#hshk9

Jako małe dzieciaki ja i moja młodsza siostra naoglądaliśmy się na Polsacie jakichś krwawych jatek w stylu "Rambo" czy inny "Predator" i następnego dnia rano postanowiliśmy zagiąć jakoś naszą 70-letnią babcię krzątającą się po kuchni.

- Babciu, a czy ty widziałaś kiedyś wywalony ludzki mózg? - zapytaliśmy rozchichotani, oczekując jakiegoś świętego oburzenia czy konsternacji ze strony rodzicielki, ale babcia przecierając tylko szklanki stwierdziła tylko ze spokojem:
- Tak, u mojego kolegi leżącego na polu, zamęczonego przez Niemców.

Nie muszę wspominać, że od tamtej pory odechciało nam się zaginać babcię.

#d99fk

Jeżdżę dwudziestoletnim, przeciętnym w tym kraju samochodem (jak Passat), na którego zbierałem rok, do tego piętnastoletni rower, a że zarabiam średnią krajową, to na malutkie wesele dla rodziny i tylko bliskich znajomych zbieraliśmy półtora roku.
A przysłowiowa Karyna i tak cieszy się, że "rząd" daje im pieniądze na dzieci albo wakacje.
Serio, biedota umysłowa w naszym kraju jest większa niż ta finansowa, której też nie widzą. Ciężko w tym kraju lekko żyć.

#edoxm

Jako dziecko miałam zabieg, który dożywotnio zmniejsza moje szanse na zajście w ciążę o połowę. Siłą rzeczy zaczęłam dosyć szybko rozmyślać o tym, czy chcę mieć w przyszłości dzieci. Mimo że dzieci nie lubiłam, chciałam kiedyś zostać mamą, przecież swoje to co innego... No właśnie, kiedyś.

Mój partner dosyć szybko, bo po roku związku zaczął mnie namawiać na odstawienie tabletek. Chciał się ustatkować, założyć rodzinę, a do tego w jego rodzinie częsta jest bezpłodność i miał obawy, że jego to też dotyczy.

Namawiał mnie tak usilnie, że raz prawie wyrzucił przez okno moje tabletki antykoncepcyjne. Po dłuższym czasie sama zdecydowałam, że możemy zacząć. I tak minęły sobie dwa lata, miałam akurat świeżo podpisaną umowę o pracę, kiedy pojawiły się dwie kreski na teście.

On skakał pod sufit z radości, a mi się wszystkiego odechciało. Z automatu L4 (charakter pracy potencjalnie szkodliwy dla płodu, a ze względu na dawne problemy mogłam mieć problem z utrzymaniem ciąży). Nie cieszyłam się, żałowałam swojej decyzji, a że sama się o to prosiłam i dziecko niczemu niewinne, czułam się paskudnie. Polepszyło mi się, jak młody zaczął kopać, a brzuch ładnie się zaokrąglił.

Byłam jedyną kobietą na oddziale położniczym, która nie chciała spać z dzieckiem. Nawet kiedy bardzo płakał i przychodziły położone, nie ugięłam się. Dałam jeść, poczekałam aż zaśnie i odkładałam. A że się budził...

Robiłam przy nim wszystko. Dosłownie, bo mój już wtedy mąż nagle przestał być gotowy na dziecko. Nocne wstawanie? Przecież idę do pracy, muszę się wyspać. Przebieranie? Tobie to wychodzi lepiej. Przewijanie? Jak zrobił kupę, to się prędzej zrzygam. Karmienie? Ty mu daj butelkę, ciebie kojarzy z jedzeniem. Jak to nie pomagam? Przecież robię zakupy, biorę małego na spacer i zmywam naczynia. I w ogóle strasznie się zmieniłaś od porodu. Taka jesteś oziębła...

Może dlatego, że przez trzy miesiące nie przespałam ciągiem pięciu godzin, bo ciężko mu było dupę ruszyć... Ale nie, on zaczął zapijać problemy, zamiast rozwiązywać. Mimo wielu rozmów z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Aż schlał się, będąc z małym na spacerze. Cud, że nikt na policję nie zadzwonił. Wyprowadziłam się.

Teraz oddałabym za małego życie, choć kiedyś go nie chciałam, a tatuś przyjeżdża raz w tygodniu na trzy godziny... Mam poczucie, że skrzywdziłam swoje dziecko, wybierając mu takiego ojca. Że powinna mi się lampka zapalić wcześniej, a tak mały będzie kiedyś cierpiał...

