Miałem w szkole kumpelę, która była wspaniałym człowiekiem, była piękna, dobra, życzliwa, pracowita, choć bogata z domu, ale - delikatnie mówiąc - nie była zbyt bystra. Choć kuła całymi nocami, starała się jak mogła, a jej zeszyty lśniły starannością i kaligraficznym pismem, nie ogarniała często najprostszych rzeczy. Siedzieliśmy całe liceum razem i często pisałem jej prace domowe i zadania z angielskiego. Uczyliśmy się go od 4 klasy podstawówki, ale ona cały czas potrafiła zażyć mnie pytaniem w stylu ''a co to znaczy "to do''?". Wiedzieliśmy, że będziemy zdawać angielski na maturze, dlatego przez 3 lata męczyła mnie ciągle pytaniami, czy jak na maturze pisemnej usiądziemy obok siebie, to dam jej ściągać. Zawsze zbywałem ją przyrzekając, że tak będzie, bo po cichu wiedziałem, że szansa na to, że na wielkiej sali gimnastycznej z całym naszym rokiem usiądzie właśnie obok mnie była minimalna. Nie umiałem i nienawidziłem ściągać i dawać ściągać innym.
Podzielili nas jednak na małe grupki piszące w klasach, po 15 osób, alfabetycznie. Jej nazwisko było literkę niżej niż moje i po losowaniu usadzili nas na samym końcu sali: ja w środkowym rzędzie, mając za plecami nauczyciela-kontrolera z innego miasta, ona przy ścianie, mając za sobą tylko kumpla o ksywie ''Matoł''. Wiedziałem, że będzie ciężko i jak rozpęta się ściąganie, mogą nam nawet anulować egzamin. Kumpela oczywiście nie zawiodła. Choć przez 3 lata jeździła do innego miasta na korepetycje do jakiejś doktorantki i wiedziała jak jest wakacyjny, wiejski domek kryty strzechą, zapytała się mnie w trakcie pisania listu jak to jest ''samolot''. W największym stresie starałem się jej przeliterować poprawnie ''airplane'', czując na plecach oddech egzaminatora, żeby tylko zadośćuczynić swojej obietnicy. Zniszczyła mnie jednak, gdy po 8 latach nauki tego języka zapytała się mnie, jak jest "angielski" po angielsku...
Dałem jej zerżnąć wszystkie moje odpowiedzi testowe, robiliśmy prawdziwe akrobacje, żeby to mogło się udać, kontroler udawał na szczęście głupiego, choć nasi nauczyciele patrzyli na to ze zgrozą. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że pod koniec egzaminu zajrzałem w odpowiedzi kujonki siedzącej przede mną i były kompletnie inne niż moje. Zrozumiałem, że podmienili grupy i że moja kumpela jest absolutnie usmażona. Byłem już jednak tak zmęczony i zestresowany, że nic jej nie powiedziałem i do samego dnia ogłoszenia wyników uśmiechałem się do niej i klepałem ją po pleckach. Oblała sromotnie i do tej pory widzę ją, jak płacze na trawniku liceum, jak osierocona małpka na deszczu.
Co ciekawe, Matoł, który siedział za nią i też nie umiał nawet odmienić ''be'' przez osoby, zerżnął od niej wszystko i zdał, bo jakimś cudem jego grupa pokrywała się z moją.
Wczoraj mój chłopak zrobił mi awanturę o fakt, że... przepychałam nasze auto i przez to "robiłam z siebie pośmiewisko".
