#C58Eg

Historia o tym, jak dupa potrafi oszukać człowieka. Nikt, oprócz mojego chłopaka, nie wie o tej sytuacji.

Było to czwartkowe przedpołudnie. Wybraliśmy się z chłopakiem na zakupy do centrum, w jedną i drugą stronę jechaliśmy autobusem.
Zakupy zrobione, za trzy minuty mamy powrotnego busa. Wtedy jeszcze nic nie przepowiadało tragedii.

Po wejściu do autobusu moje jelita zaczęły niebezpiecznie bulgotać i poczułam ogromną potrzebę zrobienia dwójki. Do domu jeszcze 7 przystanków, więc robię wszystko, żeby o tym nie myśleć. Niestety parcie było coraz większe.

Dojechaliśmy na nasz przystanek, zostały dwa kroki od wejścia do klatki. Biegnę, omijam ludzi z myślą, że za chwilę usiądę na toalecie i moje katusze się zakończą.

Mój mózg nie przewidział jednego - winda i wjazd na 9 piętro. Oczekiwanie dłużyło się, ale w końcu się udało - jedziemy. Myślami byłam już w toalecie, aż tu nagle na 7 piętrze moje jelita nie wytrzymały. Po prostu zesrałam się w spodnie. Mój chłopak patrząc na mnie z politowaniem zdążył powiedzieć "skarbie, jeszcze chwilę" na co ja z płaczem odpowiedziałam "już za późno!"

Nikomu nie życzę zesrać się w spodnie będąc dwie sekundy od domu.
Do tej pory, gdy mój chłopak przypomni sobie tą sytuację śmieje się ze mnie, że jestem "obsrańcem"..

#jK7i6

O wege terrorystach.

Mam padaczkę lekooporną - byłam dzieckiem, napady nasilały się stopniowo, lekarz w małej miejscowości postawił błędną diagnozę. Nie klasyfikowałam się na operację, były to trochę inne czasy i za późno trafiłam do dobrych specjalistów. Moi rodzice nigdy się jednak nie poddali, próbowali wszystkiego, w końcu trafili do specjalisty w stolicy, który nie stwierdził chorób współistniejących (inni tak) i zlecił rygorystyczną dietę do końca życia - ketogeniczną. Polega to na tym, że główny składnik diety to zdrowe tłuszcze (80%), potem białka (15%), węgle na końcu (5%). Zaczęłam żyć „tłuszczowo” od jakiegoś 8 roku życia. Początki były trudne, ale gdy częstotliwość ataków malała, to przekonałam się że warto. Ta dieta nie była jeszcze modna jak teraz, mama spędzała dnie w księgarniach, jeździła do dietetyków, tato szukał zagranicznych pozycji z przepisami a potem płacił za tłumaczenia ich. Ale daliśmy radę. Teraz jest dużo łatwiej, w Internecie roi się od przepisów.

W szkołach większość osób o tym wiedziało, czasem zdarzały mi się ataki podczas lekcji, przyjeżdżała karetka. Żyłam z łatką dziewczyny z padaczką. Poza kilkoma przyjaciółmi jeszcze z 1 klasy, ciężko było mi się z kimś nowym zakumplować, bali się ze mną wyjść, bo jeszcze coś się stanie, bo się przewrócę, to samo zaprosić do domu (tu rodzice robili więcej problemów niż ich dzieciaki oczywiście).

Obecnie żyję normalnie, pilnuję to co jem. Ostatni, słaby atak miałam w 2017 r.
Mięso przy tym jest głównym składnikiem mojej diety. Jem raz, dwa razy dziennie, bo te posiłki są bardzo syte. Na uczelnię biorę jakąś przegryzkę typu orzechy pekan, oliwki, boczek, czy avocado. I nie chciałam nikomu mówić, że choruję, nie chciałam znowu być na uboczu. Więc gdy przyszło do jakiś wyjść do restauracji, mówiłam tylko, że jestem na diecie keto, że to z wyboru. I zaczęło się. Dziewczyny z grupy nazwały mnie „neandertalczykiem”, moją dietę prymitywną. Zaczęły wysyłać mi filmy o złym traktowaniu zwierząt, polecać pseudo naukowe filmy o zaletach bycia weganinem. I o ile myślałam, że jeżeli będę im skrupulatnie odmawiać, tłumaczyć, że nie uważam sera z oleju palmowego czy sojowych parówek za nic zdrowego to dadzą mi spokój. Ale nie. Znowu stałam się jakoś głupio popularna, bo jem tłuste (co nie oznacza tylko mięso - to oliwa, masło, smalec) . Puszczają teksty „nie spróbujesz, to nie wiesz czy Ci nie posmakuje”. A ja od 3 lat nie miałam ataku i nie mam zamiaru jeść w moim mniemaniu przetworzonego syfu (czytał ktoś skład tych wege frykasów...?) Byłaby możliwość bycia na diecie keto i bycia weganinem, ale to i tak teraz wymaga ode mnie sporo wyrzeczeń i pilnowania makro składników każdego posiłku.
Bardzo wkurzają mnie weganie, którzy wszystkich chcą namówić do swojej diety...