#5hnCy

Dzisiaj rano jak zwykle zbierałem się do pracy. Włożyłem buty i wtedy żona poprosiła mnie, żebym przy okazji wyrzucił śmieci. To nie problem, śmietnik jest zaraz obok furtki, którą się wychodzi z osiedla.

Sześć minut później na przystanku odkleiłem się od telefonu aby popatrzeć, czy mój autobus już jedzie. Przy okazji zauważyłem, że ludzie wokół coś podejrzanie uśmiechnięci. Jak się okazało, nie bez powodu - pewien debil w garniturze stał na przystanku z workiem śmieci w ręce.

#IEt45

Jakiś czas temu jechałam ok. 7.30 rano metrem na uczelnię. Jak codziennie o tej porze - był straszny tłok. Jechałam typem wagonu, który przy wejściu na środku miał pionową rurkę do trzymania się (taką od podłogi do sufitu). 
 
Było bardzo dużo ludzi, więc wielu z nich (żeby uniknąć zachwiania w trakcie jazdy) trzymało się tej rurki. Jedną z nich byłam ja. Wiadomo, że najwygodniej jest złapać się jej mniej więcej na wysokości brzucha, bo nie trzeba wtedy np. trzymać ręki wysoko w górze) . 

Z uwagi na to, że oprócz mojej dłoni na tej rurce znalazły się dłonie co najmniej 6 innych osób, zostało mi do trzymania „mało korzystne” miejsce nisko na rurce – tak na wysokości „poniżej pasa”. Zarówno naprzeciwko mnie, jak i po mojej prawej, i lewej stronie stało dwóch ok 25-letnich facetów (po „przekątnych” też stali jacyś ludzie).
Trzymałam dłonią tej rurki, żeby nie zachwiać się w trakcie jazdy metra i nie wpaść na kogoś z osób stojących obok.

W trakcie jazdy, pomiędzy stacjami, ktoś chciał się przemieścić, więc puściłam na chwilę rurkę. Nagle metro zaczęło jechać szybciej i niespodziewania „szarpnęło” , a ja odruchowo - bezwarunkowo, chciałam mocno złapać się rurki na tej samej wysokości co poprzednio, żeby się nie przewalić. Ku mojemu zdziwieniu i zdziwieniu chłopaka z naprzeciw, nie złapałam mocno rurki, tylko zdecydowanym ruchem … jego „klejnoty”.

Nie wiem,  kto był bardziej zdziwiony, bo natychmiast oboje „spaliliśmy cegłę”. Powiedziałam na szybko „przepraszam”, a faceci, którzy stali po mojej prawej i lewej stronie w konsternacji mieli bardzo zdziwione miny i po chwili ciszy jeden z nich powiedział: „w sumie to chyba nie masz go za co przepraszać, bo powinno mu się to podobać”. Wszyscy obok wybuchli śmiechem, a ja z tym „wymacanym” chłopakiem staliśmy jak wryci. Było mi głupio spojrzeć mu i tym facetom obok w oczy. Jeszcze nigdy przejazd pomiędzy jedną a drugą stacją nie trwał tak długo…

Pewnie ten „wymacany” chłopak do dziś ma traumę i boi się tłoku w metrze. Jeżeli to czytasz, to jeszcze raz: „przepraszam” :)

#Ul812

Jak los potrafi wskazać męża i najbardziej zaufaną przyjaciółkę.

Na początku XXI wieku, będąc na ostatnim roku studiów, całą specjalizacją i kołem naukowym pojechaliśmy do ośrodka uczelni na seminarium w Konopnicy. Cztery dni, właściwie ostatni taki wyjazd na studiach.

Po pierwszym wieczornym ognisku, następnego dnia podczas prysznica poczułam coś niepokojącego w okolicach krocza, a mianowicie kleszcza. Lekka panika i szybkie obejrzenie ciała i okazało się, że to nie jedyny gość na mojej skórze - wyczułam i wypatrzyłam jeszcze 5 osobników w okolicy intymnej oraz na piersiach i nogach (ostatecznie było ich 9).
Co tu zrobić? Przychodnia lekarska jest kilka kilometrów dalej, a po telefonie tam kazali jechać do lekarza do okolicznego miasta tego lub tego (20 do 40 km). Oczywiście samochodu nikt nie miał, bo przyjazd był autokarem. No i wtedy przypomniałam sobie, że kolega ze specjalizacji mówił kiedyś, że po powrocie z grilla wyjął sobie z nogi kilka kleszczy.
Poszłam i spytałam, czy może mi pomóc. OK, nie ma sprawy, poszedł szybko do apteki po jakiś środek do odkażania i zabrał się do oglądania i wyciągania. Nie ukrywam, trochę wstyd mi było, bo byłam naga, a jeszcze bardziej, że kilka tych pasożytów wbiło się w okolicach pochwy i odbytu (nie oszukiwał, pokazał mi wszystkie wyciągnięte).