Mamy starsze już auto, któremu czasem coś walnie - tym razem padło chyba na czujnik położenia wału, bo po przekręceniu kluczyka autko milczało. Wiedząc, że w takich sytuacjach należy nieco przesunąć pojazd (żeby czujnik zaskoczył), pozwoliłam autu trochę się stoczyć w tył, jednak nic to nie dało. Chcąc powtórzyć proces, wyszłam z auta i zaczęłam spychać je na poprzednią pozycję, co zobaczył przypadkowy przechodzień, który po opisaniu przeze mnie problemu "pobujał" autem, które zapaliło. Podziękowałam, pojechałam do domu i tu historia mogłaby się skończyć, ale kiedy opisałam ją chłopakowi jako zabawna przygodę, ten oburzył się i stwierdził, że to było z mojej strony "nieeleganckie" i "żałosne" i w takich sytuacjach mam dzwonić po niego albo po lawetę, bo "kobieta pchająca auto jest idiotycznym widokiem, który świadczy o nieporadności i robi z niego (jako mojego partnera) frajera". Próbowałam wyjaśnić, że sytuacja miała miejsce pod myjnią i gdybym zadzwoniła po lawetę, zablokowałabym myjnię na przynajmniej pół godziny, poza tym nie byłam wtedy w szpileczkach i sukience, tylko dresowej bluzie, trampkach i jeansach, ale dla mojego chłopaka to dalej był wstyd i hańba. Twierdził, że gdyby widział to jakikolwiek mężczyzna z mojej rodziny, powiedziałby mi dokładnie to samo, bo każdy facet czułby się zażenowany takim widokiem.
Panowie, wy serio gardzicie dziewczynami, które wykonują jakieś prace fizyczne publicznie, w dodatku w chwilach, kiedy po prostu jest to najbardziej opłacalne rozwiązanie?
Przez kilka lat codziennie zaglądałem na Anonimowe, i oto przyszedł czas i na moje wyznanie. W pełni anonimowe, bo boję się komukolwiek o tym powiedzieć. Muszę to z siebie wyrzucić.
Właśnie się dowiedziałem, że trafiłem szóstkę w lotto. Jednocześnie nosi mnie z radości tak, że ledwo wytrzymuję i boję się, co będzie dalej. Do tej pory utrzymuję bezrobotną dziewczynę i spłacam kredyt bezrobotnego ojca. Mam pracę, której nienawidzę, ale przynajmniej zapewniłaby dobre życie jednej osobie, ale dla trzech osób wystarcza tylko na podstawowe potrzeby. Dziewczyna spaceruje po lesie i robi kwiatkom zdjęcia na insta, ojciec gra z kolegami, a ja haruję, sprzątam i śpię.
Od jakiegoś czasu mam myśli samobójcze, czuję się jak ich niewolnik. Od dawna zamierzałem przestać to robić, ale, o ironio, nie miałem na to pieniędzy. Chciałem wynająć sam mieszkanie i zostawić ich z tym wszystkim, ale utrzymywałem ich i nie miałem jak odłożyć na kaucję. A teraz? Jak się dowiedzą o wygranej, wyciągną ręce po pieniądze. Będę słyszał od wszystkich wokół, że poprzewracało mi się w głowie, że zostawiłem ich z pazerności. Że mam się z nimi dzielić. Ale ja mam dość, zrobię to, o czym marzyłem. Zostawię im trochę zapasu, kupię sobie mieszkanie i niech sobie radzą. Mieszkamy w jednym z największych polskich miast. Skoro ja mogłem zarobić na naszą trójkę, dlaczego oni mieliby nie zarobić na siebie samych? Wszyscy jesteśmy dorośli. Jeśli dziewczyna znajdzie pracę, chętnie do niej wrócę, ale wiem, że jeśli tego teraz nie zrobię, wszystko zostanie już na zawsze takie samo.
Na początku pisania tego wyznania nie mogłem usiedzieć w miejscu z radości na myśl o tym, jak wszystko się zmieni, ale kiedy je kończę, jestem przerażony. Chociaż wiem co robić. Kupię mieszkanie, rzucę pracę i pójdę na wymarzone studia, bo przez sytuację życiową nie miałem na to czasu i pieniędzy. Trzymajcie za mnie kciuki, Anonimowi, wyczołgam się z tego bagna.
