Przeczytałam ostatnio wyznanie, gdzie pani była zszokowana, jak to ludzie mogą być niezadowoleni z kwarantanny. Ano mogą i już piszę dlaczego.
Na co dzień studiuję w innym mieście, jednocześnie pracuję i sama opłacam wynajętą kawalerkę. Kiedy zaczęła się pandemia, pracę straciłam raz dwa, więc zostałam zmuszona do rezygnacji z mieszkania w mieście studenckim i powrotu do domu rodzinnego (studia są prowadzone zdalnie, więc nie ma problemu z odległością). I tak zaczął się koszmar. Mamy małe mieszkanie, mieszkam w jednym pokoju z 13-letnim bratem. Z tego powodu, nie mam ani chwili dla siebie, żeby pobyć sama, odetchnąć, porozmawiać przez telefon bez podsłuchiwania. Z nauką jest jeszcze większy problem.
Brat gra na komputerze, oczywiście bez słuchawek, słucha muzyki w ten sam sposób, a na wszelkie prośby o uciszenie, rodzice odpowiadają, że to przecież nasz wspólny pokój. Brat ma obowiązek położyć się spać o 22, co za tym idzie ja też. W wieku 22 lat nie mogę nawet zapalić lampki nocnej, nie mówiąc o innych czynnościach. Wszyscy w domu wstają około 6 rano, mimo że często cierpię na bezsenność, nie mogę doprosić się o możliwość pospania dłużej - 6 to idealna pora na wstanie. O drzemce mogę zapomnieć, powody takie same jak przy nauce. Podobnych sytuacji w ciągu dnia jest multum, nie ma co dalej wymieniać. Podsumowując - zero dowolności w robieniu czegokolwiek, zero prywatności i bardzo utrudnione podstawowe czynności, jak nauka czy rozmowa przez telefon. Tak więc owszem, można nie lubić kwarantanny.
Od paru miesięcy męczą mnie okropne migreny, powtarzające się cyklicznie co około 2 tygodnie i trwające kilka dni. Tak silne, że nie dają mi żyć. Jak już złapie mnie ból głowy to mam jeszcze przy tym mdłości i zdarza się, że czasem zwymiotuję.
Zaczęłam sobie notować dni występowania migren i wyszło, że są to dni przed okresem (około 3-4 dni) oraz dni płodne (około 2-3 dni migren). Wygląda tak jakby w tym czasie wariowały mi hormony i stąd te bóle głowy. Jak tylko odkryłam tą zależność, zapisałam się do ginekologa i czekam na termin (wydaje mi się, że do tego lekarza powinnam z tym iść).
Ale nie w tym rzecz. Na czas kiedy łapie mnie tak silna migrena muszę czasami brać wolne z pracy, bo żadne leki przeciwbólowe nie pomagają, albo jak pomagają to dopiero po kilku godzinach i to nigdy nie jest tak, że przestanie mnie głowa boleć całkowicie, tylko ból się trochę zmniejsza, ale zanim to nastąpi, to po prostu czuję się jakbym miała zaraz umrzeć i ledwie mogę podnieść się z łóżka. Przesypiam cały dzień, a jak się budzę, to wyję z bólu i nie rozstaję się z miską w razie jakbym musiała zwymiotować. Do tego jeszcze dochodzi światłowstręt i wrażliwość na dźwięki. Najgorsze jest to, że nikt w pracy tego nie rozumie i potrafią mi rzucić komentarzem typu "co, znowu cię główka bolała? Fajne masz wymówki." Nikt nie rozumie, że to nie jest wymówka i jak mnie dopadnie migrena to jestem całkowicie wyłączona z życia i nawet pójście do łazienki na siku to dla mnie wielkie wyzwanie.
Ostatnio jedna dziewczyna zamówiła u mnie portret, obiecałam, że w weekend go zrobię jak będę miała wolne. Niestety cały weekend umierałam od migreny, żadne tabletki nie pomogły i nie zrobiłam zamówienia. Powiedziałam o tym klientce i liczyłam na wyrozumiałość. Niestety, ona też stwierdziła że to tylko wymówka i poszuka kogoś innego.
Pójdę do lekarza i mam nadzieję że coś na to zaradzi, bo jak nie, to boję się, że stracę pracę.
Trzymajcie proszę kciuki żeby mi się udało z tym coś zrobić.