#wQBBh

Społeczeństwo źle pojmuje znaczenie słowa "inteligencja".

Bo czymże ona jest? Wiedzą! Tak powie większość ludzie. Inteligentny człowiek posiada wiedzę, zatem ktoś kto jej nie posiada otrzymuje miano głupca, czy częściej używane "idioty".
A co z osobami nie mającymi wiedzy w danej dziedzinie, lecz mającymi mnóstwo zapamiętanych informacji w innych? Niestety też zostaje nazwany idiotą.

Zastanówmy się, obok siebie stoją dwie osoby. Osoba A posiada zaawansowaną wiedzę w dziedzinie mechaniki pojazdów osobowych. Osoba B zna się świetnie na matematyce, fizyce oraz jest oczytany, ale nie zna się na mechanice. Gdy tematem jest właśnie wspomniana wcześniej mechanika, to istnieje prawdopodobieństwo, że przez wzgląd na niewiedzę osoby B, zostanie ona nazwana idiotą/idiotką. Dzieci w szkołach są podobnie traktowane, po czym wielu z nich kończy szkoły z zaniżoną samooceną i problemami.

Inteligencja nie opiera się wyłącznie na posiadanej wiedzy, ale chęci jej zdobycia, nie zaprzeczaniu innym możliwością, nie odpieraniu jej.

Student psychologi może być święcie przekonany, że jest inteligentny gdyż posiada wszystko, czego został nauczony, ale gdy spotyka się z innym profesorem, który mówi o podstawowych błędach, jakich uczy się studentów i zaprzecza im, broniąc swojej wiedzy, bez prób weryfikacji obu zdań, własnego i ów profesora, okazuje się, że nie jest tak inteligentny jak mu się wydaje.

Wszyscy moglibyśmy się od siebie nawzajem czegoś nauczyć, problem w tym, że błędnie uważając siebie za inteligentnych, budujemy mur ochronny wokół naszych informacji. To często spotyka osoby, które poznały informacje tak zwaną przeze mnie "trzecią drogą", czyli prościej "od osób trzecich". Każda informacja, jaką otrzymujemy musi podlec weryfikacji, nie na podstawie jednej wiadomości, z którą się pokryje, ale w oparciu o jak największą ilość z nich, byśmy mogli dojść do racjonalnych i trafnych wniosków.

Gorąco namawiam do powstrzymania swoich zapędów i weryfikacji informacji zanim dojdzie do jakiejkolwiek konfrontacji. W taki sposób wielu z was może wyjść zwycięsko z "debat" jakie panują w mediach społecznościowych, a inni zaś mogą nabyć nowych i kluczowych informacji.

#Rd44Y

Czuję się, jakbym żył w pełnej drobnych, ale irytujących błędów grze. Albo ktoś z zewnątrz mieszał przy rzeczywistości i tylko ja to zauważam.

Każdy, komu powiem o swoim problemie, nawet lekarz (dopiero drugi, do którego poszedłem prywatnie, zgodził się na zlecenie mi badania neurologicznego, ale nic nieprawidłowego nie wykazało), mówi mi, że pewnie jestem nieuważny i zapominalski. Ale ja wiem, że nie jestem. Nie mam też kłopotów z nauką ani koncentracją, nie zapominam o obowiązkach i terminach, co przemawia na moją korzyść. Choć czasami wolałbym być po prostu roztargniony, to byłoby łatwiejsze do zrozumienia i naprawienia.

Tymczasem notorycznie zdarzają mi się sytuacje, teraz praktycznie codziennie, że mylą mi się szczegóły różnych wydarzeń. Staram się to ignorować, bo zazwyczaj nie ma to wielkiego wpływu na moje życie, ale to bardzo dziwne i niepokojące uczucie. To nie tak, że ja nie pamiętam, co się dokładnie stało lub co zrobiłem i potem zgaduję. Ja jestem przekonany, dałbym sobie rękę uciąć, że przebiegały one inaczej, niż się potem okazuje.

