholera). Zdusiłem chęć wymiotowania i jedyne co wyszło z moich ust to niewinne beknięcie. Starsza pani spojrzała się na mnie wzrokiem zabójcy. Zauważyłem to, więc szybko przeprosiłem za niepotrzebny dźwięk, który poruszył jej pomarszczone serce i ogromne pośladki.

Byłem pewien, że sprawa jest załatwiona. Ta jednak odpowiedziała: "No nie wydaje mi się, by to wystarczyło". Zdziwiony zapytałem: "Rozumiem, że mam pani zapłacić odszkodowanie?". Odrzekła: "Myślę, że powinieneś panować nad sobą, ja ci tego nie zapomnę". Powiedziałem grzecznie: "I tak się już raczej nie zobaczymy". "Mylisz się, ja ciebie widzę co tydzień jadącego tym tramwajem" - odpowiedziała starsza pani. "W takim razie proszę co tydzień patrzeć na mnie i rozmyślać o tym jak bardzo panią uraziłem" - zakończyłem z klasą.

Tu nie kończy się ta historia, bo w tym tygodniu podeszła do mnie ta sama kobieta w tramwaju i powiedziała: "Ja pamiętam". Dopiero po chwili przypomniałem sobie kim była. Staruszki potrafią być nie tylko pamiętliwe ale i mściwe. Pomocy...
Dodaj anonimowe wyznanie