Mam 37 lat, z powodu koronawirusa straciłam pracę, tydzień później dowiedziałam się że moja mama wplątała mnie w długi na 40 000, dzięki temu mam komornika. Nie wspomnę już o tym, że tkwię w związku bez kompletnej przyszłości z facetem, dla którego najważniejsze są gry komputerowe i mecze. Czuję taką beznadzieję w sobie, że już nawet nie mam siły już płakać. Czuję się jak największy przegryw życiowy.
Mieszkam w Hiszpanii od 7 lat. Mam już dość.
Jako Polka nie mam tutaj spokoju. Gdy miejscowi dowiadują się skąd pochodzę, notorycznie otrzymuję od nich zaproszenia "na kawę" lub prosto z mostu propozycje seksualne. Nie pomagają kolejne odmowy, nie pomagają tłumaczenia, że mam chłopaka i nigdy go nie zdradzę (Polak, poznałam go w Barcelonie). Faceci tutaj są strasznie nachalni i promiskuitycznie nastawieni - bardzo niewielu jest wiernych swoim dziewczynom. Mam dosyć ich obrzydliwych, napalonych spojrzeń gdy mijają mnie na ulicy. Mam dosyć gwizdów za plecami i trąbienia na mnie. Oni nie przepuszczą żadnej dziewczynie.
Prawie każdy, z którym rozmawiałam na te tematy stracił dziewictwo z prostytutką. Czytałam gdzieś artykuł, że hiszpański rynek prostytucji jest największym na świecie po Chinach i generuje ponad 25 miliardów dolarów każdego roku. Hiszpanie rozmawiają o tym bez jakiegokolwiek zażenowania. Powszechne jest u nich także sypianie bez prezerwatywy ("bo nic w niej nie czuję"), o czym boleśnie przekonała się znajoma Hiszpanka, której chłopak przespał się z Angielką bez zabezpieczenia.
Ich podejście do Polek to temat na książkę. Jako, że bardzo dobrze znam język, wielokrotnie miałam nieprzyjemność słyszeć komentarze na temat naszych dziewczyn.
Rozczaruję was - nie, nie komplementują naszej urody. Mają do nas pogardliwe nastawienie. Wielokrotnie słyszałam od Hiszpanów, którzy byli w Polsce określenia typu "jednorazówki" (czyli dziewczyny "na jeden raz"), "dziewczyny na jedną randkę" ("bo u was to dają na pierwszej randce"), szydzą z naiwności i "łatwości" Polek. Wyśmiewają entuzjastyczne reakcje dziewczyn na wieść, z jakiego kraju przyjechali do Polski. Mam też kilka znajomych Polek, które z nimi się związały. To, jak oni bezczelnie w ich obecności wywlekali ich łóżkowe sprawy, żeby pochwalić się kolegom po prostu mnie brzydzi. Dziewczyny nie znając języka tylko się uśmiechały, nie mając pojęcia, co się mówi na ich temat. Do tego z pięciu co najmniej cztery zostały zdradzone po niedługim czasie związku...
Nie wylewam jadu, tylko mówię, jak jest. Mam naprawdę dość Hiszpanii pomimo tego, że to piękny kraj. Na kwarantannie, gdy mogłam wreszcie odetchnąć od tych zachowań zrozumiałam, jak bardzo jestem tym zmęczona. Myślę już o powrocie z chłopakiem do Polski.
Dziewczyny, nie warto, naprawdę...
Moja pierwsza miłość była koszmarną pomyłką. Poznałam M. kiedy miałam 16 lat, od razu zaiskrzyło. Pogodny, wygadany, zawsze miał dla mnie czas, umiał mnie zaskoczyć i był bardzo przystojny.
Chodziliśmy na długie spacery, zwiedzaliśmy razem bunkry, pobliskie lasy, stawki, chodziliśmy nad rzekę i uwielbiałam to. Cudownie całował, a kiedy przytulał, czułam się mała i bezpieczna. Do czasu.
Pierwszy raz podniósł na mnie rękę jakoś po pięciu miesiącach. Potem obrywałam regularnie. Paskiem do spodni, albo wykręcał mi ręce, popychał, raz się do mnie dobierał, a ja uciekałam przed nim przez pole. Rodzicom mówiłam, że się przewróciłam na spacerze. Dlaczego? Dziś już tego nie rozumiem. Manipulował mną jak chciał. Aż pewnego dnia pobił mnie bardziej niż zwykle. Dusił o pobliskie drzewo, wykręcał ręce, przyciskał nadgarstki do kory, kalecząc mi je. Krzyczałam że strachu i to go przepłoszyło. Potem rozmawiałam z nim raz. Żeby mu powiedzieć, że go nienawidzę i ma na zawsze zniknąć z mojego życia.