Na przykład, jestem pewien, że napisałem do znajomej wiadomość o treści „Cześć, co słychać? Widzimy się jutro?“. Pamiętam to bardzo dobrze, pamiętam proces pisania dokładnie tych słów i potem tekst na ekranie telefonu. A kiedy później dostaję powiadomienie z odpowiedzią, odkrywam, że to jednak było „Hej, jak leci? Spotkanie nadal aktualne?“. Mógłbym to olać, sens jest przecież ten sam, ale to uczucie, jakby coś było bardzo nie tak, a rzeczywistość nie była taka, jaka być powinna, to mnie potem dręczy. Kolejny przykład, jeszcze sprzed kwarantanny. Wchodząc do mieszkania powiedziałem przyjacielowi, z którym je wynajmujemy, że kupiłem naszemu psu Maksowi nowe, zielone szelki, bo poprzednie pogryzł. Za moment sięgam po reklamówkę, patrzę: szelki są ewidentnie szare, nikt by tego nie pomylił, nawet w innym świetle. Przyjaciel kwituje to durnym uśmieszkiem pod tytułem „znowu“, a mnie szlag trafia, bo ten cholerny kolor tak naprawdę nie ma znaczenia, ale ja znowu czuję się, jakby mnie ktoś na chwilę wyrwał ze świata, poprzedstawiał coś i cały uchachany czekał, kiedy się zorientuję. I jeszcze wszyscy dookoła uważają mnie za gamonia, który nie wie, gdzie we własnej kuchni trzyma cukier, a gdzie sól. Czy zamówił kebsa, czy pizzę, KFC czy Maka. Kupiłem masło czy margarynę, chleb czy bułki, mam laptopa z jakim procesorem? Zanim nie sprawdzę i nie zobaczę na własne oczy, nie mam stuprocentowej pewności, a przecież pamiętam.

Widziałem tutaj kiedyś wyznanie dziewczyny, która w zemście uprzykrzała życie swojej siostrze, przestawiała jej rzeczy i tak dalej. Gdyby nie to, że nikomu się nie naraziłem, a takie sytuacje mają miejsce w różnych miejscach i otoczeniu, dałbym głowę, że na mnie też ktoś się uwziął.

#bFIUl

Od dziecka jestem dość androgeniczną osobą, przez co nie zawsze byłam lubiana przez rówieśniczki w szkole. Bo szalona, łobuziara, a przede wszystkim... dziwna. Chłopcy za to traktowali mnie jak kolegę i traktują tak do tej pory.
Mówią mi o rzeczach, których nie potrafiliby powiedzieć innym dziewczynom, traktują mnie jak "kumpla w spódnicy", jak mawiała moja mama.

Z czasem, w czasie dojrzewania, zaczęłam siebie odkrywać, jak i również swoją seksualność. Dowiedziałam się, że interesują mnie tylko androgeniczni mężczyźni, tudzież delikatni, kobiecy. Nie tylko pod względem psychicznym, ale i fizycznym. Do tego nie potrafię sobie wyobrazić, że mój facet ma być ode mnie znacznie wyższy, bo czułabym się przy nim... dziwnie.

Szczerze, przez niepożądane towarzystwo, w którym przebywałam i cyberprzemoc, podjęłam się leczenia u terapeutów. Każdemu z nich mówiłam o tym, jak bardzo chcę znaleźć taką osobę, a widziałam ogromne zdziwienie, czasem komentarze, że jak dziewczyna może chcieć taką "ciotę"...

Miałam doświadczenie z różnymi facetami, ale z takimi bardziej męskimi czułam rywalizację, nie miłość. Mam dziwne pragnienia dominacji, pełnienia typowo męskiej roli w związku. Szczerze, w czasie kwarantanny nie potrafię nie wyobrażać sobie wyimaginowanej osoby, której tak pragnę... Doszło do uzależnienia od samomiłości, dziwnych fetyszów i wysokiego libido. Nie jest mi łatwo. Nie potrafię się skupić, a muszę się uczyć.