Moja mama jest przedszkolanką. Był u niej taki zwyczaj, że raz na jakiś czas zapraszało się rodziców przedszkolaków, aby sami zobaczyli jak ich dzieci spędzają czas w przedszkolu, czego się nauczyły itp.
Pech chciał, że pewnego razu moja mama zapytała dzieci, jakich piosenek się nauczyły.
Oczywiście wszystkie dzieci śpiewały piosenki typu "Wlazł kotek na płotek", "Ogórek, ogórek" itd. Ale jeden cwańszy przedszkolak postanowił, że zaprezentuje swoją własną piosenkę. Gdy zapanowała cisza i wszystkie oczy zwróciły się na niego, to zaczął śpiewać to: "Bum bum bum kupiłem w sklepie kilo gum, hej mała, podnieś kiecę, to cię przelecę!". Mina matki chłopca i wszystkich dookoła, w tym mojej mamy, były bezcenne.
Brałam prysznic, kiedy usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Myśląc, że to mój narzeczony, krzyknęłam „Kochanie, chodź do mnie na spontaniczną, prysznicową miłość”. Nie przyszedł, więc skończyłam się myć. Kiedy wyszłam z łazienki zorientowałam się, że ktoś ukradł mi telewizor, laptopa, wieżę i konsolę. Nie to mnie jednak najbardziej ubodło. Do dziś czuję głębokie zażenowanie, że zaproponowałam seks złodziejowi, który plądrował moje mieszkanie...
Z moją dziewczyną często prowadzimy długie rozmowy przez telefon. Wczoraj jak zadzwoniła późnym wieczorem, to byłem bardzo zmęczony. Tak wyszło, że po mniej więcej dwudziestu minutach rozmowy zasnąłem. Najciekawsze jest to, że jak się ocknąłem kilkanaście minut później, to ona wciąż mówiła i nawet nie zauważyła, że coś nie gra.
Podstawówka, ok. 15 lat temu. W klasie należałam do grupy tzw. loserów, która odwiecznie walczyła z grupą "lepszych i mądrzejszych". Z tym, że ja nie miałam problemów w nauce, jak reszta mojej "kasty".
Zdarzyło mi się nie być w szkole jeden dzień. Akurat zaczynaliśmy nowy dział na jednym z przedmiotów i akurat podczas mojej nieobecności nauczyciel zapowiedział krótką kartkóweczkę z tej jednej lekcji. "Nadludzie" postanowili wykorzystać ten fakt i wykuć się na blachę, czego ja nie mogłam zrobić, ponieważ o kartkóweczce nie wiedziałam.
Nadszedł dzień następny. Przyszłam do szkoły. Pierwsza lekcja. Słyszę od jednej z celebrytek "Proszę pana, miała być dziś kartkówka". Myślę oszzz kurde, co? Nauczyciel się broni, że on tylko tak powiedział, że mu się nie chce. Ale tamte dawaj, piszemy i już! No to piszemy... Trzy pytania, dwa z lekcji, jedno z pracy domowej. Myślę: "no f*cking way, będzie kosa", a co za tym idzie mała bitwa przegrana z najpiękniejszymi i najmądrzejszymi. Siedzę. Nie piszę, bo nic nie wiem.
Siedzę w pierwszej ławce, naprzeciwko nauczyciela. I to mnie zbawiło, bo nagle widzę hyc! Przed moim nosem, na biurku nauczyciela ląduje zeszyt jednej lalki z piękniusimi notatkami z lekcji. Cóż mogłam zrobić... Wykorzystałam ten dar niebios, przepisując dokładnie wszystkie potrzebne mi informacje. Ale co z pytaniem z pracy domowej? No nic, kołka nie dostanę, coś tam mam... Znów siedzę bezczynnie, aż tu nagle łup! Nauczyciel przekręca kartkę w zeszycie i moim oczom ukazuje się pięknie odrobiona praca domowa. OK, jest dobrze, przepisałam i to i tym sposobem oddałam kartkę z kompletnymi odpowiedziami na zadane pytania.