I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: ja leżę naga na łóżku w pozycji na czworaka, tyłek wysoko i szeroki rozkrok, a kolega grzebie mi tam pęsetą. Nagle słyszymy ruch klucza i wchodzi koleżanka współlokatorka. Wyszła po chwili, ale jej mina...

Potem wyjaśniłam jej co jest grane i nieźle się z tego uśmiała. Ale zachowała naszą małą tajemnicę.
A z kolegą... hmm... Umówiłam się z nim w podzięce na piwo i w żartach zapytał, czy nie mam znowu jakiegoś kleszcza.

Jesteśmy już 5 lat po ślubie. A koleżanka, która nas nakryła, jest moją najlepszą przyjaciółką i jednocześnie świadkową. A w żartach stwierdziła, że mój mąż zrobił ze mną jak z samochodem i dokładnie przejrzał zawieszenie przed zakupem.

#iYiYc

Przeczytałam tu wyznanie dziewczyny, której rodzinę niszczy chora psychicznie siostra. Boję się, że czeka mnie to samo.

Mamy troje dzieci, Iga w tym roku skończy 18 lat, bliźnięta Marta i Kuba mają 16.
Iga od dwóch lat ma rozpoznany borderline, w szpitalu psychiatrycznym stwierdzono dodatkowo osobowość narcystyczną. Zawsze była trudnym dzieckiem, często wpadała w złość, była zazdrosna o rodzeństwo, mimo że poświęcaliśmy jej dużo uwagi. Od prawie czterech lat nasze życie to walka z Igą. Kłótnie, kłamstwa, wagary, szantaż. Walki o wszystko, zmuszanie do wizyt u lekarzy. Po diagnozie byliśmy lepszej myśli, wiedzieliśmy na czym stoimy i jak pomóc. Niestety, córka absolutnie nie współpracuje. Nie chce brać leków, podczas terapii demonstruje brak zainteresowania. Kilka razy była w szpitalu, niestety nie pomaga to na długo.

Cała sytuacja oczywiście bardzo źle odbija się na młodszych dzieciach. Nie sprawiają większych problemów, ale z powodu Igi poświęcamy im mało uwagi. Syn jest bardzo spokojny, pomocny, dużo czasu spędza z kolegami, oboje z Martą mają swoją paczkę. Czasem mąż jest w stanie wybrać się z nim na ryby. Marta złości się na Igę, wcześniej ją wspierała, teraz omija ją z daleka. Wybierała się na urodziny przyjaciółki, więc zabrałam ją na zakupy i kosmetyczki, chciałam poświęcić czas tylko jej. Wyjście się udało, niestety po powrocie Iga urządziła scenę. Robi tak zawsze, kiedy choćby rozmawiamy z bliźniakami.

Jest koszmarnie. Codzienne kłótnie, ja pracuję zdalnie, bo Igi trzeba pilnować właściwie bez przerwy. Jej dawne koleżanki, fajne dziewczyny, nie wytrzymały i zerwały kontakt. Znalazła sobie towarzystwo, które pije i bierze. Uciekała do nich, znikała na kilka dni. Tak jest zawsze, kiedy okażemy jej cień zaufania. Gdy ostatnio pozwoliłam jej na samodzielne wyjście do sklepu, po trzech dniach znaleźliśmy ją w mieście obok, w melinie, totalnie pijaną i upaloną. Już nie zostaje w domu sama, na drzwiach są zabezpieczenia, które dają znać, gdy ktoś wychodzi, na oknach blokady. Wszystkie ostre rzeczy trzymamy zamknięte, bo czasami się cięła. Tylko że już brakuje nam sił. Iga już raz była leczona z kiły, na szczęście jej eskapady nie skończyły się ciążą. Jesteśmy z mężem wyczerpani, o wyjeździe na urlop możemy zapomnieć, odpoczywamy, kiedy córka przebywa w szpitalu, ale i tak musimy trzymać rękę na pulsie ze względu na terapię. Na szczęście bliźniaki mają możliwość wyjazdu z dziadkami, ale wiem, że chciałyby spędzić urlop z nami, a to niestety niemożliwe. Boję się co będzie dalej, mąż ma stwierdzoną depresję, a Iga groziła, że naopowiada, że on ją molestuje, co jest bzdurą, syn raz nagrał jej groźby. Boję się, co będzie dalej. Niedawno Marta po jednej z awantur stwierdziła, że chce żeby Iga skończyła 18 lat i zniknęła. Przeraża mnie myśl, że czuję podobnie.