Piszę to, bo ogarnia mnie frustracja. Po prostu nie rozumiem, dlaczego ludzie za każdym razem, gdy pytają mnie o moje preferencje, to potem patrzą krzywo albo się śmieją. Nie wiem, skąd to się wzięło. Dużo osób mówi, że "przejdzie", ale minęło już trochę lat, a z roku na rok chcę tego coraz bardziej.
I boję się, że będę cierpieć z tego powodu, bo nie znajdę takiej osoby. Że będę musiała być uległą paniusią w związku, bo sama być nie chcę.

#LVi1g

Paręnaście lat temu walczyłam z otyłością i... anoreksją.
Ale zacznijmy od początku.

W wieku ok. 12 lat ważyłam ok. 70kg.
I skupmy się na razie na tym.
Moi staruszkowie są tymi z rodzaju "przedwojennych", gdzie to lało się dzieci, bo były nieposłuszne. W związku z tym oni wychowywali mnie tak jak oni sami byli wychowywani. Nie mam im tego za złe, przynajmniej miałam wszystkiego pod dostatkiem.
Ale jedna kwestia pozostanie ze mną na zawsze. Zawsze jak nie dojadałam obiadu do końca, to albo mnie lali, albo siedziałam przy stole cała w łzach do północy, albo mnie "karmili", czyli wciskali na siłę widelec z jedzeniem do buzi, i całe moje ubrania były wtedy w jedzeniu.
Już nawet pielęgniarki szkolne zamartwiały się, że strasznie szybko tyję. Po pewnym czasie pielęgniarka zadzwoniła do moich rodziców i powiedziała im, aby pojechali ze mną do lekarza na badania, bo ma podejrzenia tarczycy (chodzi o chorobę).
Oczywiście jak przyjechali po mnie i załadowaliśmy się do samochodu, to wybuchła afera, że ja coś sobie wymyśliłam i nawmawiałam tej pielęgniarce.

Gdy dojechaliśmy do szpitala (bo ostatecznie mama stwierdziła, że pojadą zobaczyć, czy rzeczywiście coś jest nie tak), to musiałam zaliczyć te wszystkie badania kontrolne. I już przy pomiarze wagi i badaniu tętna lekarz zasugerował to samo, więc wypisał nam skierowanie na dokładniejsze badania. Nie jesteśmy zbytnio bogaci i musimy czekać na badania NFZ, więc kolejny problem, bo to wizyta na rano, bo trzeba będzie zwolnić mnie z lekcji i wyrosnę na przygłupa, bo nie chodzę do szkoły. Gdy pojechaliśmy tam, po dokładniejszych analizach i badaniach dowiedzieliśmy się kilku spraw. Pierwsza, to że wcale nie miałam tarczycy, tylko rodzice tuczyli mnie tak, że bardzo mocno rozepchało mi żołądek, co oczywiście nie jest zdrowe. Drugie, to że jeżeli dalej będę tyle jadła, to będę miała problemy z sercem i może dojść nawet do zawału, gdy przejdę z pokoju do pokoju.

Przepisano mi odpowiednie badania oraz wypisano skierowanie do dietetyka, jednak rodzice odmówili badań, "bo oni wiedzą co dla mnie najlepsze".
Jak wracaliśmy do domu, to pojawiły się teksty: "a mówiliśmy ci nie żryj tyle, to co? Doczekałaś się!".
Tyle że ja oprócz obiadów, śniadań, kolacji nic więcej nie jadłam.
Oczywiście ludzie po drodze patrzą i szepczą myśląc, że nie słyszę: "patrz, jaki grubas", "i dlatego nie jemy tyle fast foodów". Wcześniej nie zwracałam na to takiej uwagi, ale teraz?

Po tych wydarzeniach popadłam w paranoję, jadłam zawsze zaledwie kila kanapek i jakieś owoce, przez co trafiłam znowu do szpitala, bo zemdlałam na lekcjach. Teraz jak mam 20 lat i mieszkam bez rodziców, to chodzę cały czas do dietetyka, bo po prostu się boję, oraz psychologa, bo nie potrafię sobie poradzić w życiu. Mam nadzieję, że niewiele osób miało podobny los.

#qMaQU

Takie moje anonimowe dziwactwo, chociaż zastanawiam się, czy ktoś jeszcze tak ma.

Mój mężczyzna jest poważnie chory. Choroba nie jest uleczalna, można z nią żyć, ale utrudnia codzienne czynności. Ma problemy z poruszaniem się i może mu się zrobić słabo z powodu spaceru.

Dlatego jak śpi, a ja akurat się obudzę, to sprawdzam, czy oddycha. Jak w ciągu dnia się zdrzemnę, to też sprawdzam co jakiś czas. Mimo tego, że choroba nie sprawia, że może szybciej umrzeć, to jednak boję się, że może się nie obudzić.