Po lekcji słyszę pytanie: "jak ci poszło", odpowiadam, że OK, na co oburzenie: "jak to, przecież nie wiedziałaś o kartkówce?!". Odpowiadam, że nie, ale poradziłam sobie inaczej. Co miałam ukrywać, przecież i tak wyszłoby przy ocenach. Przyznałam się do mojego postępku.
Następna lekcja felernego przedmiotu. Oddanie kartkówek. Jedna piątka, żadnej czwórki, same tróje i poniżej. Piątka moja :) Słyszę szmery za plecami. Po lekcji delegacja leci jak na skrzydłach do nauczyciela. Na pół korytarza krzyczą, że ściągałam, dostałam 5 za spisanie z zeszytu! Myślę no ładnie, leże i kwiczę, będzie kosa i opier... Może nawet o rodziców zahaczy...
Następna lekcja z tymże nauczycielem. Początek: pogadanka o wynikach kartkówki. Siedzę i szykuję się na "tureckie kazanie", ale zamiast tego słyszę tyradę o tym, że tak się nie robi, nie wolno skarżyć, poza tym same chciały kartkówkę, a nie były przygotowane i później mają pretensje, że ktoś poradził sobie lepiej. Miód na moje skołatane nerwy... A satysfakcja do tej pory!
Może zacznę od tego, że miałam problem z zaakceptowaniem swojego ciała oraz jestem bardzo nieśmiałą osobą. Nie chciałam nawet patrzeć w lustro, korzystanie z niego ograniczyłam do kompletnego minimum, nigdy wcześniej celowo nie oglądałam się od szyi w dół, nawet w ubraniach. Uważałam, że jestem brzydka i taka moja natura. Zbytnio nie użalałam się nad sobą, przyjęłam taki stan rzeczy. W szafie miałam tylko i wyłącznie jeansy(i to takie, które nie podkreślały kształtów), t-shirty i bluzy. Próbowałam się jakoś do siebie przekonać, ubierać w sukienki itp., ale nie za bardzo mi się to udawało. Myślałam, że tak musi być i chowałam się po kątach pod toną ubrań, nawet w lecie.
Odkąd pamiętam traktowałam swoje stopy jako najgorszą część ciała. Nie podobały mi się i nie chciałam na nie patrzeć. Mimo dokładnego mycia wydawały mi się wciąż brudne i unikałam dotykania ich w ciągu dnia, chodziłam tylko w skarpetkach, nie miałam nawet sandałów czy innych tego typu butów, aby uniknąć odkrywania ich. Myślę, że to spowodowało u mnie obrzydzenie do fetyszystów stóp. Nie rozumiałam ich, ale też traktowałam takie osoby neutralnie. Taką mają naturę i nic się z tym nie zrobi. Tak jak ja ich nienawidzę, tak oni je uwielbiają.