#OwoEp

Od dwóch lat, po wyjątkowo nieprzyjemnym zakończeniu wieloletniego związku, jestem tzw. singielką. Przez długi czas nie miałam ochoty na żadne randki, a też mój tryb życia (dom - praca - dom) nie sprzyja zawieraniu nowych znajomości.

Moja siostra jest osobą bardzo towarzyską (w przeciwieństwie do mnie), ma mnóstwo znajomych. Od dawna chciała mnie z kimś "wyswatać", ale cały czas jej zabraniałam. W końcu kilka tygodni temu uległam i zgodziłam się. Zorganizowała małą imprezę i "przy okazji" zaprosiła faceta, którego miała dla mnie upatrzonego. W międzyczasie moja najlepsza przyjaciółka, jak usłyszała, że siostra dostała "pozwolenie", to zaoferowała, że da mój numer jednemu swojemu koledze. Jak szaleć, to szaleć, zgodziłam się.

Co ciekawe, to był jeden i ten sam facet. Gdy na tej imprezie poprosił mnie o numer, to okazało się, że już miał go w telefonie :)

#kOH8d

Miałem w szkole kumpelę, która była wspaniałym człowiekiem, była piękna, dobra, życzliwa, pracowita, choć bogata z domu, ale - delikatnie mówiąc - nie była zbyt bystra. Choć kuła całymi nocami, starała się jak mogła, a jej zeszyty lśniły starannością i kaligraficznym pismem, nie ogarniała często najprostszych rzeczy. Siedzieliśmy całe liceum razem i często pisałem jej prace domowe i zadania z angielskiego. Uczyliśmy się go od 4 klasy podstawówki, ale ona cały czas potrafiła zażyć mnie pytaniem w stylu ''a co to znaczy "to do''?". Wiedzieliśmy, że będziemy zdawać angielski na maturze, dlatego przez 3 lata męczyła mnie ciągle pytaniami, czy jak na maturze pisemnej usiądziemy obok siebie, to dam jej ściągać. Zawsze zbywałem ją przyrzekając, że tak będzie, bo po cichu wiedziałem, że szansa na to, że na wielkiej sali gimnastycznej z całym naszym rokiem usiądzie właśnie obok mnie była minimalna. Nie umiałem i nienawidziłem ściągać i dawać ściągać innym.

Podzielili nas jednak na małe grupki piszące w klasach, po 15 osób, alfabetycznie. Jej nazwisko było literkę niżej niż moje i po losowaniu usadzili nas na samym końcu sali: ja w środkowym rzędzie, mając za plecami nauczyciela-kontrolera z innego miasta, ona przy ścianie, mając za sobą tylko kumpla o ksywie ''Matoł''. Wiedziałem, że będzie ciężko i jak rozpęta się ściąganie, mogą nam nawet anulować egzamin. Kumpela oczywiście nie zawiodła. Choć przez 3 lata jeździła do innego miasta na korepetycje do jakiejś doktorantki i wiedziała jak jest wakacyjny, wiejski domek kryty strzechą, zapytała się mnie w trakcie pisania listu jak to jest ''samolot''. W największym stresie starałem się jej przeliterować poprawnie ''airplane'', czując na plecach oddech egzaminatora, żeby tylko zadośćuczynić swojej obietnicy. Zniszczyła mnie jednak, gdy po 8 latach nauki tego języka zapytała się mnie, jak jest "angielski" po angielsku...

Dałem jej zerżnąć wszystkie moje odpowiedzi testowe, robiliśmy prawdziwe akrobacje, żeby to mogło się udać, kontroler udawał na szczęście głupiego, choć nasi nauczyciele patrzyli na to ze zgrozą. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że pod koniec egzaminu zajrzałem w odpowiedzi kujonki siedzącej przede mną i były kompletnie inne niż moje. Zrozumiałem, że podmienili grupy i że moja kumpela jest absolutnie usmażona. Byłem już jednak tak zmęczony i zestresowany, że nic jej nie powiedziałem i do samego dnia ogłoszenia wyników uśmiechałem się do niej i klepałem ją po pleckach. Oblała sromotnie i do tej pory widzę ją, jak płacze na trawniku liceum, jak osierocona małpka na deszczu.

Co ciekawe, Matoł, który siedział za nią i też nie umiał nawet odmienić ''be'' przez osoby, zerżnął od niej wszystko i zdał, bo jakimś cudem jego grupa pokrywała się z moją.
Dodaj anonimowe wyznanie