#MebtQ

Kiedy chodziłam do szkoły, lata 90., powszechną praktyką było sadzanie dobrych uczniów ze słabeuszami i zmuszanie tych pierwszych do „douczania” nieuków.
Byłam piątkową uczennicą, najlepszą w klasie. Analogicznie więc trafił mi się najgorszy przypadek. Chłopak, Adaś, był na pograniczu szkoły specjalnej. Zostawałam z nim czasem po lekcjach, dawałam odpisywać zadania – za co mi się obrywało potem, bo przecież miałam mu to wytłumaczyć. Lubiłam go, ale altruizm ma swoje granice. Też chciałam się bawić na przerwie. Niestety, nasza wychowawczyni miała taki system, że jak kazała komuś pomóc i ten ktoś nie umiał dalej, to jego „douczacz” obrywał zachowanie. Do tego było rozliczanie przed klasą z postępów kolegi, typu „patrzcie, jaka z niej koleżanka”. Dzieciaki z natury są mściwe, więc sami wiecie. Problemem jest też to, że taki uczeń bez przerwy trącany, rozpraszany, „dej” odpisać, dej to-tamto, no i sam opuszcza się w nauce. W końcu zaczęłam obrywać tróje, bo nie byłam w stanie nadążać za lekcjami i pisać prawie na dwa zeszyty równocześnie.

Po miesiącu wychowawczyni mściwym tonem oświadczyła, że kto z kim przestaje, takim się staje, i wpisała mi dwóję. Nie pożałowała sobie również komentarzy, że opuściłam się w nauce, nie zdam do następnej klasy, że jestem leniwa i głupia. Powiedziała, że oficjalnie jestem teraz najgorsza w klasie. Dla 8-latki to jak wyrok śmierci. Ryczałam w domu całe popołudnie, bo przyznałam się do pały, ale nie powiedziałam mamie, że to przez to, że muszę ciągle tłumaczyć Adasiowi. Mama też na mnie nakrzyczała.

Kolejne złe oceny zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. W szkole wyzwiska, w domu opiernicz. I tak kolejny miesiąc. W klasie nikt się do mnie nie odzywał, bo gnębione przez nauczycieli dzieciaki nie są lubiane.


I tu stała się rzecz – dla mnie – najlepsza w życiu. Adaś złamał obie ręce i miał mieć nauczanie indywidualne. Nie było go w szkole, miałam spokój i wreszcie mogłam się normalnie uczyć.


Jako że Adaś mieszkał niedaleko, po miesiącu nauczycielka kazała mi uczyć go po lekcjach w domu. Sprzeciwiłam się, bo rodzice nie pozwalali mi samej chodzić po mieście i bałam się iść tam sama. Wpisała mi uwagę i zadzwoniła po mamę.
I tu popełniła błąd, bo sprawa się rypła. Powiedziała mamie, że kazała mi pomagać kalekiemu koledze, a ja się tak karygodnie zachowałam. Opowiadała, że mu dokuczam itp. Koniec końców cała sprawa wyszła na jaw. Mamę zagotowało. Nigdy przed i po nie zrobiła nikomu takiej awantury. Również kilka osób z klasy potwierdziło, że Adaś ciągle coś ode mnie chciał i że w sumie wszystkim ulżyło jak go nie ma. Był skandal na pół szkoły, zmieniono nam wychowawcę.
A mama zabrała mnie na największe w życiu lody i przeprosiła za to, że nie wspierała mnie od początku :)

#eqXRt

Historia miała miejsce 20 lat temu.
Poszłam do zerówki. Razem z nami do klasy dołączyła dziewczynka, Marysia.
Marysia była owocem jednorazowego wyskoku dwojga absolwentów Szkoły Specjalnej. Rodzice upośledzeni, również i dziewczynka była opóźniona, ledwie rozumiała proste polecenia. Jedną nogę miała sporo za krótką i dopiero interwencja dyrektorki poskutkowała butem ortopedycznym.
Wracając do tematu. Z Marysi nikt się nie śmiał, ale też nikt nie chciał się z nią bawić. Śmierdziało od niej i była na poziomie niemowlaka. Nasza wychowawczyni, Beata, upatrzyła sobie we mnie opiekunkę dla Marysi. Bo nie czarujmy się - było to dziecko bardzo kłopotliwe i uciążliwe.
Wyjaśnijmy jedną rzecz. W latach 90 do Szkoły Specjalnej można było iść od 7 lat. Zerówki były wspólne.

Starałam się jak mogłam, ale miałam 6 lat. Nie umiałam uspokoić jej jak miała furię, nie umiałam wytłumaczyć jej liter itd.
Na spacerach zostawałam z nią na dalekim końcu, bo Pani szła na przodzie, a Marysia dreptała z nogą owiniętą szmatami bardzo powoli.
Za wszystko mi się obrywało. Jeśli zobaczyła, że jestem dla niej niemiła, dzwoniła na skargę do mamy. Stawiała mnie przed całą grupą i kazywała dzieciom "rozliczać" moje karygodne zachowanie. Wyśmiewała i obrzucała wyzwiskami (niekoleżeńska, samolub, księżniczka, niewychowany samson, narcyz, zadufana jedynaczka itd) przed całą klasą. Chyba jeszcze bardziej nakręcał ją fakt, że nie rozpłakałam się ani raz.

Bo płakałam w domu, mamie, tylko nie umiałam jej wytłumaczyć o co chodzi.

W końcu, po jakimś miesiącu udręki Marysia wpadła na pomysł, że wysypie wszystkie zabawki na środek.
Oberwało mi się za to tak, że pamiętam to do dzisiaj. Za włosy wyciągnęła mnie z klasy i wezwała mamę. To był pierwszy raz, kiedy się popłakałam. Naopowiadała jej, że to wszystko zrobiłam ja, że próbowałam zwalić na upośledzoną dziewczynkę.

Mama uwierzyła, ale w domu po rozmowie przyznałam jej się jak się sprawy mają. Na rozmowie u dyrektorki ta wszystkiego się wyparła. Powiedziała, że jestem samolubem i nikt mnie nie lubi. Że sama "przylgnęłam" do Marysi, bo nie mam żadnych przyjaciół.

Była konfrontacja z klasą, ale pytania do dzieciaków zadawała wychowawczyni.
- czy widzieliście, że ona dokucza Marysi?
- czy ona bawi się z wami czy jest odludkiem?
- kto jest najbardziej niegrzeczny i ciągle stoi na środku sali/kącie?
Tak zadawane pytania potwierdzały jej wersję. Mama nie uwierzyła. Znała mnie i wiedziała, że coś tu nie gra. Przeniosła mnie do innej grupy. Dzieciaki ze starej przezywały mnie, bo pani B powiedziała, że mnie karnie wyrzucono.
Wyznaczyła też Marysi nową 'opiekunkę'. Historia się powtórzyła.

Happy Endu nie było, to babsko pracowało tam kilka lat, aż przedszkole upadło. W sumie dziś jej za to dziękuję - wyleczyłam się z altruizmu raz na całe życie.

#BWFJt

Jestem bi, jestem też nauczycielką. Kilka lat temu pomimo tego, że miałam faceta zakochałam się w swojej uczennicy. Bałam się tego uczucia, choć wydawało mi się odwzajemnione. W szkole słabo kryłam się ze swoim zainteresowaniem, aż w końcu zaczęły się plotki. Strasznie bałam się, że w końcu wieści dojdą do pokoju nauczycielskiego i pomimo pękającego serca odeszłam ze szkoły.

Po jakimś czasie wyszłam za mąż, ale nadal często myślałam o niej. Mąż okazał się zupełnie innym człowiekiem, niż był przed ślubem. Stracił pracę i nawet nie stara się szukać innej, twierdząc, że moja wypłata wystarcza. Czuję się fatalnie, gnieździmy się w małej kawalerce, wypłaty nie wystarcza i po lekcjach muszę dawać korepetycje, a on oczywiście nic sobie z tego nie robi. Mam dość, chciałabym go zostawić i być z moją uczennicą. Wiem, że jej życie ułożyło się lepiej niż mnie. Po szkole poszła na studia i znalazła dobrą pracę. Wiem też, że jest lesbijką i niedawno rozstała się ze swoją partnerką. Cały czas zastanawiam się, czy nawiązać z nią kontakt, ale strach wygrywa. Najgorszym momentem jest chwila, gdy gdzieś przez przypadek ją spotkam. Staram się wtedy jej unikać, ale ona zawsze mnie zagaduje, uśmiecha się tak ładnie... Ja później długo "odchorowuje" takie spotkania. Myślę, że przez strach już nigdy nie będę szczęśliwa...
Dodaj anonimowe wyznanie