Anonimowe? Jak najbardziej. Nie byliśmy oficjalnie parą. Tylko parę razy ktoś widział nas razem na spacerze. Nikt nie wie, że coś między nami było, co się stało potem, od siedmiu lat udajemy, że się nie znamy.
Nie wiem, czy to dobrze, bo w zeszłym roku się ożenił.
Ostatnio przypomniała mi się pewna sytuacja z liceum, która skłoniła mnie do przemyśleń - wiele lat temu pomagałam w przygotowaniach do szkolnego spektaklu, rozstawianie krzeseł, malunki, itp. Zostawiłam na jednym z krzeseł kilka makiet. Po jakimś czasie, gdy chciałam je wziąć okazało się, że na krześle tym siedzi jakiś chłopak, a dookoła jego kumple. Podeszłam i zapytałam, czy mógłby wstać, bo chciałabym wziąć te rzeczy, na co ten mi coś odburknął, przedrzeźniając moją prośbę i zaczęli rechotać ze mnie całą grupką.
Zrezygnowana poszłam po koleżankę i poprosiłam o pomoc w odzyskaniu makiet. Ta podeszła do nich, prosząc o to samo, a ci natychmiast wstali i podali jej rzeczy, o które ja wcześniej prosiłam, przepraszając za problem. Skąd ta różnica w reakcji? Pewnie stąd, że w czasach liceum byłam brzydkim kaczątkiem: spora nadwaga, pucołowata twarz, a koleżanka, którą poprosiłam o pomoc była bardzo ładna, dzięki czemu cieszyła się szacunkiem wśród chłopaków, którzy często sami oferowali jej pomoc w różnych sprawach. Takich sytuacji było wiele więcej, ale zdecydowałam się opisać tylko tę. Przykre, jak wygląd determinuje nasze życie.
Mam pewien nawyk, który mi osobiście wydaje się świetny.
Zawsze zostawiam napiwek, zwykle jest to 10% rachunku, chyba że jest bardzo niska kwota, to wtedy dorzucam parę groszy.
Warunek jest taki, że nigdy napiwek nie jest w tej samej walucie co rachunek.
Idę do knajpy w Niemczech, zostawiam złotówki, w Polsce zostawiam Euro, Funty, a czasem nawet jakieś egzotyczne waluty, które trafiają się w kantorach. Podsumowując - przeciętny kelner czy kelnerka nie mają pojęcia ile tak naprawdę im zostawiam (chyba, ze akurat znają dobrze kursy).
Taka mała dziwaczność ;)
Jestem homoseksualistą - jest to ważne, a nawet kluczowe w mojej historii. Zostałem zgwałcony przez mężczyznę. Długo się zastanawiałem czy powiedzieć matce, bo od kiedy dowiedziała się o mojej orientacji, to stała się zimna i nie lubi ze mną rozmawiać. Jednak postanowiłem się otworzyć.
Moja kochana matka powiedziała, że skoro jestem gejuchem, to jak facet mógł mnie niby zgwałcić i żebym nie wymyślał wymówek dla swojej pederastii.
Nawet nie wiem co powiedzieć, jestem załamany.
Jak byłam dzieckiem to rodzice zawsze obiecywali mi szczeniaczka. Mówili o tym, bardzo się cieszyłam i nie mogłam się doczekać. Potem temat milkł i wracał za kilka miesięcy, szczeniaczek! Och, jak się cieszyłam. Ale nie teraz, jesteś za mała, nim trzeba się zajmować, znudzi ci się - porozmawiamy jak będziesz starsza. Czasami też pojawiał się jako argument dla dziecka (miałam wtedy może z 6-9 lat) aby coś zrobić/ jakoś postąpić.