W końcu poznałam świetnego chłopaka. Dobrze się dogadywaliśmy, mogliśmy rozmawiać godzinami. Traf chciał, że jego największym fetyszem są właśnie stopy... Początkowo mnie to brzydziło, ale nie chciałam przez to zrywać z nim kontaktu. Coś podkusiło mnie, abym wysłała mu fotkę gołych stóp, nie wiem nawet co. Bardzo mu się spodobały, a ja przy tym miałam świetną frajdę. Od tego jednego zdjęcia wszystko się zaczęło. Jesteśmy teraz razem, dzięki niemu zaakceptowałam stopy, jak i całe swoje ciało, nie brzydzę się ich, uwielbiam robić mu nimi dobrze i jak podnieca się patrząc na nie, a lizanie i pieszczenie stóp sprawia mi większą przyjemność niż innych, bardziej intymnych miejsc. Dodatkowo lubi moją największą zmorę - okropną bliznę na brzuchu. Zrobił z niej sobie "drogowskaz" i wie po ciemku ile jeszcze zostało do rzeczy, które go interesują. Raz też posłużyła za miejsce na wiecie co i było przy tym dużo śmiechu, bo trafić w nią nie było tak wcale łatwo. Szczególnie gdy musiał prać postrzeloną firankę :D
Do zaakceptowania siebie, zrozumienia, że ja też mogę być piękna i porzucenia ubrań, pod którymi się ukrywałam, nie był mi potrzebny żaden psycholog ani kosztowna terapia. Wystarczyło poznać odpowiednią osobę, która pokazała, że największa wada może być zaletą. Jestem mu bardzo wdzięczna za to i mam nadzieję, że inni też trafią na te właściwe osoby :)
Gruba, śmierdząca papierosami baba o wyjątkowo podłym charakterze. Miała swój kiosk na naszym osiedlu. Nigdy nie odpowiadała na „Dzień dobry”, a szczytem jej uprzejmości było warknięcie „Czego?” do klienta. Gdy byliśmy dzieciakami, „baba z kiosku” była dla nas takim połączeniem wrednej woźnej i ostatniego bossa z gry na Commodore. Nikt z nas jej nie lubił i zawsze szukaliśmy sposobu, aby okazać jej naszą pogardę.
Pewnego dnia zauważyliśmy, że w ofercie jej „kramu” pojawiły się małe kłódeczki. W naszych gówniarskich głowach narodził się złowrogi plan.
„Czy mogę zobaczyć tę kłódkę?” - zapytał kolega. Baba obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem, ale i mrucząc coś pod nosem rzuciła mu przed nos pudełko. Chłopiec ostrożnie je otworzył i wyjął produkt. Przekręcił kluczyk. „Działa...” - mruknął. „Bierzesz czy nie?” - warknęło babsko. Kolega życzliwie uśmiechnął się do sklepikarki, a następnie szybko doskoczył w stronę drzwi kiosku i założył kłódkę na skoblu.
Uwięziona w pomieszczeniu o wielkości 4 metrów kwadratowych kobieta wyryczała litanię najbardziej obelżywych przekleństw, od których niejednemu, językowemu puryście zwiędłyby uszy. „A kluczyk leży o tam. W tamtej studzience” - dodał mój kompan, rzucając metalowy przedmiot wprost do kratki kanalizacyjnej.
Pamiętam, że babsko siedziało w tym kiosku dobre dwie godziny, zanim któryś z klientów ulitował się nad nią i przyszedł z brzeszczotem uwolnić ją z pułapki. Potem musieliśmy omijać tę budę szerokim łukiem, aby naszej ofierze nie przyszło do głowy mścić się za nasz głupi żart.
Jestem potworem. A przynajmniej kandydatem na potwora. A jednocześnie rozumnym człowiekiem, który gardzi tą potwornością. O co chodzi? O dzieci. Młode dziewczyny, 12-, 15-letnie. Takie, które dopiero zaczynają dojrzewać. Wzbudzają we mnie pożądanie. Na szczęście nigdy żadnej nie tknąłem, potrafię bez większych problemów nad tym panować, jedynie wzrok mi do nich ucieka... Ale boję się. Boję się, że kiedyś będę miał córkę i nad sobą nie zapanuję. Boję się, że może kiedyś sąsiedzi będą mieć córkę w tym wieku. Boję się, że kiedyś ktoś tak młody mi zaufa w niewłaściwym momencie, a ja okażę słabość.
Nie chcę stać się tym potworem do cna. Nie chcę porady. Nie żalę się. Chcę, żebyście mieli świadomość tego, że bycie pedofilem walczącym z samym sobą nie jest łatwe. I że tacy ludzie po prostu istnieją.
Dodaj anonimowe wyznanie