Pewnego razu tata na komputerze pokazywał mi już zdjęcia konkretnych szczeniaczków, myślę, w końcu nareszcie! Wybraliśmy nawet wspólnie. Każdego następnego dnia oczekiwałam na tą upragnioną od lat niespodziankę. Jak już się pewnie domyślasz, szczeniaczka kreda nigdy nie miałam. Długo mi było przykro, dopytywałam o tego wybranego malca, ale powodów nigdy nie usłyszała. Wiele wiele lat później jak wyprowadziłam się z domu do mieszkania w bloku, co zrobiła mama, która mieszkała wtedy z siostrą? Kupiła szczeniaczka, mała puchatą kuleczkę. Co powiedziała jak pierwszy raz go zobaczyłam? Kupiłyśmy go w zastępstwie za ciebie, bo się wyprowadziłaś. Serio kreda? Teraz nienawidzę piernikowych szczeniaczków i psów. I jestem uczulona na wodzenie mnie za nos, co właśnie robi mój facet odwołując 3 spotkanie pod rząd. Stąd taka dygresja.
I jak tu być dobrą kobietą? Tak rozmawiałam z nim o tym, że mi się takie coś nie podoba za pierwszym razem, ale kocham tego wariata.
Moi rodzice to typowa klasa robotnicza. Po latach dochrapali się domu na obrzeżach, ale mają kredyt na 30 lat.
Zawsze chcieli, żebym znalazła pracę i miała normalne życie. Niby spoko, ale marzyło mi się "coś więcej". Nie chciałam brać kredytu na 50 lat, wegetować w m2 z trójką dzieci i mężem. Kręcili nosem, powtarzając, że pieniądze nie są do szczęścia potrzebne.
Gdy miałam 22 lata, trafiła się okazja wyjazdu do Niemiec na zbiory. Koleżanka jeździła co roku i załatwiła mi miejsce. Rzuciłam pracę w kebabie i pojechałam.
Praca była bardzo ciężka. Zwłaszcza ogórki źle wspominam, bo jeździło się tzw. "samolotem" i zbierało głową w dół. Pracowałam od wiosny do jesieni. Trochę kasy udało mi się uzbierać i po sezonie starczyło na wynajęcie kawalerki. Załatwiłam sobie pracę przy produkcji konfitur (ta sama firma) i tak z sezonowego wyjazdu zrobiło się kilka lat.
Historia jakich wiele, prawda?
No więc po jakoś 2 latach rodzice zapytali nieśmiało, czy dorzuciłabym się do remontu dachu. Wiedziałam, że im ciężko z tym kredytem, zgodziłam się więc. Zatrudnili "fachowca" kolegę taty, bo był tani. Dzięki temu starczyło na odmalowanie z zewnątrz domu. Niestety dach przeciekał dalej.
Z rok później tata miał operację na kolano. Opłaciłam mu rehabilitację, ale po 3 wizytach zrezygnował, bo kasa była potrzebna na piec.
Takich sytuacji było więcej, ale dla mnie te 200-300€ nie było ogromną sumą, więc pomagałam. W końcu zaczęłam im wysyłać po 100€ miesięcznie.
Przyszedł rok 2017. Złamałam nogę i tymczasowo straciłam pracę. Musiałam trochę oszczędzać, więc poza tą kwotą nie mogłam nic więcej.
8-9 miesięcy dochodziłam do siebie. Niby kasę jakąś dostawałam z bezrobocia, ale sami wiecie, oszczędności były mi potrzebne.
Zadzwonił tata, że wypatrzył samochód w salonie i czy mogłabym pożyczyć 60 tys, bo tyle im brakuje (auto było po 90). Nie mogłam, bo ledwie chodziłam i miałam może tyle całych oszczędności. Obraził się.
Miałam wtedy inne zmartwienia, nie myślałam o tym.
Z 4 miesiące później odwiedziłam ich w Polsce. Zadzwoniłam, że przyjeżdżam. Na miejscu moje rzeczy stały zapakowane w garażu, nikt nawet nie wyszedł. Nawet kwiatkowi się oberwało. Wynieśli go mimo, że był początek marca. Z przykrością dowiedziałam się od sąsiadki, że całe miasteczko wie, jaka jestem okropna. Jak im dach cieknie, bo nie mieli przeze mnie wystarczająco pieniędzy. Jak nie pożyczyłam kilku stówek na auto i muszą jeździć gratem.
Przepłakałam noc w hotelu i wróciłam do siebie. Kurek zakręciłam, nie dostają już grosza. Kontakt urwałam, mimo iż po "suszy" zadzwoniła mama co tam u mnie. Od przyjaciółki, która dalej przyjeżdża na zbiory wiem, że rozpuszczają ploty, że ich okradłam.
I tylko kur*a tego kwiatka mi żal, bo wyhodowałam go z ziarenka i pielęgnowałam 16 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie